Uwierz w siebie i zacznij działać.

Jak ważna jest wiara w to, co robimy. Wiara, że to, co robimy ma sens. I że ma sens robić to dalej.

Robić swoje. Nawet jeżeli inni w nas i w to, co robimy nie wierzą.

Robić to po to, by w ogóle dać sobie te szansę.

Wsłuchać się w siebie i uwierzyć w to, co przeczuwamy w sobie, że taka jest nasza droga – czy jak to mówią – przeznaczenie, powołanie, które w jakim sensie jest zakodowane w nas.

Zamiast wsłuchiwać się w ludzi którzy dobrze nam radzą… W swoim poczuciu. Ale to właśnie przez nich zbaczamy ze swojego kursu.

Bo oni doradzają nam kurs, którego sami może nie mieli odwagi obrać. Ale co nam po nim?

Bo wiecie, jak to jest: radzimy dobrze innym to, co byłoby dobre dla nas.

To, co jest naszym wewnętrznym powołaniem, czy przeznaczeniem. Dlatego…

Jeżeli chcesz, by ktoś Ci dobrze poradził, wsłuchaj się w to, co poradziłbyś komuś innemu. A jeszcze lepiej zrób to. Dla siebie.

Genialne w swojej prostocie. Wystarczy zebrać się na odwagę…. Tak, to jest ten przełomowy moment i zacząć…

Nawet jeżeli czeka Cię daleka i poplątana droga. Tak pozakręcana miejscami, wzmącona (nieuniknionymi) momentami zwątpień, wewnętrznej szarpaniny i mimowolnego zbaczania z kursu.

Wiecie jak to jest: ludzie wierzą w zwycięzców, kiedy ci już zwyciężyli.

Tymczasem po zwycięstwo sięgają ci, którzy potrafili przejść często bardzo długi dystans pod górkę w samotności. A może nawet wbrew wszystkim..

Ot i cały sekret błyskawicznych sukcesów, do których dochodzi się latami.
Ostatnie dni przyniosły sporo takich refleksji. W związku ze śmiercią Charles Aznavour, który odszedł w szacownym wieku 94 lat, po długiej i tak owocnej karierze, że nikt już dziś nie pamięta tej jego kariery poplątanych początków… A jeszcze mniej to, że te „początki” – to przebijanie się zajęły mu ponad 20 lat. Pierwszy prawdziwy sukces przyszedł po ponad 20 latach niestrudzonej obecności na scenie, wytężonej pracy, niezachwianej wiary w swój talent i przeznacznie. Kiedy nikt – absolutnie nikt nie chciał w niego uwierzyć. A on wierzył mimo to. Krytyka go nie oszczędzała, chcąc wyperswadować mu ten ośli upór. Bez znieczulenia:

Tu panowała zadziwiająca zgodność: ten niepozorny człowieczyna, z niewymiarowym nosem i bez cienia charyzmy nigdy nie powinien trafić na szczyt afisza…

I tu może ironia losu – Charles Aznavour zaistniał, wybił się piosenką pod wymownym tytułem -„Już widziałem się na szczycie afiszu”  (w oryginale Je m’voyais déjà… en haut de l’afiche). Piosenką – w pewnym sensie autobiograficzną, którą wyjściowo napisał dla urodzonego uwodziciela – Yves Montant. Ale ten jej nie chciał.

Charles Aznavour zresztą wcześniej, jak i później pisał piosenki dla innych gwiazd, między innymi Edith Piaf, która wzięła go pod swoje skrzydła, dla której pracował jako człowiek od wszystkiego, a przede wszystkim autor piosenek, ale która podobnie jak inni (przyznaję to z żalem, bo Edith Piaf to moja ukochana pieśniarka) nie wróżyła mu kariery solowej i odradzała śpiewanie solo na scenie.

On jednak wierzył w siebie i robił swoje.

Aż tego grudniowego dnia 1960 roku (w wieku 36 lat, po ponad 20 latach obecności na scenie, jako aktor, piosenkarz, w duecie z Pierre Roche – Charles Aznavour pochodził z rodziny aktorskiej i występował na scenie od 9 -ego roku życia), tym razem stanął na scenie kabaretu Alambre i zaśpiewał piosenkę: Już widziałem się na szczycie afisza, a publiczność ją pokochała.

Ot błyskawiczny sukces… debiut sceniczny, który de facto wymagał ponad 20 lat obecności na scenie. Za to uwieńczony długą i owocną karierą….

Uwierz w siebie i zacznij działać

Patrząc na gwiazdy tego formatu mało kto zdaje sobie sprawę, że – czy jak wyboiste były ich początki.

Oni też przez długi czas mieli pod górkę.

Ile potrzeba wiary, tak – tej głupiej wiary w siebie, w swoją szczęśliwą gwiazdę, żeby się spełniło, czy zanim się spełni.

Podobnie osoba, która zainspirowała mnie do jednej z ważniejszych zmian w moim życiu: zmiany diety, odstawienia produktów mlecznych i mącznych, czyli profesor Seignalet.

Po śmierci mamy, która odeszła wskutek choroby autoimmunologicznej (stwardnienie rozsiane) zaczęłam interesować się bardziej tym tematem (chorób autoimmunologicznych).

Wtedy trafiłam na książkę prof. Seignalet: pt żywność – trzecia medycyna. Która okazała się ogromną pomocą, dla osób zmagających się z tymi dzisiaj wciąż nieuleczalnymi chorobami (jest ich cały wachlarz).

Ale teraz: wyobraźcie sobie młodego lekarza, który jeszcze w latach osiemdziesiątych proponuje swoim pacjentom, zmagającym się z chorobami autoimmunologicznymi – wyeliminowaniem z jadłospisu produktów mlecznych i mącznych (dieta bezglutenowa bezmleczna). No herezja.

Wyklęty przez środowisko medyczne.  Bo jak to – przepraszam – żywność może być lepszym lekarstwem od syntetycznego produktu opracowanego przez sztab specjalistów i wyposażone za grube pieniądze laboratorium naukowe.

Co natura może nam dać lepszego…?

A on wierzył. Wierzył, że w naturze, w codziennej diecie tkwi niesamowita siła, wierzył i uparcie głosił to dalej, ryzykując swoją karierą.

Doradzał swoim pacjentom to, co zadziałało u niego, w przypadku jego wątłego zdrowia. Doradzał to, co było dobre i zgodne z jego nieugiętym przekonaniem. Robił swoje. Trzymał się tej wówczas niepopularnej drogi, drążył temat, pogłębiał wiedzę…

Pamiętam jak w swojej książce pisał o tym, jak wartościowa jest codzienna godzina zanurzenia się w literaturze naukowej. To jest coś, co zawsze się zwraca – rozwój / inwestycja w siebie, w swój rozwój. Jak ważne jest zdobywanie nowych umiejętności i wiedzy.

Jak czasami czasochłonna może okazać się droga.

Jak często po drodze może dopaść zwątpienie.

Ale do celu dobijają tylko ci, którzy bezwzględnie wierzą, próbują, szukają, eksperymentuja, rozwijają się.

To nigdy nie będzie linia prosta. I jak czasami bagaż zebrany po tej drodze przydaje się w najmniej podejrzewanych momentach.

Steve Jobs – właśnie czytam jego biografię – zawzięcie uczęszczał na kurs kaligrafii, co zaowocowało pakietem różnorodnych czcionek, które zaproponowały użytkownikom najpierw komputery Apple, a następnie za ich przykładem Microsoft.

Wszystko czego się uczymy jest bagażem, po który będziemy sięgać i rozpakować go po drodze, na dowolnym etapie naszej ziemskiej podróży.

Tylko trzeba wierzyć w tę podróż:

  • że ona ma sens,
  • że ona do czegoś nas doprowadzi,
  • nawet jeżeli ta droga wydaje się pokrętna, a trudności przesłaniają horyzont.

Uwierzyć w siebie, wierzyć że to, co wewnętrznie w sobie przeczuwamy, ten głos – powołanie, czy przeznaczenie, jeżeli tylko damy mu szansę….. – on będzie miał rację bytu.

Uwierzyć, że to, co robimy ma sens. Uwierzyć po prostu po to, by posuwać się dalej. Uwierzyć,  bo jeżeli uwieżymy w to, co robimy, wypełni to nasze życie – sensem. A przecież tego szukamy na tej drodze.

Powodzenia. 🌸🌷💐 Pozdrawiam serdecznie

Beata

Uwierz w siebie i zacznij działać

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Organizacja czasu w social mediach (cz 1)

Bloger w social mediach. Bycie blogerem to nie tylko samo pisanie tekstów...
Read More

4 komentarze

  • To co, do dzieła! Bo nie jest łatwo uwierzyć w siebie ot tak, ale wiara w swoje możliwości przychodzi wraz z działaniem. Krok za krokiem. Dzień po dniu. Fajnie, Beato, że podzieliłaś się swoimi przemyśleniami na ten temat 🙂

  • Poruszyłaś bardzo ważny temat. Ja nieustannie nad tym pracuję bo czasem wystarczy gorszy dzień aby stracić na chwilę wiarę. Dlatego takie artykuły i teksty motywacyjne są nieocenione, bo pomagają wrócić do siebie.

  • Ogólnie mam wrażenie, że dla innych zawsze mamy złotą radę, a dla siebie jesteśmy bardzo krytyczni, dlatego zawsze zadaje jedno pytanie, co poleciłabyś swojej przyjaciółce w takiej sytuacji, a następnie robię to 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *