Nigdy nie zmienisz swojego życia, dopóki nie zmienisz czegoś, co robisz codziennie.

Chcesz zmienić swoje życie – to zmieniaj je.

Dlaczego cały czas nie mogę zrobić tego, co tak bardzo chciałabym zrobić? Nagrać webinar, przygotować własny kurs (wciąż w powijakach), mniej się stresować, bardziej otworzyć się na ludzi….

Tyle chciałabym zrobić. Tyle chciałabym w sobie zmienić … na lepsze. Ale zawsze na drodze staje mi jakieś ALE.  Jak nie jedno, to drugie. I nagle okazuje się, że to ale (jedno, czy drugie) jest większe od tego: chciałabym.

Choćbym w teorii dobrze wiedziała, jak dokonać zmiany w sobie. Na lepsze. Bo kurcze, nie oszukujmy się: każdy to wie….. Mniej lub bardziej świadomie. Niby każdy chciałby coś w sobie zmienić… Na lepsze. Niby w teorii to takie proste…. Jak powiedziałby to Brian Tracy:  wystarczy zjeść tą żabę po kawałeczku…. Miłego jedzenia. Bo właśnie tu zaczynają się schody. A ja jeszcze zawsze byłam niejadkiem…

No dobra, tym wpisiem chciałam dać sobie samej w kość. Dać sobie takiego motywującego kopa w 4 litery. Może to i trochę taki wewnętrzny dialog z samą sobą.

Dlaczego nie robię tego, co chciałabym zrobić?

Dlaczego stale wynajduję coraz to nowe wymówki, by odłożyć to na później? Nie przepraszam, wcale nie na później, by zrobić to następnym razem, już jutro, pojutrze… To przecież wcale nie jest odkładanie na później….  Prawda?

Jak zmienić swoje życie?

 

1. Bo najtrudniejszy jest pierwszy krok.

Najtrudniej jest zacząć. Bo przyzwyczajenie, rutyna, czy choćby nawet ta oklepana codzienność wciąga… Siłą przyzwyczajenia. Dlatego wiele wspaniałych marzeń leży niezrealizowanych i w ogóle nierealizowanych. Czekają na swoją kolej. Nabierają mocy urzędowej.

Bo po prostu trudno jest zacząć…. Postawić pierwszy krok. Bo żeby spróbować czegoś nowego, trzeba coś zmienić. Trzeba odważyć się, przełamać stare, mocno utrwalone przyzwyczajenia. Wyjść z przytulnej strefy komfortu. Ruszyć zasiedziałe 4 litery. A przecież tak się nie chce…

A jeszcze jest ten wewnętrzny głosik, który rozgrywa to dyplomatycznie. On, to znaczy TY, nie przyzna się przed samym sobą, że po prostu się cykasz…

Nie, on rozgrywa to dyplomatycznie…. Wynajdując tysiące dobrych powodów, dla których nie możesz tego zrobić. Tymczasem jedyną rzeczą, której Ci potrzeba, jest jeden malutki powód na TAK.
Ale nie ten wewnętrzny głosik, tak namota, że nie zrobisz, odłożysz na później, a raczej na wieczne nigdy. Ale tak, byś nie miał sobie nic do wyrzucenia.

A jednocześnie byś za bardzo się nie rozpędził w marzeniach…. To on podszepnie Ci, że: powinieneś być realistą. Fajnie mieć marzenia. Ale czy stać Cię na ich realizację. Czy możesz sobie na to pozwolić? Masz tyle innych obowiązków, odpowiedzialności, pierwszoplanowych spraw do załatwienia. Marzenia, banialuki, urojenia…

Tyle dobrych powodów, by robić to, co czego oczekują od Ciebie inni. A tak na prawdę potrzebny Ci jest jeden powód, dla którego TY chciałbyś to robić…

I jak tu zrobić cokolwiek.  

 

2. Chciałbym, ale…

Co z tego, że chciałbyś? Chcieć można …. wiele. Ale samo się nie zrobi.

Chciałabym nauczyć się profesjonalnie fotografować. Ale przecież nie będę odbierać chleba własnym dzieciom po to, by zapisać się na kurs fotografowania, czy kupić sobie wypasiony sprzęt…. To kwestia priorytetów. Ale czy musi to oznaczać rezygnację z realizacji marzenia?

Nie, bo ja przynajmniej póki co  uparcie fotografuję. I co by nie powiedzieli o moim fotografowaniu specjaliści, robię to coraz lepiej. Bo gdybyście tylko zobaczyli moje pierwsze fotki. Już prawie tu na blogu ich nie ma. Po prostu rozpacz. Blada rozpacz i czarny humor. A jednak ….

Uparłam się i pstrykam. Bo zawsze można zrobić coś, cokolwiek, jeden malutki kroczek. Po którym okazuje się, że dalej możemy jeszcze zrobić kolejny. I kolejny….

Uparcie fotografuję. Nawet jeżeli nie mam tzw sprzętu. Wyrabiam sobie tzw oko. A w  rodzinie wyrabiam cierpliwość. Mamo, możemy iść dalej? Starczy Ci już tych zdjęć. No to, idziemy dalej. Krok dalej. Bo znowu sięgam po aparat…

3. Zaczynaj z tym, co masz. Zaczynaj z tym, jak potrafisz.

Po prostu. Chcesz przestawić się na zdrowszą dietę? Owszem możesz od razu ambitnie mierzyć w 100% raw food. Czysta surowizna.

Ale prawdopodobnie będzie z tego więcej szkody niż pożytku.  Małoktóre jelita, dobrze na to, tak z biegu zareagją.

No dobra. Dlatego…

4. Dokonaj wyboru. Ustal priorytety.

Chcesz tyle zrobić… Ale konkretnie co? Bo czasami mamy tyle planów, że nie robimy już  nic… Bo albo nie potrafimy wybrać. Albo próbujemy tylu różnych rzeczy, że tylko próbujemy raz…. A dalej próbujemy czegoś innego. W poczuciu, że nic nam nie wychodzi.

Bo w życiu trzeba dokonywać wyborów. Zanim się rozpędzisz, musisz odważnie wybrać: od czego zaczniesz i na czym się skoncentrujesz.

To nazywa się ustalaniem priorytetów. Bo skakanie z kwiatka na kwiatek, może i ma swój urok. Ale nie jest skuteczne.  

Ucz się jednej rzeczy, a potem ucz się następnej.

Chcesz nauczyć się języka obcego? Nie jednego, tylko dziesięciu naraz. Bo poliglotom tak łatwo przychodzi posługiwanie się (i to często naprzemiennie) różnymi językami…

Tyle, że wszystko, co z pozoru wydaje się nam takie łatwe. U innych. Jest łatwe dla tych, którzy wcześniej poświęcili temu sporo czasu. Bo najpierw wszystko jest trudne.  Ale my  chcielibyśmy, by było łatwe i to od razu. Dlatego robimy ambitne plany. Chwytamy dziesięć srok za ogon i jeszcze bierzemy sobie słonia na dokładkę. Ale ….

Spróbujcie tylko zacząć uczyć się równolegle dwóch podobnych do siebie języków obcych np hiszpańskiego i włoskiego. Jest to jakiś pomysł. Ale trudny w realizacji.

Wymaga ustalenia priorytetów: który język jest dla Was ważniejszy, który język najpierw. Bo na początku słówka bardzo będą się mieszały między sobą… Hiszpańskie to słówko czy włoskie? A pal to licho. Rzucam to w diabły.

A to najkrótksza droga do tego, by się zniechęcić. A ten wewnętrzny głosik na pewno wykorzysta tę okazję, by podsunąć życzliwie: Ty przecież nie masz głowy do języków… Daj sobie z tym sposój. Odpuść sobie. Zostaw to innym….

A Ty po prostu nie ustaliłeś priorytetów. Nie dałeś sobie szansy. A żeby dać sobie szansę, trzeba dać sobie czas i możliwości. No i zdecydować: co tak na prawdę jest dla mnie ważne. Czyli po prostu PRIORYTETY.

5. Czasami będziesz musiał wyjść ze strefy komfortu.

Inaczej się nie da. Dupa w troki i do boju. Sorry Winetou.

A my często obchodzimy się ze sobą jak z jajkiem. Mówimy sobie: tego nie potrafię, temu i tak nie dam rady… I problemz głowy. Bez wysiłku. Bez próbowania.

Tylko potem siada nam motywacja i poczucie własnej wartości. Ale co tam…. Bez nich tylko nie da się iść do przodu. Dlatego dalej tkwimy w tym samym miejscu i narzekamy. Choć oczami wyobraźni widzieliśmy już siebie tak daleko….

6. Czasami będziesz musiał przechytrzyć samego siebie.

Ten wewnętrzny głosik, który tak przekonywująco sprowadza Cię na ziemię. Znacie go?

Ty się do tego nie nadajesz. To nie dla Ciebie.

A Ty tak do tego rwiesz się. Ale nie… Przecież Ty tylko bujasz w obłokach. Banialuki, mrzonki, marzenia…

Spróbujcie żyć bez marzeń. Wszystkiego się odechciewa. Człowiek siedzi w miejscu, na 4 literach, przed telewizorem. I ma to wieczne poczucie zmarnowanego życia. Ale przynajmniej jest odpowiedzialnym realistą. W przeciwieństwie do co niektórych.

Bo realizowanie swoich marzeń związane jest z wychodzeniem ze strefy komfortu. Ale też wymaga wiary w siebie…

My kobiety jesteśmy tu mistrzyniami. Mistrzyniami braku wiary w siebie. A jeszcze tak bardzo nie doceniamy siebie.

Gdy czasem, przez przypadek coś nam się uda i ludzie zaczną to doceniać…. To nie dlatego, że spędziłyśmy nad tym długie miesiące, lata, nieprzespane noce….

Jeżeli  nam się udało, to przecież tylko przez przypadek, łut szczęścia, szczęśliwy zbieg okoliczności…. Bo żeby samo z nas, z takiego beztalencia….

I tak skutecznie podcinamy sobie skrzydła do dalszego lotu. A kto ich sobie nie podcina, ten leci dalej. Coraz to wyżej. Wybór należy do Ciebie.

7. Powiedz sobie, że jesteś tego warty… że na to zasługujsze, że możesz.

A oddasz sobie największą przysługę. Punktem wyjścia do jakiejkolwiek zmiany, tej wymarzonej zmiany na lepsze jest zmiana obrazu samego siebie.

Bo często po prostu tkwimy w starych i czasami zupełnie nieuzasadnionych przekonaniach o samych sobie. Wołami nas z nich nie wyciągnąć.

Jestem nieśmiała. Czekam aż druga osoba odezwie się do mnie pierwsza. A że często się nie odzywa…. O samotności na emigracji…

Ale ostatnio przekonałam się, że jestem w stanie wyjść naprzeciw innym. I co lepsze, że to wcale nic nie boli.  

Jestem nieśmiała. Ale jestem gadułą. Wbrew temu, co o sobie myślałam przez długie lata: lubię wychodzić do ludzi. Potrafię to robić. Co więcej to wcale nie boli. To odmieniło na lepsze moje życie.

Wreszcie mogę się nagadać. Nie w sieci. W realu.
Wcale nie musicie współczuć moim biednym kolegom z pracy…. No może troszeczkę. Ale wracając do tematu.

Często mówimy sobie, że i tak się nam to nie uda. To żeby usprawiedliwić ewentualne przyszłe niepowodzenia. Żeby nie oczekiwać zbyt wiele. Żeby się nie zawieść. Żeby mniej bolało, kiedy nam się nie uda.

A dlaczego  miało by się nie udać?  Dlatego, że na to się podświadomie zaprogramujemy. Bo przecież nie dlatego, że nam na tym nie zależy. Że nie dość będziemy się starać…. Przeciwnie, my kobiety, jakże często dajemy z siebie tyle. Że dla siebie samych już nie mamy czasu. Ale jednocześnie dopuszczamy ten usłużny głosik, który tak życzliwie nam podsuwa: Czy aby na pewno jesteś w tym wystarczająco dobra…

I wycofujemy się …w porę. By oszczędzić sobie kolejnej porażki…. Porażki? A może właśnie zwycięstwa? Czasu zbierania zasianych plonów, którego przezornie nie doczekałyśmy….Bo odpuściłyśmy sobie … zawczasu.

 

8. Zacznij działać.

Bo kluczem do sukcesu jest działanie.

Zacznij działać. A zobaczysz, co z tego wyjdzie. Emmanul Macron został kolejnym, najmłodszym w historii prezydentem Francji. Kto by przypuszczał? Kto by w to uwierzył jeszcze kilka miesięcy wstecz.

Tymczasem potrzeba wiary, by zacząć działać. I uporu, by nie dać się zniechęcić …. innym. Bo o ile zwycięzca zawsze ma wokół siebie tylu klakierów. Do zwycięstwa dochodzi w otoczeniu nielicznych, którzy w niego uwierzyli.

9. Bo zrobione jest (jakkolwiek) jest lepsze od perfekcyjnie wymyślonego. A nie zrobionego.

Następnym razem będzie .. zrobione jeszcze lepiej. A przy kolejnej próbie … coraz to lepiej.
Bo jeżeli próbujesz i nie udaje Ci się to, to jesteś w normie. Tak to w życiu działa. Rzadko wychodzi przy pierwszym podejściu. Bo ….

Można zostać ekspertem w dowolnej dziedzinie… Ale dopiero wtedy, kiedy ma się za sobą tysiące godzin praktyki.

Dlatego zrobione … jakkolwiek, jest lepsze od niezrobionego.

A tu niestety perfekcjonizm paraliżuje.

Znałam swojego czasu pewną ambitną dziewczynę, która chciała nauczyć się w perfekcyjny sposób języka francuskiego. Perfekcyjnie i w małym paluszku miała opanowane wszelkie reguły gramatyki, deklinacje, koniugacje….

Tyle że w praktyce jej perfekcjonizm okazywał się silniejszy niż wszystko inne.
Poznałyśmy się na wakacjach we Francji. I tu, kiedy miała możliwość pogłębienia i utrwalenia teorii w tzw praktyce, ani be, ani me. W towarzystwie francuskojęzycznych osób tak blokował ją ten perfekcjonizm, że nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego zdania po francusku. Chciała, ale mogła. Bo zbyt mocno analizowała to, co chciała powiedzieć. A perfekcjonizm wciąż mówił: NIE.

Niestety ta dziewczyna w tamtym momencie absolutnie nie skorzystała z okazji, jaką postawiło przed nią życie. Ale w tym samym czasie miałam okazję poznać innego Polaka. Ten po francusku też: ani be, ani me. Ale już pierwszego dnia po przyjeździe nauczył się kilku podstawowych słów ułatwiających przeżycie: bonjour, au revoir itp. A z tym, co wiedział: szedł do boju.

Nie blokował go żaden perfekcjonizm. Kali chcieć rozmawiać. On po prostu chciał się dogadać. A powoli, w miarę jak coraz lepiej sobie z tym radził, po prostu chciał sobie pogadać. W tym samym czasie nasza perfekcjonistka coraz bardziej zamykała się w sobie, ze swoją książką od gramatyki i coraz usiliniej milczała.

Ale czy na pewno o to chodzi w nauce języka obcego?

 

10. Czasami, a nawet często, będziesz musiał przestać odkładać na później.

Zrobić to, co masz do zrobienia od razu.

Nagrywaie podcastów? To prawda, że daleko mi tu do mistrzostwa. Ale znowu jakiejś ogromnej filozofii w tym po prostu nie ma. Ale ten wewnętrzny głosik tak długo i skutecznie mi to sabotował…
Tymczasem czasami po prostu trzeba spróbować, by przekonać się, czy się do danej rzeczy nadaję. W takim razie: jaki ma sens odkładanie tego na później. Zrobić od razu i będzie po krzyku.

11. Czasami będziesz musiał przezwyciężyć pokusę, by zacząć od łatwiejszego.

Tak, by na to trudniejsze (do zrobienia) nie starczyło już Ci czasu. Wiem, znam to po sobie. Bo ja cały czas tak inteligentnie staram się to rozgrywać. Ale w ten sposób pewne rzeczy po prostu leżą nieruszone. A same przecież się nie zrobią.

Dlatego, jak by to powiedział Brian Tracy: Zacznij dzień od tej najobrzydliwszej żaby. A kiedy już się z nią rozprawisz, dostaniesz takiego motywującego kopa, a z nim takiego przyśpieszenia, że mniejsze żabki będziesz połykał bez najmniejszego mrugnięcia.

Powodzenia.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Jak przełamywałam się do tego, żeby nagrywać wideo.

O tym jak przełamywałam się do tego, żeby nagrywać wideo.

Więc moja droga do nagrywania wideo była dość długa, mozolna i usłana przeszkodami, ale ja się nie zniechęcalam i dalej się nie zniechęcam. Nawet jeżeli wciąż moje wideo pozostawiają sporo do życzenia.

Ale ja coraz lepiej czuję się właśnie w tej formie komunikacji, czy w tej formie przekazywania treści. Ale też dzięki kwarantannie, dzięki temu, że mieliśmy dużo czasu w domu z powodu ograniczenia naszej wolności sporo buszowałam po youtubie i przy tej okazji zapuściłam się w bardzo odległe jego rejony, czerpiąc z tego doświadczenia multum inspiracji.
Dzięki czemu poznałam (co prawda jednostronnie) wielu vlogerów. Co z kolei mocno mnie zainspirowało samej do podjęcia tego wyzwania.

Ale przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że to, że mamy okazję zobaczyć daną osobę na wizji, posłuchać jej głosu, przysłuchać się temu, co ma do przekazania, to wszystko sprawia, że nasza relacja z dana osoba będzie zupełnie inna, niż relacja z danym autorem samemu czytając napisany przez niego tekst.

Bo kiedy oglądamy czyjeś wideo, czy czyjegoś vloga, wiemy jak ta osoba się wysławia, wiemy jak ona wygląda. Co może sprawiać ten problem, szczególnie nam babeczkom, że my czujemy się troszeczkę, może nie wszystkie i nie zawsze, ale z reguły, z babskiego klucza tak nie do końca usatysfakcjonowane swoim wyglądem.

A jeszcze w momencie, kiedy przybywa nam lat (znam to z autopsji i sama bardzo boleśnie się z tym zmagam), sytuacja tym bardziej się komplikuje.

No i oczywiście kobietę dużo łatwiej się krytykuje, właśnie ze względu na jej wygląd. O jak ona źle dobrała do siebie tę bluzkę, tę fryzurę, te ozdoby, makijaż… Albo mogła się lepiej ubrać, albo troszeczkę pomalować. Kurcze, coś takiego nigdy i raczej nikomu nie przyjdzie do głowy w odniesieniu do gadającego w swoim vlogu faceta.

W ogóle faceta jakoś tak łatwiej, mniej krytycznie przyjmuje się z całym dobrodziejstwem inwentarza, jeżeli tylko ma coś wartościowego do przekazania. Wtedy w zasadzie już nikt się nie zastanawia, jak on wygląda.

Podczas, gdy w przypadku kobiety ta relacja: wygląd – przekazywane treści jest bardziej subtelna.

Niemniej w momencie, kiedy słuchamy danej osoby, kiedy słuchamy tego, co ma do powiedzenia jakoś tak niezauważalnie i podświadomie buduje się między nami więź. Ale co ważniejsze, ta relacja buduje się i ugruntowuje na trochę innej płaszczyźnie, a raczej równocześnie na kilku płaszczyznach.

Bo nie tylko korzystamy z przekazywanej przez tą osobę wiedzy. Ale też mamy wrażenie, że takiej bliskości, szczególnej, czy uprzywilejowanej relacji, jesteśmy przecież z nią w bezpośrednim kontakcie. Ta osoba w pewnym sensie będąc stałym gościem na naszym ekranie, podświadomie staje się dobrym znajomym. Wiemy nie tylko, jak ona wygląda, ale jak sie wysławia, zapamiętujemy barwę jej głosu. Co całościowo tworzy wrażenie bliskości, czy takiej wręcz bliskiej znajomości. Przecież w ten sposób – taki namacalny, wręcz fizyczny znamy autentycznych ludzi z kręgu swoich bliższych i dalszych znajomych.

Oczywiście to może też być taki miecz obosieczny.

Bo kiedy czytamy czyjś tekst – ten tekst autor może tak wygładzić, w ten sposób go dopieścić, że nie będzie wzbudzał żadnej kontrowersji i właściwie każdemu się spodoba. Choć jednocześnie rykoszetem prędzej czy później może się znudzić i zniechęcić do czytania.

Podczas kiedy widzimy daną osobę na ekranie, kiedy wiemy, jak ona się wysławia, jak się zachowuje, jak gestykuluje, jak się uśmiecha, czy właśnie w ogóle się nie uśmiecha…. ta wzajemna relacja przestaje być taka bezpiecznie neutralna jak względem wycyzelowanego, dopieszczonego tekstu, który ma tylko wartość czysto edukacyjną. Bo w tym momencie rodzi się w nas, albo sympatia, albo przeciwnie antypatia względem danej osoby… Dana marka tym bardziej nas przekonuje, bo czujemy, że wspołgra i to nie tylko z naszą wizją świata, ale z naszym temperamentem. Albo wręcz przeciwnie – nie czujemy danej osoby, czy osobowości. Test zderzeniowy prawdziwy aż do bólu. Prawie już nie wirtualny, tylko namacalnie fizyczny.

Wystarczy kilka pierwszych sekund takiego kontaktu z daną osobą na wizji i już rodzą się w nas te pierwsze odczucia: sympatia, albo antypatia, albo póki co na dwoje babka wróżyła. To się jeszcze wyjaśni.

Podobnie, jeżeli to my będziemy ta osobą występującą w wideo, część osób po prostu nas odrzuci, bo nie pasuje im ta osobowość, ten temperament, taki sposób wypowiadania się. I cóż… Nie dogodzisz każdemu. Im szybciej to zrozumiesz, tym skuteczniej będziesz posuwał się naprzód. Taka jest powiedziałabym bolesna, ale jakże prawdziwa lekcja blogowania, czy vlogowania.

Ale dobra wiadomość w tej złej wiadomości jest taka, że ta druga część osób, którym się spodoba nasz sposób mówienia, osobowość, temperament, które zaakceptują nas takimi, jakimi jesteśmy, które skorzystają z przekazywanej przez nas wiedzy, wtedy między nimi a nami będzie tworzyć się, budować, narastać, pogłębiać swoista, coraz mocniej ugruntowana więź. Więź – nazywana ZAUFANIEM, która jest bezcennym dobrem, bezcennym kapitałem XXI wieku.
Więc właśnie jak najbardziej wideo jest taką formą budowania trwałej, bardziej dogłębnej relacji opartej na zaufaniu.

Bo w tekście można bardzo dużo ukryć na temat swojej osobowości. Tymczasem wideo prawdę powie o człowieku. Wychodzi z człowieka jego temperament. Tu nie da się go za bardzo utrzymać na wodzy.

Oczywiście można się w takim wideo troszeczkę się przypudrować, dopasować, doszlifować… zeby np wyglądać lepiej, żeby wypaść na wizji bardziej korzystnie, ale to i tak nie przykryje tego, kim jesteśmy i czy to jak mówimy przemawia do drugiej strony.

Regularność – kluczem do wzrostu.

Powiem Wam, że kiedy pierwszy raz zaczęłam nagrywać wideo, postawiłam sobie wyzwanie, że będę to robić w miarę regularnie.

Jednak z początku nie udało mi się utrzymać założonego rytmu publikacji, brakowało mi regularności. Niemniej zrobiłam pierwsze podejście, zebrałam się na odwagę, przekonałam się, ze wszystko jest dla ludzi… I już sam ten fakt sprawił, że kolejne podejścia do nagrywania wideo (za każdym razem w takich swoistych porywach) przychodziły mi dużo łatwiej i za każdym razem uczyłam się czegos nowego.

Tutaj takim moim guru, czy osobą, która popchnęła mnie i to nawet nieświadomie do tego, żeby nagrywać wideo jest Marcin Osman.

Marcin, którego obserwuję od dawna (bo moje pierwsze próby nagrywania wideo sięgają kilka lat wstecz) bardzo mocno zainspirował mnie do tego, by pójść na żywioł i nie przejmować się.

Ja tutaj bardzo mocno mogłabym utożsamiać się z Marcinem, z jego temperamentem, a przez to z jego podejściem polegającym na tym, że trzeba działać, próbować, nawet jeżeli to nie jest doskonałe…

Dlatego z początku warto wrzucić chociażby niedopracowany filmik, niż nie robić niczego. Zresztą z początku, kto to będzie oglądał?

Ale w momencie, kiedy nagrasz sto pierwszych (wciąż jeszcze mocno niedoskonałych) filmów, będziesz już o te sto kroków dalej, do przodu. Dzięki temu to nagrywanie, to wysławianie się przed kamerą będzie przychodzić Ci dużo lepiej.

Co obserwuję na swoim przykładzie:

Nagrałam w sumie sporo wideo, wciąż jeszcze mocno niedoskonałych. Niemniej zauważam jedna znaczącą poprawę, czy postęp we mnie samej:

Kiedy na początku mojej przygody z nagrywaniem wideo musiałam ciąć co drugie wypowiadane przez siebie słowo. Gdyż co drugie słowo brzmiało „eeeeeeeeeeeeeeeeeeeee” lub „yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy”.

Teraz już potrafię, albo raczej coraz częściej udaje mi się nagrywać coraz dłuższe sekwencje, które idą w miarę płynnie. A dzięki temu cięcie, a więc edycja każdego kolejnego filmu zabiera mi dużo mniej czasu.

Docelowo moim marzeniem, czy moim docelowym zamierzeniem jest nagrywać tak, żeby już nie musieć ciąć. Żeby po prostu włączyć nagrywanie w telefonie, włączyć lampę, bo jednak doświetlam się delikatnym softbox em, żeby te moje zmarszczki były troszeczkę wygładzone, czy wyciszone odpowiednim oświetleniem. Dylemat pań w pewnym wieku: nagrywać, czy już za późno na to, by nagrywać. Ja długo w tym zakresie toczyłam wewnętrzną walkę i tak sobie myślałam, że gdybym byla facetem to by po mnie spływało. A jednak kobietom jest trudniej….
Docelowo chciałabym, żebym w momencie, kiedy włączę kamerę mogła powiedzieć to, co mam do powiedzenia – bezbłędnie, a przynajmniej bez większego cięcia, najlepiej bez najmniejszego zacięcia i od razu z biegu puścić to na You Tube.

Tutaj odnotowuję pierwsze zwycięstwa, które zachęcają mnie do tego, żeby iść naprzód i próbować, dalej doskonalić swoje umiejętności. Zauważyłam, że w miarę, jak nagrywam kolejne filmy, moje wysławianie się przed kamerą wymaga coraz mniejszej edycji.

Czyli przez to, że coraz regularniej mówię do kamery, a już nie tylko piszę teksty na bloga, tylko staram się powiedzieć to, co mam do przekazania, mówienie idzie mi coraz to płynniej i wymaga coraz mniej korekty, cięcia, dopracowywania.

Kiedy jeszcze nawet kilka miesięcy wstecz dopracowanie (oczyszczenie z potknięć, zająknięć, czy tego namolnego eeeeeeeeeeeeeeeee lub yyyyyyyyyyyyyy) filmu, który trwał góra 5 min zajmowało mi kilka godzin. Bo tyle było w nim zająknięć, przeformułowań tego, co mam do powiedzenia.

Dzisiaj potrafię – może jeszcze nie do końca nagrać z biegu. Ale czuję, że już jestem coraz bliższa tego celu.
To jest ten pierwszy pozytywny efekt: kiedy zauważamy, że sam fakt mówienia do kamery sprawia, że mówimy coraz płynniej. A więc już nie musimy poświęcać dzikich godzin na edycję, na cięcie, na korygowanie wszystkich niedociągnięć, czy zająknięć.

To tak jak ludzie, którzy pracują w radiu i nie tylko mają radiowy głos i dykcję, ale taki nieskazitelny sposób wysławiania się.

Moja koleżanka, która kiedyś pracowała w radiu opowiadała, jak jej szef nieprzerwanie powtarzał, że nie ma takiego słowa jak „yyyyyyyyyyyyyy”. No u mnie jest jeszcze takie jak „eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”.

Dlatego ona odczuła się używać tego słowa. Czyli potrafiła narzucić sobie taką mentalną dyscyplinę, jej umysł narzucił jej taką kontrolę, że w momencie, kiedy to słowo „yyyyyyyyyyyyyy” nieodparcie cisnęło się jej na usta, bo jakoś tak naturalnie i podświadomie w pierwszym odruchu, kiedy kończy nam się wątek, chcielibyśmy wrzucić jakiś wypełniacz z obawy, że pojawi się cisza na antenie, podswiadomie próbując ja czymś zapełnić.

Ale ona (po radiowym przeszkoleniu) potrafiła postawić tu sobie szlaban: STOP, nie, przemilczę ten moment, dam sobie na wstrzymanie, na spokojnie poszukam w myślach tego, co mam do powiedzenia, nie będę zagłuszać ciszy słowem, które w tym miejscu jest nie na miejscu. Bo właściwie po co komu: yyyyyyyyyy?

Więc już obserwuję, że sam fakt ćwiczenia mówienia do kamery sprawia, że to mówienie idzie mi dużo płynniej.
Teraz jeżeli chodzi o stronę praktyczną, czy raczej stronę techniczną, ogarnięcie wideo od strony technicznej, no cóż nie jestem tu żadnym znawcą:

po prostu wreszcie odważyłam się to robić, co uważam to za ogromne zwycięstwo nad samą sobą, moimi własnymi oporami i kompleksami.

Tutaj dużym progresem było dla mnie zainwestowanie w softboxa.

To nie jest jakaś duża inwestycja. Softbox to taką lampą, którą stawiam sobie naprzeciw i ona troszkę mnie doświetla. I powiem szczerze człowiek zyskuje, tzn. może raczej nie zyskuje, tylko właśnie traci 10 lat, odmładza się o 10 lat, dzięki chociażby zmianie oświetlenia.

Kolejną rzeczą, która długo i skutecznie powstrzymywała mnie przed nagrywaniem było to, że ja nie miałam mega wypasionej kamery do nagrywania.

Ale jak to mówi Marcin Osman:

Masz telefon, masz iPhone’a – masz sprzęt do nagrywania.

I ten problem mamy rozwiązany.

Więc po prostu, zamiast zastanawiać się, zamiast miotać się i odkładać – nawet niekoniecznie fundusze na mega wypasiony sprzęt, tylko odkładać w czasie ten projekt, za który coraz trudniej Ci się zabrać, zacznij nagrywać najprościej jak możesz – swoim telefonem i zobacz, dokąd Cię to doprowadzi.

Cieszę się, że przełamałam się w sobie, że przełamałam swoje wewnętrzne opory.

Bo żeby zacząć najzupełniej wystarczy zwykły iPhone, który przy okazji tworzy całkiem dobrej jakości wideo i robi dobre zdjęcia.

