Jak przestałam chorować i zaczęłam cieszyć się swoim życiem.

jak przestać chorować

Jestem z natury zestresowana. Ale w tym wewnętrznym huraganie emocji, pragnień, łapania 10 – ciu srok za ogon – jedną ręką, a drugą kolejnych 10- srok.

Bo wszyscy jesteśmy tak ambitnie zabiegani, czujemy na sobie tę specyficzną – goniącą nieprzerwanie presję naszych czasów (bo konkurencja nie śpi) i docelowo gonimy w piętkę donikąd…

Mniej lub bardziej świadomi tego, gdzie tak naprawdę tkwi przyczyna. Co dorzuca oliwę do ognia tej wewnętrznej frustracji.

I wtedy właśnie sypie się nam zdrowie.

Moje zdrowie posypało się kilkukrotnie dokładnie według tego samego scenariusza.

Za każdym razem ze skruchą szłam po rozum do głowy. Musiałam przewartociować wszystkie swoje plany. Wrócić do tego, bez czego nic nie jesteśmy w stanie zrobić: zadbać o swoje zdrowie.

Zdrowie – wydawało mi się, że jest dane mi raz na zawsze i mogę z niego korzystać…

Tymczasem: tu wcale nie chodzi o to, by zajechać się i zapracować. Tylko, by pracować mądrzej i wydajniej.

Tu wcale nie chodzi o to, by zaoszczędzić czas na pracę – kosztem snu.

Ale by wyspać się tyle, ile trzeba i mieć dość energii na wszystko to, na co jej nam potrzeba.

jak przestać chorować

Tu wcale nie chodzi o to, by być zabieganym dla samego poczucia zabiegania (bo dopiero wtedy mamy poczucie, że jesteśmy potrzebni, nieodzowni i na właściwym miejscu).

Tylko, by znaleźć swój rytm i swoją melodię.

Bo niestety, niejednokrotnie w tym nieustannym zabieganiu – typowym dla współczesnych czasów pojawia się znajomo brzmiący – DYSONANS – wszyscy mamy mocno zakwaszone organizmy.

Zakłócona równowaga kwasowo – zasadowa.

Problem, z którym zmagam się od lat.

Tak, jestem niepoprawnym nerwusem, ale coraz łatwiej, z wiekiem przychodzi mi nabieranie dystansu do pewnych spraw, a to sprzyja wyciszeniu się.

Bo niestety naruszona równowaga kwasowo – zasadowa, zbyt zakwaszony organizm. Problem, kiedy o nim słyszymy, beztrosko machamy ręką, bo to jeszcze nie jest żadna poważna choroba. Ale długofalowo przyczyna poważnych chorób.

To skutkuje poważnym problemem, czy baterią problemów, która dotyczy współcześnie bardzo wielu osób.

Podkrada się podstępnie. Nie zdajemy sobie sprawy, ile potrafi nam wyrządzić złego. Z pozoru nie boli. A jednak…

ZAKWASZENIE ORGANIZMU. Nadmiar kwasów.

Bo oczywiście, że te kwasy będą usuwane przez organizm (które w swojej mądrości chce nam tym zapanować).

  • Kwasy wychodzą z nas wraz z potem i tu będą wysuszać nam skórę.
  • Kwasy będą również wysuszać błony śluzowe, które – razem ze skórą – stanowią pierwszą linię obronną organizmu w kontakcie z mikrobami. Tym właśnie można by wyjaśnić obniżenie odporności i zwiększoną podatność na infekcje u osób, których organizm jest mocno zakwaszony.
  • Nadmiar kwasów pod postacią kryształów może umiejscawiać się w stawach. Te kryształki kwasów, często ostro zakończone, boleśnie wbijają się tu i ówdzie – a jednak to boli, czy może doprowadzić do męczącego bólu, chociażby bólu stawów.
  • Nadmiar kwasów powoduje zubożenie rezerw mineralnych organizmu. Bo żeby to sobie jakoś zrównoważyć organizm pobiera zasady (dla zneutralizowania kwasu) – minerały zasadowe np wapń z tkanek, krwi, limfy i z kości.
  • To prowadzi do demineralizacji organizmu. A wtedy możemy zaobserwować u siebie zwiększoną łamliwość paznokci, skłonność do złamań, osteoporozy, próchnicy zębów, do wypadania włosów….

Te wszystkie symptomy urody tracącej swój blask na skutek właśnie nadmiernego zakwaszenia organizmu.

Przechodziłam przez to. Nie rozumiałam dlaczego: wiecznie choruję, te przeziębienia, ból gardła, próchnica zębów, słabe włosy.

Aż – jak grom z jasnego nieba spadło na mnie – objawienie. Natrafiłam najpierw na krótką notkę napisaną przez szwajcarskiego naturopatę Christophera Vasey (potem przeczytałam kolejne jego książki) wyjaśniającą te wszystkie symptomy i… olśniło mnie.

Szukałam daleko – przyczyna była blisko, pod samym nosem.

Nie – wcale nie trzeba tego leczyć nadmiarem chemicznych lekarstw. Tylko odmienić swój styl życia, swoje przyzwyczajenia…

Dzisiaj jem inaczej, myślę o swoim życiu i codziennej gonitwie inaczej, w innych kategoriach. Ruszam się nie po to by pędzić przed siebie. Ale by cieszyć się ruchem.

Nauczyłam się odpuszczać. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy muszę dać sobie czas, bo w przeciwnym razie to doniczego dobrego nie prowadzi. Życie zaczyna się po 40.

Staram się iść swoją drogą, w swoim rytmie. Nie ulegać tej presji naszych czasów, która wypompowuje człowieka jak cytrynę…., przekonując, że tak właśnie być powinno. Tymczasem NIE.

Odtąd…

  • Moje paznokcie zdecydowanie poprawiły się, zniknęły odbarwienia.
  • Włosy wciąż tak samo rozczochrane, ale odzyskałam wewnętrzny spokój.
  • A i włosy nie wypadają mi tak jak kiedyś…
  • Zimą zdarza mi się chorować, ale przydarza mi się to sporadycznie. Podczas, gdy przez lata – chorobanie było moim chronicznym stanem mojego organizmu.

jak przestać chorować

Wyciszam się – biegając.

Biegając porządkuję swoje myśli, sprawy i emocje. Biegając i jakby odłączając martwienie się, odłączając się od pasożytniczych myśli i poddając tym, które wnoszą radość życia, znajduję inspirację i przekonuję się o pokładach kreatywności, których w sobie nie podejrzewałam.

Zakwaszony organizm – to może być skutek uboczny – stresu, presji i braku ruchu.

Obok tego wewnętrznego rozbiegania między 10- cioma projektami i rzeczami do zrobienia (gdzie jeszcze raz zaznaczam: ten rodzaj rozbiegania nie jest sportem).

Właśnie by zneutralizować jego negatywny wpływ na organizm – warto, trzeba znaleźć czas, energię na to, by zdekompresować… odpuścić, nabrać dystansu, nabrać odpowiedniej perspektywy.

W przeciwnym razie krąg się zaciska… Kaskada lawinowo narastających konsekwencji dla zdrowia ze zwykłego, nadmiernego zakwaszenia orgniazmu.

Kiedy dodatkowo organizm potrzebuje czasu, by wrócić do stanu równowagi, by odbudować swoje rezerwy mineralne.

Zawrócić podczas spadania po równi pochyłej? Lepiej nigdy na niej się nie znaleźć.

Pomyśleć o sobie, zanim uruchomi się kaskada negatywnych konsekwencji tego wyczerpującego, choć nie zawsze świadomego braku czasu dla siebie.

Bo spieszymy się, by zdążyć zrobić jeszcze to i tamto.

Tymczasem czasami przekonujemy się o tym, że zrobiliśmy najwięcej i najwięcej wynieśliśmy z danej chwili, kiedy udało się nam nad nią zatrzymać, wyciszyć się wewnętrznie, nasycić jej trwaniem.

Jak to robi dobrze. Jakże warto przyznać sobie ten czas.

To nie jest strata czasu. Wręcz przeciwnie – jego kosztowanie.

Wszystko to, co wycisza wewnętrznie – wzbogaca.

Zabieganie, rozbieganie między projektami, z którego bierze się wewnętrzny, podświadomy, spychany gdzieś w niebyt – niepokój, poczucie frustracji, gonienia i docelowo – niespełnienia. Bo zawsze chcemy więcej, zamiast cieszyć się tym, co mamy.

Tymczasem istnieje proste lekarstwo: zatrzymać się, wziąć głęboki oddech, nabrać dystansu, docenić siebie, spojrzeć na siebie z lotu ptaka, z dystansem, uporządkować to, by nie miotać się.

Przejrzeć na oczy i przejść do sedna: PRIORYTETY.

Zająć się tym, co w życiu naprawę ma wartość, zamiast tego wewnętrznego miotania.

Prawdziwe relacje z drugim człowiekiem, kontakt z naturą, wsłuchanie się w siebie.

Wszystko to sprzyja temu, że czujemy się dobrze z samym sobą, zaczynamy myśleć pozytywnie i dostrzegać bogactwo, jakim obdarza nas życie (czasu, niepowtarzalnych chwil, doznań, relacji).

Zamiast zaślepionego narzekania.

Zakwaszenie organizmu – jak z nim walczyć?

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Beata Redzimska Vademecum Blogera
Beata Redzimska

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Jak osiągnąć każdy cel? Przewodnik do wglądu … z pewną dawką zdrowiego rozsądku.

Niemożliwe – nigdy. Ostatnio wpadłam gdzieś na wywiad z Pierre Cardin (francuskim...
Read More

8 komentarzy

  • Zgadzam się z Tobą. W pewnym momencie pracowałam tak dużo, że brakowało czasu na sen. A jednak nie było efektów jakich oczekiwałam. Była za to frustracja i niechęć do dalszej pracy. Teraz jestem mądrzejsza 😉

  • Bardzo ważny wpis 😉 Często zapominamy o tym co najważniejsze i najlepsze dla nas! „Tu wcale nie chodzi o to, by być zabieganym dla samego poczucia zabiegania (bo dopiero wtedy mamy poczucie, że jesteśmy potrzebni, nieodzowni i na właściwym miejscu).” – To jest bardzo waży element w naszej codzienności, ale też trzeba pamiętać, że trawimy nie tylko jedzenie, ale również emocje czyli jak mamy dużo złości, dużo stresu te emocje również nasz organizm musi strawić. Pozdrawiam serdecznie, Ania

  • „Wszystko to, co wycisza wewnętrznie – wzbogaca.” zgadzam się nie tylko z tym wybranym cytatem, ale z całością wpisu. Niestety wiele osób, może większość, dochodzi do wniosku – wyluzuj, zwolnij – zbyt późno. Kiedy? Ano właśnie wtedy, gdy zdrowie szwankuje. Ja do mądrzejszych nie należę.
    Beatko, lubię tu zaglądać, choć ubogo z moimi komentarzami, wiem. Muszę się poprawić, serdecznie pozdrawiam 🙂

  • Oj doskonale wiem o czym mówisz, też jestem nerwusem i wszystko przeżywam i biorę do siebie. Ale ostatnio odkryłam drobne przyjemności, które faktycznie mnie relaksują-szydełkowanie i zagniatanie ciasta drożdżowego 🙂 a nad dietę pracuję cały czas.

  • Coś o tym wiem. U mnie długotrwały stres paraliżuje układ pokarmowy. Potem muszę to odchorować leżąc plackiem przez trzy dni. Dlatego nauczyłam się nabierać dystansu i stawiam na pierwszym miejscu zdrowie, a dopiero na dalszym ambicję.

  • Zajrzałam tu, żeby (jak zwykle zresztą) poszukać czegoś związanego z blogiem, bo akurat planuję wrócić do blogowania, a trafiłam na ten artykuł. Kliknęłam, bo też zmagam się z kiepską odpornością i tak myślę, że to, o czym piszesz może być jedną z przyczyn. Cieszę się, że o tym wspomniałaś, dziękuję 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *