Czy imigranci są szansą dla Polski?

Dlatego właśnie uważam, że imigracja może być taką siłą i szansą i czymś, co niesie pozytywną energię. To jest kapitał ludzki, który ma w sobie dużo wewnętrznego zapału i energii, która może przysłużyć się krajowi, który przyjmuje taką imigrację.

I owszem mieszkam we Francji, wiem jak wyglądają imigranckie przedmieścia i zdaję sobie sprawę, że mogą być ludzie, którzy przyjeżdżają tylko po to, żeby wykorzystać system, czy skorzystać z systemu. Ale znając wielu imigrantów, muszę powiedzieć, że to są często ludzie, którzy chcieli coś więcej niż to, co mogli znaleźć w swoim kraju i często to jest ich siła. To, że oni są gotowi wyjść z pewnej strefy komfortu, przede wszystkim przejść te wszystkie bariery administracyjne, bo często zdobycie wizy, czy uzyskanie prawa pobytu to jest bardzo bolesny bieg z przeszkodami przez administrację. A jeszcze nauczyć się języka, zaaklimatyzować się, znaleźć jakąś pracę… W momencie, kiedy udaje im się to wszystko zrobić i odnajdują się w jakimś takim szarym życiu, wielu mówi sobie: ” Nie, no przecież to wszystko nie było po to, muszę robić coś więcej”.

No i jeszcze jest też ten aspekt, czy jest ta rodzina, która zostaje w kraju, której trzeba udowodnić, że to przecież nie było tylko po to.

Więc mam znajomych imigrantów, którym owszem często w swoim kraju udało się osiągnąć jakąś tam pozycję socjalną. Dlatego, że trzeba mieć pewne środki, zasoby, żeby zorganizować chociażby podróż do Europy (szczególnie tutaj mówię o krajach np. azjatyckich). Mam koleżankę z Pakistanu. Więc jej rodzina np. osiągnęła pewien poziom społeczny w swoim kraju. No i dzięki temu mogła sfinansować podróż i wizy do Europy.

Nawet jeżeli to jej tato, to pokolenie jej rodziców przyjechało na początku lat 2000 do Francji i jej rodzice troszeczkę musieli spuścić z tonu: jej tata pracował fizycznie przez całe swoje życie we Francjis. Ale nie zadawalał się tym, jak to robi większość. Np. widzę to po Francuzach, po moich francuskich kolegach z pracy, którzy no robią tą swoją pracę, ale po pracy chcą korzystać z życia: chcą po prostu pójść do kina, wyjść na spacer, oglądać telewizję i nie mają tej motywacji, żeby chcieć czegoś więcej. Oni chcą zrobić swoje, mieć czas dla siebie i mieć święty spokój. Imigrant, który już raz zdobył się na to, żeby wyjść ze strefy komfortu, robił to po coś, więc teraz musi przed samym sobą i przed swoją rodziną udowodnić, że to miało jakiś sens, że to było po coś i rzeczywiście czemuś służyło. A nie tylko po, to żeby odwalać czarną robotę w obcym kraju.

Więc np. tata mojej koleżanki z Pakistanu, który pracował fizycznie we Francji, który miał tam taką pospolitą, słabo wynagradzaną pracę, ale jednak … po pracy, mając skromne zarobki, jednak miał w sobie tyle uporu, wytrwałości i kupował kolejno jakieś mieszkania do całkowitego remontu i powoli w nich majsterkował, a później wynajmował to. No i tak powoli zbudował sobie pakiet mieszkań na wynajem, który dzisiaj dostarcza mu dodatkowy dochód. No a już jak jedzie do siebie, do Pakistanu, żeby spotkać się z rodziną, to jakby może pokazać, że jednak to było po coś, że owszem może zmienił status społeczny we Francji na niższy. Ale no nie zatrzymał się, bo cały czas chciał czegoś więcej.
We Francji owszem są imigranckie przedmieścia, które może rzeczywiście, jak to mówił kiedyś Manuel Valls, że to jest taki: no man’s land. Ale często problemem nie jest to pierwsze pokolenie. Bo to pierwsze pokolenie przyjechało po to, żeby pracować i pracowało często w takiej nadziei, że ich dzieci będą żyć lepiej.

To z kolei to trzecie pokolenie, często właśnie wnuki, które może właśnie było przyzwyczajone do takiego życia.

Jest takie powiedzenie: trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy. Jeżeli ci silni ludzie przybywają skądinąd, bo może my już jesteśmy przyzwyczajeni do lepszych czasów, więc może to nas tak troszkę rozleniwia. A ci silni ludzie tworzą dobre czasy. A z kolei dobre czasy – rozleniwiają, więc tworzą słabszych ludzi.
Więc fajnie byłoby wziąć tę energię tych silnych ludzi, którym się chce robić coś więcej.

A wyobraźcie sobie, bo np. mój mąż ma kuzyna w Iranie. Mój mąż pochodzi z Iranu i ma kuzyna w Iranie, który prowadzi tam biznes (nawet całkiem fajnie prosperujący biznes). Ale żeby robić biznes w takim kraju, jak Iran, żeby tam coś załatwić w administracji, to – to nie jest papierologia tak, jak w Europie. Tylko to jest papierologia plus jeszcze znalezienie odpowiednich “wejść”.

Co tu dużo będę mówić: to jest tak, jak u nas za komuny, że się szło z jakąś kopertą. Tyle że dzisiaj w Iranie, taki przedsiębiorca jeszcze musi wyczuć, jaka powinna być kwota w tej kopercie. Tyle żeby w ogóle zacząć rozmawiać, a później dopiero będzie papierologia.

Ale wiecie: taki przedsiębiorca, który to właśnie poznał w swoim kraju, kiedy przyjeżdża do Europy – to dla niego ta papierologia, te wszystkie dyrektywy Unii Europejskiej to jest pikuś, to jest nic, to jest sama przyjemność. Więc wyobraźcie sobie, ile pozytywnej energii mogą przynieść takie osoby.

Tym bardziej, że one chcą coś udowodnić. Bo przecież nie po to zmieniały życie, nie po to zamieniały codzienną sprawdzoną rutynę w swoim kraju na nowe wyzwania, bo przecież trzeba wyjść ze strefy komfortu, nauczyć się języka, przejść przez tą całą procedurę wizową, procedurę przyznania karty pobytu i karty pracy. I to nie po to, żeby do końca życia pracować w takie takiej ciężkiej, szarej pracy.

Owszem niektórzy tak robią. Ale wtedy nadzieję lokują w swoich dzieciach: że zapewnią swoim dzieciom edukację – i to też jest jakiś motor zmiany.

Ale to jest też ta pozytywna energia, która przychodzi do danego kraju – tutaj myślę o Polsce – którą można ściągać do swojego kraju po to, żeby służyła nam wszystkim.

Owszem imigracja wiąże się z pewnymi wyzwaniami i trudnościami. Bo na pewno imigracja to jest takie sito. Na tym sicie znajdą się osoby, które chcą się przemknąć i chcą skorzystać z systemu. Bo takie nęci ich pozornie idealne życie podpatrzone w jakichś zachodnich serialach.

Ale też jest bardzo dużo ludzi, którzy chcą coś udowodnić. W momencie, kiedy już są na emigracji, czują taką potrzebę, że muszą udowodnić: i przed samym sobą, i przed swoją rodziną, która została w kraju, że przezwyciężenie tych wszystkich przeszkód było na coś i czemuś miało służyć

Więc takie tam moje gadanie o imigracji…

Czy są Ci potrzebne studia?

Czy są ci potrzebne studia?

Analfabetami analfabetami XXI wieku będą ci, którzy nie umieją się uczyć oraz ci, którzy nie są w stanie oduczyć się tego, czego już się nauczyli i uczyć się na nowo. Alvin Tofler

Ja akurat jestem z tych, co mają dyplom.

Ale coraz więcej osób, szczególnie działających w sieci mówi o tym, że szkoda im czasu na zdobywanie dyplomu, czyli de facto marnotrawienia 5 lat na zakuwanie teorii, skoro tym, czego potrzebują jest praktyka. A tej mogą nauczyć się sami w praktyce…

I coś w tym jest. I nie mogę odmówić im racji.

Bo np nie ma studiów, które przygotowują do optymalizacji reklam na Facebooku. A nawet gdyby były, po ich ukończeniu, ta wiedza na tyle by się zestarzała, że szkoda na nie czasu…

Choć… Ja swój dyplom mam. Na niewiele mi się przydał. Mogę nim co niektórym przed oczami pomachać….

Z wykształcenia jestem inżynierem chemikiem.

Nie przepracowałam ani jednego dnia w wyuczonym zawodzie. Zresztą na studiach wcale nie wyuczyłam się konkretnego zawodu.

Tego uczy praktyka. Ale żeby dostać się do tego fachu – trzeba mieć studia i oczywiście lepiej być mężczyzną. U mnie – to trochę taki wypadek przy pracy – studiowałam chemię, wyszłam ze studiów jako przekonany antychemik….

Ale odnośnie osób, które w tym zawodzie zostały… Tego fachu człowie uczy się dopiero w praktyce – w dziedzinie, do której często trafia siłą przypadku, bo trafiło się tu wolne miejsce pracy. A na studiach uczy się tylko teorii….

Ja np zaliczyłam w ten sposób kilka lat w przemyśle motoryzacyjnym (no dobra pracowałam kilka lat w wyuczonym zawodzie, ale zupełnie mnie to nie kręciło).

Czy żałuję 5 lat poświęconych na studia?

To zależy, jak na to patrzeć. Może taka miała być moja droga. Każde – nawet nietrafione doświadczenie czegoś nas uczy i jakoś tam ubogaca.

Czy poposzłabym jeszcze raz na te same studia?

Może nawet w ogóle nie poszłabym na studia.

Choć trudno się zmobilizować samemu do przyswajania wiedzy. A studia fajnie jest ją strukturyzują.

A poza tym studia są dobrym argumentem przetargowym. Niejednemu zamkną usta.

Niemniej….

W sumie popieram ten trend, który coraz mocniej obserwuję w sieci (poparty przykładami, że można inaczej, że jak najbardziej można znaleźć swoją drogę i robić coś fajnego bez studiów).

Bo to jest ten syndrom dzisiejszych czasów:

Niedopasowanie studiów do zmieniającego się rynku pracy.

Czasami tę najpotrzebniejszą, nieodzowną wiedzę trzeba zdobywać inaczej. A studia robi się tylko dla …. papierka.

Tak to wygląda nawet w zawodzie inżyniera, gdzie dopiero po przyjęciu do pracy, trzeba się wszystkiego na nowo uczyć.

Przeżyłam szok – świeżo po studiach – (praca w motoryzacji) – nie wiedziałam nic. Ale wiedza wyniesiona ze studiów pomogła mi szybciej zrozumieć rzeczy, których wymagano ode mnie w pracy. Bez tego – totalna przepaść. Więc jednak trzeba mieć teoretyczne przygotowanie do zawodu inżyniera, by stać się tym inżynierem w praktyce.

Ale motoryzacja – to nie była moja bajka. Ten temat mnie nie kręcił. Odeszłam w poczuciu, że ten zawód jest nie dla mnie.

Ale dyplom mam.

Co sprawiło przyjemność moim rodzicom. I może też był warty robienia dla tego….

———————————————————————————————————

Czy dyplom jest niezbędny?

To zależy.

Dyplom jest przepustką do pewnych zawodów, do których inaczej wstępu nie ma.

Prawnicy, lekarze, a także inżynierowie.

Tu nie ma drogi na skróty. Tzn. nie ma drogi bez dyplomu, bez studiów. Studia są dopiero jednym z etapów budowania swojej pozycji w tych zawodach.

Ale są zawody, w których dyplom to jest ten papier, który można sobie… głęboko w poważanie… no wiecie…

Tam, gdzie wiedza wyniesiona z dyplomem starzeje się w zatrważającym tempie.

Zawody, gdzie dyplom nie nadąża za praktyką.

Generalnie dotyczy to osób działających w sieci, zawodów wykonywanych w sieci, bo nie ma studiów wyższych z optymalizacji reklam na Facebooku… zresztą ta wiedza potężnie by się zdezaktualizowała przez czas trwania studiów.

Tu robienie studiów było by stratą czasu…
—————————————————————————————————–

Jak się tu odnaleźć?

Jeżeli ma się pomysł na siebie i do czego mają doprowadzić nas studia – to studia jak najbardziej – świadomie wybrane z przekonaniem, że to jest coś dla mnie.

Jeżeli tego pomysłu się nie ma….,

to może najpierw warto go poszukać, zamiast rzucać się na to, co modne, bo skoro wszyscy na to idą, to ma to jakąś przyszłość – tak, przyszłość przesyconej niszy, do której produkuje się hurtowo przyszłych bezrobotnych….

Tak było w moich czasach, kiedy wszyscy szli na ochronę środowiska i studia europejskie…

Ilu takich specjalistów wchłonie rynek, a ilu po prostu nabierze się na kolejną modę, zdobędzie dyplom, który później będą mogli sobie wsadzić głęboko w poważaniu.. Bo jeszcze ich to zupełnie nie kręci.

Więc rzeczywiście to będą zmarnowane lata. Odmierzane ilością wypitej wódki. Oby to nie były jedyne wspomnienia, które zostaną po latach….. Jeżeli reszta pojdzie w niepamięć. Bo czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach.

Jeżeli tego pomysłu nie masz, może warto ze studiami poczekać. Dać się temu pomysłowi w wykluć.

Popularny w krajach anglosaksońskich gap year, rok na poszukiwanie siebie, swojej drogi i tego, co chcemy dalej ze swoim życiem robić.

Takim gap year może być nawet rok na blogowanie…. Bez ruszania się z miejsca, a jak poszerza horyzonty.

Podsumowując.

Nie wydaje mi się, że studia są obowiązkowe.

Oczywiście, w niektórych przypadkach są niezbędne są.

Bo do pewnych zawodów nie ma wstępu bez studiów. Ale trzeba rzeczywiście chcieć je wykonywać. Lekarz bez powołania? To dopiero musi być męka dla człowieka. I żadna kasa tej męki nie zrekompensuje. Za to…

Niewykorzystany dyplom może być powodem do frustracji w poczuciu zmarnowanych lat. I to tych najlepszych…. Co z nich zostanie? Morze wypitej wódki dla zabicia czasu…

Są zawody, w których dyplom robi się dla papierka, a wiedzę zdobywa się inaczej.

Ale ta wiedza teoretyczna jednak pomaga w uczeniu się praktyki w praktyce (po studiach – tu z mojej działki – studia inżynierskie – tak to wygląda – na studiach absorbuje się masę teorii, a potem samemu trzeba będzie się odnaleźć w praktyce).

W przypadku pewnych zawodów – wiedza wyniesiona z dyplomem starzeje się w zatrważającym tempie, jeżeli w parze nie idzie za tym praktyka.

Czyli dyplomy nie nadążają za praktyką….

Bo rynek zmienia się tak szybko. A uruchomić nowy kierunek studiów, znaleźć dla niego finansowanie, wykładowców to wymaga czasu.

Zreszta jak tu odnaleźć się na rynku pracy, skoro nawet nie znamy sporej części zawodów, które będą obecne za 10 lat. A których jeszcze tu nie ma.

I tu pomocna jest elastyczność. Czyli otwartość umysłu, chłonność wiedzy..
I tu paradoksalnie mogą pomóc studia. Bo ….

Studia – uczą uczenia się.

Znacie ten kawał, kiedy studentowi zadają pytanie: ile potrzeba mu czasu, by nauczyć się chińskiego, a on zwrotnie tylko pyta – no a kiedy egzamin.

Bo współczesne, tak bardzo mocno zmieniające się realia wymagają od nas dopasowywania się do nich na okrągło, przez całe życie, czyli wiecznego dokształcania się, żeby dopasować się do sytuacji…

Głód wiedzy. Ten jest uniwersalny i sprawdza się zawsze.

O tym, czy dana osoba znajdzie swoje miejsce na rynku pracy nie decyduje sam dyplom.

Wszysto jest kwestią wystarczającego chcenia.

Powiem szczerze ze swojego doświadczenia: studia robione dla dyplomu, dla posiadania dyplomu, ale bez pasji, są stratą czasu.

W ten sposób straciłam pięć lat ze swojego życiorysu, które gdybym mogła je odzyskać – wykorzystałabym na naukę w praktyce. Ale ja wtedy nie wiedzialam, czego chce i jak to chcenie jest ważne.

Najważniejsza jest PASJA.

A pod tym czesto kryje sie nasze predyspozycje i nasze powolanie. To one wywoluja ten glod wiedzy w danym kierunku.

Tu przytoczę Wam słowa, które padły w rozmowie Michała Szafrańskiego z Michałem Sadowskim, kiedy ten stwierdził, że jego firma Brand24 wie, jak znaleźć i zatrudnić osoby, które będą docelowo najlepsze w swojej dziedzinie.

PODCAST: Brand24 – droga od startupu przez markę osobistą założyciela do spółki giełdowej wycenianej na 100 mln złotych

I tu powiem szczerze w pierwszej chwili – zrobiłam wielkie oczy.

Ale to jest bardzo logiczne – Michał przyznał, że podstawowym kryterium przy rekrutacji jest pasja, to czy dana osoba jest pasjonatem tego, co chce – czy aspiruje, by to robić.

Jeżeli tej osobie stworzyć odpowiednie warunki, zajdzie dużo dalej, niż ktoś, kto w danym momencie ma wszystkie możliwe kompetencje i dyplomy, ale nie ma takiej pasji…

PASJA. Jest taki fajny film Krzysztofa Gonciarza o tym, jak zarabiać jako freelancer.

I tu powraca ten sam element: żeby być dobrym freelancerem – trzeba mieć w sobie tę pasję. Ten głód wiedzy.

Nie tylko wykutą teorię, do której zakucia zmusiły nas studia. Tę tak szybko się zapomina – metodą 3 Z – zakuć, zaliczyć, zapomnieć… – Zapominanie w tej metodzie przychodzi najłatwiej.

Czyli jeżeli jesteś przedsiębiorcą, szukasz komu zlecić daną rzecz, wybierz freelancera, który jest pasjonatem. Bo wiedza, czasami wyuczona pod przymusem nie zakiełkuje tak samo, jak ta wchłonięta w siebie z pasji.

Bo żeby w ogóle chciało nam się uczyć, trzeba chcieć:

To jest ten sekret – trafnego doboru studiów.

Bo albo będziesz wspominać po nich morze wypitej wódki i fajną atmosferę (to jedyne, co zostaje w pamięci, bo czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach), albo rzeczywiście nauczysz się czegoś, co potem wykorzystasz….

Najważniejsze jest to, by tego chcieć.

Studia można dorobić sobie później. Zaczac od poszukania w głębi siebie, czego chcesz, do czego Cie ciągnie (do tego najprawdopodobniej masz predyspozycje).

Bo tu bardziej chodzi o to, by znaleźć swoje miejsce…

Taki rodzaj pracy, jak to mówi Brian Tracy, którego łatwo Ci się będzie nauczyć i łatwo wykonywać. Co nie znaczy, że obiektywnie to jest, czy byłoby takie łatwe dla kogoś innego. Ale Tobie przychodzi naturalnie. Bo odnalazłeś swoje miejsce….

To jest najważniejsze. I dopiero stojąc w tym miejscu, czy raczej znajdując je możesz pomyśleć o tym, czy robić studia?

Pozdrawiam serdecznie
Beata

Chujowe kwatery pracownicze: Wynajęłam swój dom nieuczciwemu najemcy. Ukraińcy grozili mi i musiałam zapłacić im okup za własny dom.

W życiu nie ma porażek, są tylko lekcje.

Wynajęłam swój dom nieuczciwemu najemcy Ukraińcy grozili mi i musiałam zapłacić im okup za własny dom.

Właśnie podnoszę się z bolesnej, nie nie – porażki, tylko lekcji. Opowiadałam już wielokrotnie swoją historię o tym, jak chcąc pomóc, czy umożliwić start w biznesie komuś z rodziny, sama wdepnęłam w poważne problemy.

Bo zawierzyłam mój dom rodzinny niepoważnej i nieuczciwej najemczyni, która skrupulatnie go i mnie wykorzystała, absolutnie nie wywiązując się z powziętych przez siebie zobowiązań.

Suma sumarum: moja nieuczciwa najemczyni przerobiła mój dom rodzinny w prosperujące i dochodowe, ale tylko dla siebie samej kwatery pracownicze. Ale ponieważ notorycznie i systematycznie zapominała opłacać i swoje rachunki za zużyte media (a możecie wyobrazić sobie te opłaty dla domu zamieszkiwanego przez kilkadziesiąt, a dokładnie 28 osób – te dane biorę z jej oficjalnej strony internetowej).

No i oczywiście drobiazg zapominała płacić w sumie dość symboliczny, bo jak najbardziej chciałam pójść jej na rękę i przychylić nieba – czynsz dla mnie, jako dla właściciela nieruchomości. Na który się umówiłyśmy podpisując regularną umowę.

Ja sama, zanim się w tym wszystkim zorientowałam, nie do końca rozumiejąc polskie realia, bo od wielu lat mieszkam na emigracji, a w Polsce prawo istnieje tylko na papierze, a w praktyce działa prawo silniejszego i tego, kto ma więcej tupetu. A tego mojej nieuczciwej najemczyni akurat nie brakowało.

A że w swojej błogiej naiwności byłam gotowa przychylić jej nieba i wpompować w jej biznes swoje ostatnie oszczędności, do tego oddałam jej właściwie za friko mój dom rodzinny, który po latach – totalnie zdewastowany i opędzlowany musiałam od niej jeszcze wykupić.

Niestety tak działa, a raczej nie działa polskie prawo. I tak ślepo chroni najemcy. Nawet jeżeli najemca jest firmą, która czerpie grube korzyści z użytkowania czyjeś, bo przecież nie – swojej nieruchomości i doprowadza ją do stanu ruiny.

Ponieważ w okresie rozruchu, biznes tej pani i mojego bratanka się nie kręcił, przez wiele miesięcy dobrowolnie rezygnowałam z należnego mi według naszej umowy – czynszu. Potem przyszedł COVID, więc pani znalazła nowe uzasadnienie, dlaczego dalej jej biznes – niby obiecujący i generalnie w innych miejscach prosperujący – nie idzie. Czego oczywistą konsekwencją było to, że nie może odpalić mi ustalonego w ramach naszej umowy czynszu. No i choć pani zaklinała się, że to wszystko prawda, kiedy wreszcie udało mi się po Covidzie dojechać do Polski, z pewnym takim niedowierzaniem stwierdziłam, że w moim domu mieszka kilkadziesiąt osób naraz.

No ale nawet jeżeli zobaczyłam to na własne oczy, pani tak przekonywająco zapewniała mnie, że to tylko dzisiaj – przypadek – chwilowo i że jej Firma potrzebuje zwolnienia z czynszu jeszcze przez kolejne miesiące. I oczywiście w swojej nieograniczonej naiwności poszłam na to.

Ale jednocześnie zaczęłam nabierać podejrzeń. Jak gąbka, która powoli nasiąka wodą, każdy z nas ma wyczerpujące się pokłady naiwności.

Przy tej okazji udało mi się jednak wejść do własnego domu (co nie jest łatwe w momencie, kiedy przekazujecie zarządzanie swojemu najemcy, bo wtedy jesteście zależni w tym zakresie od niego – jedyną opcją jest tu wynajem na pokoje, który daje właścicielowi dostęp do części wspólnych, a więc pozwala na legalne wejście do swojej własnej nieruchomości).

No i że tak powiem, ukradkiem i na szybko wchodząc do własnego domu, zorientowałam się że środki finansowe, które wysłałam na finansowanie prac remontowych, zostały wykorzystane na ten cel w bardzo ograniczonym zakresie.
Jednym słowem pani wykiwała mnie i włożyła sobie kasę do swojej kieszeni (zamiast w mój dom).

I moje największe rozczarowanie: to wszystko przy aktywnym udziale mojego własnego bratanka, który faktycznie stanął po stronie kogoś, kto po prostu oferował mu większą kasę i natychmiastowy doraźny zarobek.

No i tak przez kolejne 3 lata próbowałam wykręcić się z tej feralnej współpracy, w którą pechowo wdepnęłam podpisując przeklęty cyrograf, czyli umowę z tą panią na wynajem mojej nieruchomości. No a dalej już nie było odwrotu.

Nawet jeżeli w umowie były klauzule dotyczące wyjścia z umowy na podstawie niezapłacenia przez najemcę czynszu. W praktyce polskie prawo jest bardzo przychylne najemcy.

Ostatecznie po prawie czterech latach zszarganych nerwów, rujnowania się na kolejnych prawników i na zapłacenie okupu – tu ironia losu musiałam zapłacić okup za własny dom, a raczej za zwolnienie i opuszczenie własnego domu przez niepłacącego od wielu miesięcy najemcę.

W tym momencie dopiero zaczynam odbijać się od dna. A właściwie jestem na samym dnie – finansowo, moralnie, emocjonalnie i będę próbowała się od tego dna odbić.

Silniejsza i bogatsza o to gorzkie doświadczenie. Ale też lepiej rozumiejąca pewne mechanizmy.

I nawet nie chodzi mi o to, że w Polsce prawo jest martwą literą. W tym zakresie – niestety – jeżeli chodzi o prawo własności, mamy państwo z kartonu.

Wystarczy, że najemca wie jak wykorzystać prawo na swoją korzyść i jest nietykalny.

Tu co prawda mam nadzieję, że ja po prostu miałam totalnego pecha i trafiłam na wyjątkowo perfidnego najemcę, który okopał się w mojej nieruchomości, sfałszował mój podpis po to, żeby zapewnić sobie dostęp niezbędnych mu do prowadzenia swojej działalności – mediów. A jeszcze na lewo i prawo opowiadał o mnie niestworzone rzeczy po to, żeby nastawić wszystkich przeciwko mnie.

Miałam dostawić sobie drugą nogę – mały dodatek do domowego budżetu, a tymczasem wkopałam się w ogromne długi. Zorganizowałam, w swojej błogiej naiwności, maszynkę wysyssającą ze mnie środki finansowe i szarpiącą mi nerwy, generującą długi – na opłacenie prawników, na zapłacenie okupu za własny dom.

Bo tu muszę powiedzieć: współpracujący z moją nieuczciwą najemczynią Ukraińcy grozili mi, że po prostu zainstalują na moim domu kamery do monitorowania i gdy tylko będę próbowała zbliżyć się do własnej nieruchomości będą reagować siłowo – czyli po prostu wykopią mnie stąd, albo nawet zrobią coś gorszego. A w tym czasie dom będzie niszczał i niszczał. A więc lepiej, żebym wykupiła go od nich, żeby móc zadziałać zawczasu.

W tym momencie udało mi się odzyskać mój dom totalnie zdemolowany, zapuszczony i opędzlowany ze wszystkiego: ze wszystkich mebli, które np. zostawiłam na rozruch tych feralnych dla mnie kwater pracowniczych. Moja nieuczciwa najemczyni zabrała z niego nawet stare po PRL-owskie szafy i łóżka, które jeszcze widnieją na zdjęciach reklamujących mój dom na jej stronie internetowej.

W domu znalazłam też wydrążoną sporą dziurę w ścianie nośnej, którą ta pani wykonała w ramach maksymalizowania swoich zysków. Bo próbując dorzucić dodatkowe pomieszczenie, “wygenerowała” pokój bez okien – jaskinię. Zastanawiam się, w jakich warunkach ona tam trzymała swoich lokatorów. Niemniej musiała dorzucić tutaj chociażby taką oryginalną, szkieletową wentylację.

Więc dochodzą mi jeszcze koszty zamurowania tego otworu. Plus koszty usunięcia porzuconych i porozrzucanych po całym podwórzu i w przynależącym do domu – domku gospodarczym zapleśniałych materacy po kwaterach pracowniczych tej pani – kilkadziesiąt materacy – to nie jest wcale taki anegdotyczny koszt. Ale też kilka porzuconych pralek, które wysłużyły się w międzyczasie i których koszt usunięcia oczywiście sprytnie przerzuciła na mnie.

Jeszcze muszę zapłacić zaległe rachunki tej pani np. za ogrzewanie, żeby móc ponownie przyłączyć mój dom do sieci ciepłowniczej. A że zima była sroga w minionym roku. Kolejne długi…

Więc dostałam dobrą lekcję, z której teraz muszę wyciągnąć wnioski.

Powoli podnoszę głowę i startuję na nowo … z długami.

Czego mnie nauczyło to doświadczenie?

Pierwsza lekcja to zasada ograniczonego zaufania do innych ludzi.

Lepiej zaufać, zawierzyć i przez to inwestować w samego siebie, niż zdać się na innych. Każdy z nas ma w sobie potencjał, którego nie wykorzystujemy w pełni na co dzień i który wychodzi z nas dopiero w trudnych chwilach.

Ułuda Internetu. Uważajcie – ta pani była szumnie promowana jako absolwentka kursów uznanych i rozpoznawalnych na youtubie ekspertów od nieruchomości i kwater pracowniczych. I to był jeden z dodatkowych czynników, który skłonił mnie do tego, bym lekką ręką zainwestowała w rozwój biznesu tej pani swoje ostatnie oszczędności.

Warren Buffet ukuł takie sympatyczne powiedzenie:

Inwestuj w siebie, albo inwestuj w nieruchomości.

Inwestowanie w biznes innych ludzi – tutaj sprawdza się zasada ograniczonego zaufania. Tym bardziej, że natura ludzka działa na tej zasadzie: że to co łatwo przyszło – łatwo poszło. Łatwo wydaje się, czy pseudo inwestuje cudze środki, szczególnie jeżeli ze względu na odległość (bo mieszkam na emigracji) trudno jest to tak skrupulatnie monitorować.

A ja jeszcze byłam zahukaną szarą myszką, która brała za dobrą monetę każdą rzuconą na wiatr obietnicę tej pani, że kiedyś prześle mi zdjęcia, pokaże jak dom wygląda, ale teraz ona nie ma czasu, bo ona jest taką zabieganą bizneswoman.

Ale karma wraca i szczególnie zbyt niedbałe traktowanie pieniędzy. Bo pani cały czas była pod kreską i napędzała swój biznes łapiąc kolejne jelenie – przepraszam kolejnych inwestorów, którzy dokładali do jej biznesu. Tym bardziej, że była polecana przez znanych i rozpoznawalnych internetowych guru, co pomagało jej w budowaniu wiarygodności. I tak ta piramida Ponziego budowana na ludzkiej naiwności mogła się kręcić dalej.

Oczywiście wszystko kręci się do czasu, kiedy przychodzi jakiś Czarny Łabędź. Choć akurat pani bezproblemowo przebrnęła przez czas Covidowy, ale w pewnym momencie przebiera się miarka: ludzie otwierają oczy i budowana na wietrze piramida finansowa runie.

Lekcja ograniczonego zaufania do innych. Tak szczególnie ważna dla osób, które mają niskie poczucie własnej wartości. Łatwo nabrać się na szumną internetową autopromocję, kiedy wiele rzeczy jest na pokaz – u influencerów niby opływających w kasę, mieszkających na wymuskanych House Boatach, pozujących w wypożyczonych gablotach.

A jak się dobrze przyjrzeć i podłubać – okazuje się że król jest nagi, czy jak to mówi Warren Buffet:

Kiedy przychodzi odpływ, widać kto pływał bez majtek.

A więc po moim feralnym doświadczeniu zalecam ograniczone zaufanie do Instagramowej iluzji rzeczywistości.

Druga lekcja: Edukacja finansowa i pierwszy do niej krok, czyli rozmawianie o pieniądzach.

Bo jak to mówią: kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Pieniądze są nerwem każdego przedsięwzięcia.

A nam od dziecka się powtarza i tym buduje w głowach psychologiczne bariery, bo: Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach. Pieniądze szczęścia nie dają. Kobieta, która leci na kasę – niezła lafirynda, czy zołza.

A tym czasem pieniądze są tylko środkiem i wynagradzają dostarczaną wartość. Wszystko się sypie, kiedy tej wartości nie ma.

Moja nieuczciwa najemczyni trzymała swoich najemców w tragicznych warunkach i docelowo wszystkie poważne firmy współpracujące z nią zaczęły porzucać udostępniane przez nią kwatery pracownicze ze względu na to, że nie oferowała wartości i jakości.

Ale oczywiście ona w tym momencie woli powtarzać, że to ja położyłam jej firmę. Ja, którą mieszkam 2000 km stąd. Której tak skutecznie broniła dostępu do mojej własnej nieruchomości, że przez lata nawet nie mogłam do niej wejść. To niby ja jestem winna jej niepowodzeń w biznesie: na odległość, wirtualnie położyłam jej firmę. No bo przecież nie ona jest temu winna. Bo nie dostarczała wartości. Tylko winni są inni.

Najgorsze jest to, że są jeszcze ludzie, którzy to łykają i którzy chcą jej wierzyć. W dzisiejszych czasach ogłupiającego wszystkich i spłycającego wszystko internetu, ludzie wierzą i chętnie łapią proste frazesy i wierzą temu, kto głośniej krzyczy i szumniej się auto promuje. W dzisiejszych czasach nie można mieć wstydu.

Ale największym zagrożeniem jest to, kiedy człowiek boi się rozmawiać o pieniądzach.

Ta psychologiczna bariera, temat o którym się nie rozmawia i który sprawia, że przez lata szarpiemy się w trudnej sytuacji finansowej, przekonani o tym, że nie zasługujemy na więcej i w skrytości ducha, a raczej w poczuciu własnej bezradności – klepiemy biedę.

Kiedy tymczasem przyciśnięci do muru, powoli znajdujemy coraz to nowe rozwiązania.

To jest moje osobiste doświadczenie, próbując wyjść z długów – wygenerowanych nie przeze mnie, bo ja zawsze żyłam skromnie, ale przez moją nieuczciwą najemczynię, która żyła podnad stan i bez skrupułów przerzucała swoje koszty na innych.

Tutaj takie schematyczne myślenie, że po pierwsze o pieniądzach się nie mówi i powinnam w skrytości ducha i w mozolnie i rzetelnie wykonywanej pracy etatowej przez kolejne lata swojego życia spłacać długi mojej najemczyni i pogodzić się ze swoim losem (małego trybika w maszynie).

Ale po pierwsze: zobaczyłam, że nie mając odwagi rozmawiać o pieniądzach, te często po prostu przeciekają nam przez palce i wyciekają z kieszeni. Szczególnie, kiedy kupujemy coś, tylko dlatego że to jest takie tanie. Nawet jeżeli się do niczego nie przyda.

A jeszcze kiedy zaczynamy analizować swoje przychody i wydatki, w nawet najskromniejszym budżecie okazuje się, że można wydłubać troszkę więcej, wynegocjować, renegocjować zaciągnięte kredyty i np rozłożyć je inaczej, poszukać kolejnego źródła dochodu, uciąć chociażby nieużywane od wielu miesięcy aplikacje, które generują kolejne abonamenty i wydatki. Czy klasyk gatunku: kupować coś, co jest nam niepotrzebne, tylko dlatego, że jest takie tanie, tak – na zapas.

Kiedy nerwem wojny są pieniądze – nie te wydane, których już nie mamy. Tylko te, którymi dysponujemy na koncie, choć boimy się o tym rozmawiać.

No a ponieważ jak to mówią nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – to że zostałam przyciśnięta do muru, że tyle kosztowało mnie od strony finansowej moje doświadczenie z nieuczciwą najemczynią – to zmieniło mnie.

To doświadczenie postawiło mnie pod ścianą i musiałam zacząć rozmawiać i myśleć o pieniądzach. Będąc wychowana w kraju, w którym o pieniądzach się nie mówi – pieniądze są czymś złym, wręcz napiętnowanym i będącym przeszkodą do pozaziemskiego życia, czy po prostu złem wcielonym. Tymczasem kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Począwszy od pieniędzy ubranych w modne łaszki w nieoznaczonej, ale opłacanej instagramowej promocji – tzw product placement. Poprzez uświadomienie sobie wartości, jaką wnosisz do swojej pracy i nawet jeżeli szef nie spieszy się z uznaniem tej wartości w formie dodatkowej podwyżki, być może to jest ten moment, żeby poszukać dodatkowego źródła wykorzystania, a więc spieniężenia swoich kompetencji np. robiąc coś po tzw. godzinach.

Ale w momencie, kiedy boisz się pieniędzy, boisz się mówić o pieniądzach, kiedy żyjesz w przekonaniu; że na nie zasługujesz, dopóki masz taki stan ducha, będziesz miał z tym problem Czy po prostu będziesz zmagać się z tym problem.
Jestem tego żywym dowodem i przykładem.

To, co myślisz o pieniądzach – takie pieniądze, albo ich brak do siebie przyciągasz.

Dopóki myślisz, że pieniądze to zło wcielone i źródło problemów, ściągasz na siebie te problemy.

Bojąc się pieniędzy, będziesz przyciągać ludzi, którzy potencjalnie mogą Cię omamić i wycisnąć jak gąbkę, a następnie wyrzucić na bruk jak niedopałek papierosa. Historia, z której wychodzę.

Ale przede wszystkim pieniądze stwarzają nowe możliwości. Pieniądze są nerwem każdej wojny i każdego przedsięwzięcia.

Odkąd zaczęłam myśleć, że pieniądze są tylko środkiem do rozwoju i uznaniem wnoszonej przez nasze działania wartości dodanej – wszystko się zmieniło.

Niestety jesteśmy wychowani w przekonaniu, w ten sposób funkcjonuje nasze społeczeństwo, że wystarczy ciężko pracować: jak ten chomik bezszelestnie pedałujący w rozpędzonym kołowrotku od pierwszego do pierwszego, żeby otrzymać wypłatę i żeby mieć motywację, żeby gonić w tym kołowrotku dalej, aż do emerytury.

Kiedy to właśnie zmiana mentalności, zatrzymanie się i wyskoczenie z rozpędzonego kołowrotka po to, żeby stanąć obok i uporządkować swoją relację z pieniędzmi może okazać się krokiem milowym. Co w tym momencie robię.

Bo nie chodzi o to, żeby pracować ciężko, tylko pracować mądrze i rozglądać się za nowymi możliwościami. Kiedy poświęcnie 100% swojego czasu na dawanie siebie w pracy etatowej, sprawia, że brakuje go nam, żeby rozejrzeć się za czymś innym.

Kolejne doświadczenie i kolejna lekcja: Stać Cię na więcej, niż myślisz.

Postawiony w trudnej sytuacji, w której czujesz się niekomfortowo, możesz czuć się źle, ale też granice Twojej wytrzymałości przesuwają się.

Ja – nieśmiała, zahukana, szara myszka (zmuszona do tego) byłam zdolna do samodzielnego wtargnięcia do Wilczego Szańca, do oblężonej fortecy, czyli do mojego rodzinnego domu, okupowanego przez moją nieuczciwą najemczynię i jej ukraińskich wspólników, którzy po prostu żerowali na biednych ukraińskich kobietach, które pracowały na nich. A oni bez skrupułów brali od nich kasę, nie płacąc ani za media, ani nie płacąc nic właścicielowi budynku.

Trudne zdarzenia przesuwają granice naszej wytrzymałości, ale też popychają nas do robienia rzeczy, do których wydawałoby się, że nie jesteśmy zdolni.

W tym momencie, nawet jeżeli dopiero odbijam się, czy próbuję odbić się od dna, mam poczucie, że zyskałam dodatkową siłę. Czy raczej: odkryłam w sobie siłę, której sobie wcześniej nie uświadamiałam. I to jest dobry punkt … do odbicia się.

Warto uwierzyć w siebie. Bo jak chcesz, żeby inni uwierzyli w ciebie i że to, co masz do zaoferowania ma wartość? Jeżeli ty sam w siebie nie wierzysz…

Tu punktem wyjścia jest zmiana myślenia o sobie i … zmiana swojego podejścia do pieniędzy.

W tym momencie dopiero wychodzę na prostą. Ale mam nadzieję wykaraskać się po tych wszystkich feralnych przejściach. Póki co zaczynam układać to sobie w głowie, bo to jest miejsce, od którego trzeba zacząć.

Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia

PS. W kolejnych listach napiszę Ci, jak układa mi się ta trudna droga.

Beata Redzimska

Nowość - KURS - Twój pierwszy produkt online - 39,99 PLN + VAT Odrzuć

Exit mobile version