To jest dobry punkt wyjścia, żeby zacząć przygodę z nagrywaniem wideo.

Bo w tym momencie nie stawiasz sobie niepotrzebnie dodatkowej bariery, tylko działasz i sprawdzasz w praktyce, jak Ci to leży.

Tutaj uważam, że warto zainwestować w takiego małego softboxa. Ale to jest naprawdę wydatek rzędu kilku euro. I z tym po prostu zacząć nagrywać. Zacząć nagrywać po to, by w ogóle sprawdzić, czy ja się dobrze czuję w tej formie komunikacji z odbiorcą.

Ponieważ przez lata tylko pisałam bloga, tzn zaczynałam pisać w czasach, kiedy albo pisało się blogi, albo było się vlogerem (ale do tego potrzebny był mega sprzęt i odwaga). I to tak jakoś tak mnie sformatowało i uważałam się, że po prostu jestem pisząca.

Więc z pewnym takim zdziwieniem i wręcz z trudną do przełamania nieśmiałością w momencie, kiedy zaczęłam nagrywać wideo odkryłam, że ta forma komunikacji bardziej odpowiada mojemu temperamentowi.

Bo ja mam taki temperament, który musi działać, który musi mówić, ruszać się, który z początku trudno było mi wcisnąć w ryzy i tak grzecznie i chronologicznie przelać na papier. Co wytykano mi w zasadzie w całej mojej przygodzie z blogowaniem, że te moje zdania, te moje teksty są takie nieugładzone, nie do końca dopieszczone i dopracowane z punktu widzenia poprawności polonistycznej.

Co prawda w miarę upływu czasu niektórzy zaczęli dostrzegać w tym mój własny styl. Zaczęto mówić mi, że mam własny styl pisania. Więc, że tak powiem: nawet nieugładzone teksty napisane swoistym stylem, kiedy uda nam się przekonać do siebie swoich pierwszych czytelników, dają się lubić.

Niemniej ku swojemu zaskoczeniu odkryłam, że dobrze czuję się w nagrywaniu wideo. Dlatego, że w ten sposób mogę szybciej przekazać to, co mam do powiedzenia i nie muszę ograniczać się, nie muszę tak skrupulatnie pilnować poprawności lingwistycznej. To, co nie przejdzie w mowie pisanej, w spontanicznym mówionym przekazie jest jak najbardziej do zaakceptowania. A nawet wręcz brzmi bardziej przekonywująco.

Mówiąc do kamery, mogę iść na żywioł. Co bardziej odpowiada mojemu temperamentowi. A do tego mogę machać łapkami, ile mi się tylko spodoba. Nawet, jeżeli to na pewno nie bedzie się podobac wszystkim. Ale już wzięłam na to poprawkę i nie przejmuję się tym.

Bo dzięki temu, że ja mam ze sobą już prawie 10 lat pisania bloga wiem, że nie ma czegoś takiego, co przemawia do ludzi, oddziaływuje na ich emocje i się wszystkim podoba.

Więc dobrze wiem, że pokazując się w wideo, znajdą się osoby, które będą mnie za to, czy za tamto krytykować. A w miarę, jak wiecej będę nagrywać i jeżeli moje zasięgi będą rosnąć, krytykujących bedzie coraz więcej. Ale ponieważ teoretycznie wiem, rozumiem, że tak to działa, psychicznie się do tego przygotowuje. Co nie znaczy, zeby dam radę. Ale wiem, że tak już jest.

Dlatego startując i mając takie przeszkolenie, czy takie przygotowanie typowo blogowe łatwiej mi jest nie przejmować się, działać, robić swoje, nagrywać kolejne filmy, by przekazywać to, co mam do przekazania, dobrze wiedząc, że części osób się to nie spodoba. No i coz. Nie dogodzisz wszystkim. Nie będziesz lubiany przez każdego. Im szybciej to zaakceptujesz, tym sprawniej ruszysz z miejsca.

Tym bardziej w formacie wideo, w którym ten kontakt z osobą mówiącą jest dużo bardziej intensywny. Ale też dzięki temu ta więź, która się tworzy jest głębsza i bardziej realna.

Więc pierwszą rzeczą byłoby przestać się przejmować tym, co powiedzą inni, zacząć działać i jeszcze zacząć działać z tym, co masz.

A ponieważ w dzisiajszych czasach każdy ma telefon, każdy może zacząć nagrywać…. telefonem.

Ewentualnie dokupić sobie jakąś małą lampę – softbox, która doświetli kadr i sprawi, że cera będzie wyglądać troszeczkę lepiej.

Dlaczego softbox?

W pewnym momencie miałam taki falstart nagraniowy. Kilka lat temu, kiedy pisałam bloga o zdrowym stylu życia Moda na Bio i zupełnie nie ogarniałam oświetlenia. Odważyłam się wypuścić spontanicznego live na Facebooku w bardzo marnym domowym oświetleniu (w pochmurny dzień i przy zamkniętych żaluzjach, bez zapalonego światła – nie polecam), co bardzo mocno i bardzo negatywnie rzutowało na moją cerę.

A ponieważ to było moje pierwsze podejście do tworzenia treści w formie wideo, ponieważ otrzymalam sporo komentarzy w stylu: mówisz o zdrowiu, a jak Ty sama nie zdrowo wyglądasz, powiem szczerze zniechęciłam się i odpuściłam sobie projekt nagrywania wideo na temat zdrowia. Tu może rzeczywiście nie ma zbyt dużo miejsca na panie w średnim wieku, jak ja.

Niemniej dzisiaj wiem, że to całe dogadywanie bardziej wynikało z nieodpowiedniego oświetlenia. Bo kontakt z drugim człowiekiem na wizji wywołuje w pewnym sensie głębsze emocje i głębsze reakcje, nawet jeżeli odbiorca jakoś specjalnie nie wgłębi się w to, co mamy do powiedzenia, tym bardziej nas zapamięta…

Dlatego tu polecam softbox. Odejmuje z dobre 10 lat. Dlatego jest naprawdę bardzo fajnym rozwiązaniem i służy ogromna pomocą, szczególnie jeżeli jesteś kobietą, a jeszcze jeśli jesteś kobietą w pewnym wieku i szczególnie, jeżeli jesteś kobietą w pewnym wieku, która nie ma poczucia pewności, co do swojej urody.

Bo facetom w zasadzie wszystko się wybaczy, byle gadał z sensem, czyli byle miał coś mądrego do powiedzenia, wygląd jest drugorzędny. A kobieta niestety w pewnym sensie zawsze gdzieś tam, choćby nawet bardzo podświadomie jest też oceniana, czy odbierana przez pryzmat swojego wyglądu.

Dla nas kobiet niestety nie ma tu taryfy ulgowej. Dlatego najprawdopodobniej zawsze ktoś się doczepi, do tego jak wyglądamy. Ale chodzi o to, żeby się tym nie przejmować. Bo dobra wiadomość w tej złej wiadomości jest taka, ze ktos się jednak do tego dokopał, tzn idzie ku lepszemu.

Bo tu chodzi o to, żebyś uświadomił sobie, że jeżeli owszem: z jednej strony będziesz denerwować większą ilość osób, dlatego że pokazujesz się na wizji. Dlatego, że te osoby po prostu widzą jak mówisz, jak się zachowujesz, jak gestykulujesz przy mówieniu.

Ale z drugiej strony te osoby, które Cię takim zaakceptują, te osoby, które skorzystają z przekazywanych przez Ciebie treści, łączy Cię z nimi specyficzna więź, głębsza i silniejsza niż po przeczytaniu napisanego przez Ciebie tekstu. Bo pokazujac się i w pewnym sensie odsłaniając się na krytykę, czy krytyczny odbiór, też budujesz ten bezcenny kapitał, którym jest zaufanie. Jak to mówi Michał Szafrański – waluta przyszłości.

I tu wideo służy zdobywaniu tego kapitału, gromadzeniu tej waluty XXI wieku – zbijania tego kapitału, jakim jest zaufanie, budowanie relacji z odbiorca, ale nie na takiej suchej płaszczyźnie, jaką jest pisanie tekstów, tylko właśnie w taki sposób bardziej namacalny, kiedy ludzie którym chcesz zaproponować, czy to swoje konsultacje, czy to swoje kursy wideo, czy swojego eBooka będą potrafili wyobrazić sobie, kim Ty jesteś, jak wyglądasz, jak mówisz. A dzięki temu będą potrafili sobie Ciebie zwizualizować i lepiej zapamiętać.

Ale też dzięki temu ta Wasza wzajemna relacja nabierze rozpędu.

Dlatego właśnie wideo jest takie fajne.

Tutaj oczywiście na początku pojawia się wiele dylematów, chociażby z gatunku:

Czym będę nagrywać swoje pierwsze filmy?

No ale ten pierwszy problem mamy z głowy, bo możemy przeciez nagrywać swoim telefonem. Jeżeli masz iPhone’a, to w ogóle nie ma co się zastanawiać. iPhone’y są tu genialne.

Kolejny dylemat:

Jak mam się ustawić do kamery?

Więc oczywiście: chodzi o to, żeby ustawić się w miarę dobrze do oświetlenia. Bo podobnie jak w fotografii: light is the king – światło jest królem.

Tu polecam softboxa.
Kolejny dylemat:

Nagrywać w pionie, czy w poziomie?

Na początku nagrywałam swoje pierwsze wideo w pionie. Wyszłam z przekonania, że najprościej będzie nagrać sama siebie wykorzystując fajny filtr ugładzajaco – odmładzający z Instagrama. Bo w ten sposób łatwiej było mi samej na siebie patrzeć. A to jest ten pierwszy etap przełamywania siebie do vlogowania (jeżeli jesteś kobietą, bo jeżeli jesteś facetem, to pewnie w ogóle nie wiesz, o czym ja tu bredzę).

Niemniej wyszłam z założenia, ze nagram sama siebie w pionie telefonem, pod Instagrame, a potem chociażby wrzucę to dodatkowo na YouTube. Mając świadomość, ze to raczej na You Tube nie wypracuje zasięgów. Bo wideo nagrywane w pionie nie sprawdzają się na youtubie.

Natomiast to, że nagrywałam w pionie pomogło mi w ogóle przełamać się do nagrywania. Obecnie też czasami nagrywam w pionie. To znaczy, kiedy już nagram wideo w poziomie, dodatkowo nagrywam taką małą zapowiedź tego wideo w pionie, czy takie wypunktowanie najważniejszych rzeczy, które miałam do przekazania (jako materiał na IG TV, czy na samego Instagrama).

Ale już sam fakt nagrywania, już nieważne, czy w pionie, czy w poziomie sprawia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Czyli: im więcej nagrywamy, tym widzimy, że łatwiej nam to przychodzi. A więc edycja filmów zajmuje nam mniej czasu, a dzięki temu po prostu chętniej do tego siadamy i coraz sprawniej dodajemy kolejne filmy. A w miarę, jak dodajemy kolejne filmy na youtubie, pojawiają się tu nowi obserwujący.

Ale też wysławianie się przychodzi nam łatwiej, kontakt z kamera odbywa się coraz mniej boleśnie… To jest takie jakby samonapędzające się koło, które sprawia że mamy ochotę robić tego więcej, bo pojawiają się pierwsze efekty, bo widzimy postępy. Bo ludzie coraz bardziej nas kojarzą, dlatego że jesteśmy coraz bardziej widoczni, dlatego, że coraz bardziej odważnie pojawiamy się na wizji.

Także to jest taka samonapędzająca się spirala. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czy takie koło zamachowe, które jak raz nas wciągnie, już idziemy naprzód, może jeszcze nie jak burza, ale troszeczkę z nadzieją na efekt śnieżnej kuli, która jak się rozpędzi, będzie nie zatrzymania.

Czego z całego serca Wam życzę.

Do usłyszenia.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Jaki hosting pod WordPressa? 8 kwestii, które warto zweryfikować

Jaki hosting pod WordPressa? 8 kwestii, które warto zweryfikować

Na jakie ważne aspekty należy zwrócić uwagę podczas wyboru hostingu pod WordPressa? Na polskim rynku obecnie funkcjonuje ponad kilkaset firm świadczących usługi tego typu, jednak samodzielna weryfikacja bywa niezwykle trudna. Jednak jak można się spodziewać nie ma jednoznacznie dobrej odpowiedzi, ponieważ każdy ma inne wymagania co do hostingu, jednak warto sprawdzić kilka ważnych kwestii zanim dokonasz ostatecznego wyboru.

To jest artykuł gościnny. Autor: Mateusz Mazurek. Przedsiębiorca internetowy i bloger. Twórca listy rekomendowanych hostingów – Jak Wybrać Hosting?, oraz autor licznych poradników z zakresu technologii internetowych. W tym: poradnika pomagającego wybrać najlepszy hosting dla WordPressa

  1. Liczba stron na hostingu

A dokładniej, obsługę ilu domen oferuje Ci usługodawca w ramach hostingu. Jest to dosyć ważne ograniczenie nakładane przez dostawcę, które sprawia, że do jednego konta hostingowego masz możliwość podpięcia ograniczoną liczbę domen. 

W tym przypadku warto wziąć pod uwagę, że pomimo tego, że prowadzisz jedną stronę, możesz chcieć podpiąć ich więcej, które następnie przekierują Cię na stronę główną (np. landing page pod innym adresem poświęcony konkretne usłudze czy produktowi).

  1. Ilość miejsca na serwerze

Miejsce na serwerze określa powierzchnię dysku, który jest Ci udostępniany w ramach hostingu. Pamiętaj, że nie tylko pliki zajmują miejsce na dysku, ale również bazy danych, wiadomości e-mail oraz logi, czyli zapisane informacja na temat każdorazowego wywołania pliku, odpowiedzi serwera, czy też błędach. 

Z tym mniej oczywistych rzeczy, należy mieć na uwadze, że tworzone kopie zapasowe również zajmują nieco miejsca na dysku. I pamiętaj. Nie istnieją hostingi z nieograniczoną ilością miejsca, chociaż pewnie spotkasz się z takim twierdzeniem u usługodawców.

  1. Transfer

Transfer stanowi informację na temat tego, ile w danym okresie (miesiąc, rok) możesz pobrać i wysłać danych. Warto oszacować, jak duży transfer będzie Ci potrzebny i dodać zapas. Weź pod uwagę, że nie tylko strona główna będzie wyświetlana, a przykładowo strona internetowa „waży” 3.15 MB*. Najwięcej ważą oczywiście zdjęcia i wszelkiego rodzaju obrazki. 

Jeśli wiesz ile waży pojedyncze wyświetlenie strony, wystarczy pomnożyć wartość przez ilość wyświetleń w skali miesiąca. Lub wybrać hosting WordPress bez limitu transferu (są takie!)

* średnie dane z gtmetrix.com

  1. Konta e-mail i poczta

Kwestia dostępności e-mail i poczty to bez wątpienia jedna z najczęściej analizowanych kwestii. Ilość możliwych do założenia adresów e-mail w ramach konkretnego planu. 

Wielkość dostępnych skrzynek zazwyczaj zależy w dużej mierze od ilości miejsca w wykupionym pakiecie hostingowym. Warto zwrócić na to uwagę.

  1. Szybkość dysków

W ramach kont hostingowych możesz spotkać się z trzema rodzajami używanych dysków:

– HDD (ang. Hard Disc Drive) – klasyczny, talerzowy dysk twardy,

– SSD (ang. Solid State Drive) – szybsze dyski półprzewodnikowe,

– SSD NVMe – do 10-11 razy szybsza wersja w porównaniu do SSD.

Oprócz szybkości zapisu i odczytu danych ważną kwestią jest wskaźnik IOPS, czyli ilość operacji wykonywanych w czasie jednej sekundy.

  1. Zasoby procesora (CPU), RAM i liczba procesów

Każdorazowe działanie na stronie w postaci pozostawienia komentarza, czy też złożenie zamówienia w sklepie online stanowi odrębny proces, który wykorzystuje zasoby procesora i pamięci RAM. 

Decydując się na zakup oferty hostingowej, warto zwrócić uwagę na fakt, ile mocy procesora i pamięci będzie udzielone w ramach pakietu danych. 

Zalecanym minimum powinno być 1 GHz procesora i min. 1 GB RAM. Dodatkowo możesz spotkać się ograniczeniem maksymalnej liczby równoległych procesów CGI/PHP – dobrze aby było ich jak najwięcej.

  1. HTTP/2 i HTTP/3 (QUIC)

HTTP (ang. Hypertext Transfer Protocol) określa on przesył danych pomiędzy serwerem, czyli hostingiem a urządzeniem docelowym. HTTP/2 obecnie jest wspierane przez wszystkie czołowe przeglądarki (Safari, Firefox, Opera, Chrome), a strony działają obecnie znacznie szybciej niż na początku w związku ze stałym uaktualnianiem komunikacji użytkownik-serwer. 

I chociaż na rynku pojawiła się całkiem nowa wersja protokołu, czyli HTTP/3, to wciąż niestety zdarzają się hostingi, które nie wspierają nawet HTTP/2.

  1. Bezpłatny certyfikat SSL

Certyfikat SSL sprawia, że cały ruch między blogiem na WordPressie a przeglądarką odwiedzającego jest w pełni szyfrowany. Objawia się to w postaci przedrostka https:// (zamiast http://) na początku adresu strony i ikoną kłódki. 

Dziś to konieczność prowadząc bloga nie tylko ze względu na bezpieczeństwo użytkowników, ale wymagania Google i kwestie pozycji strony w wyszukiwarce. 

Certyfikat można mieć w 100% za darmo i nie odbiega on w praktyce niczym od płatnych odpowiedników – warto wybrać hosting, który daje darmowe certyfikaty SSL.

 

Jeśli rozważasz zakup hostingu typowo pod WordPress, to zwróć uwagę dodatkowo na:

  • awaryjność hostingu – jednak warto pamiętać, że nie ma hostingów całkowicie bezawaryjnych,
  • okres testowy – dobre firmy oferują przynajmniej 14-dniowy okres testowy,
  • backupy – jak często firma je robi, jak szybko przywraca i co najważniejsze – jak długo przechowuje,
  • migrację – spytaj o to, czy nowy hostingodawca przeniesie ci stronę, bardzo często firmy robią to gratis,
  • usługi dodatkowe,
  • panel administracyjny – jego intuicyjność,
  • panel klienta,
  • Cenę – jaka jest jego cena za pierwszy i CO WAŻNE za kolejny rok użytkowania.

Zapisz się na newsletter i zgarnij praktyczny ebook o Instagramie

X

Nowość - KURS - Twój pierwszy produkt online - 39,99 PLN + VAT Odrzuć

Exit mobile version