Bloga się nie ubija, nawet jeżeli nie rośnie. Polemika z Pawłem Tkaczykiem.

czy to co robię ma sens

Nie zgadzam się. 😇😇😇

Psów się nie ubija. One są najwierniejszymi towarzyszami życia, podobnie jak blog.

Paweł Tkaczyk napisał kiedyś taki znaczący artykuł. A w nim ten fragment, w którym może całkiem sporo blogerów się odnajdzie. A wtedy, może podobnie jak mnie dopadną Was wątpliwości:

„Załóżmy, że jesteś blogerką, która założyła blog nie po to, żeby pisać na boku, ale z zamiarem przekształcenia go w solidny biznes. Wybrałaś kategorię (marketing, moda, parenting czy – nie daj Boże – lifestyle).

Mijają dwa lata blogowania. Twoje statystyki bardzo odstają od tego, czym chwali się Jessica Mercedes.

Dodatkowo w ciągu tych dwóch lat Twój wykres odwiedzających w Google Analytics jest płaski jak stepy akermańskie.

Co powinnaś zrobić?

Ubić psa”.

Może rzeczywiście pewne rzeczy robię źle. Ale to nie jest samo w sobie złe, że prowadzę bloga.

Nawet jeżeli mój blog nie osiąga takich rozmiarów, jak ten Jessici Mercedes ….

A statystyki są płaskie, jak stepy akermańskie. Tzn mam swoich unikalnych użytkowników, od lat w takiej samej ilości…

czy to co robię ma sens

Czy w takim razie powinnam ubić tego psa? I tu…

Nie zgadzam się.😇😇😇

Tak na marginesie: owszem, wiem, że istnieje ktoś taki, jak Jessica Mercedes (obiło mi się o uszy).

A nawet zajrzałam do niej przy okazji pisania tej notki (po raz pierwszy), żeby sprawdzić: kto to jest… To wcale nie jest przejaw złej woli z mojej strony. Po prostu to nie jest moja bajka.

A jednak – nie zgadzam się.

Po pierwsze w sieci codziennie dodawanych jest po kilka milionów nowych wpisów.

Podobnie w social mediach, przeładowanych ze wszystkich stron, we wszystkich potencjalnie rozwojowych niszach.

Bo ludzie mają ograniczone możliwości przerobowe. Uwaga ludzka jest zasobem ograniczonym. Nie starcza jej dla wszystkich i na przeczytanie wszystkiego, co potencjalnie jest ciekawe. A doba nie jest z gumy.

Skutkiem ubocznym tego przeładowania treścią jest to, że uczestniczymy w niekończącym się wyścigu: możemy dodawać coraz to nowe treści, a statystyki i tak będą stać w miejscu.

I wtedy – jeżeli rzeczywiście stoją niewzruszone od dawna na tym samym poziomie (co jest moim udziałem – nie jestem w stanie przejść 30 000 U.U. w miesiącu), czy…

Czy powinnam zadać sobie to pytanie: Czy ubić tego psa?

Kiedy ja wcale nie chcę tego zrobić.

Dobrze wiem, że w pewnym sensie ubijając tego psa, ubiłabym siebie.

Psów się nie ubija. One są najwierniejszymi towarzyszami życia, podobnie jak blog. 😍😍😍

Jestem obecna w sieci. Drążę tu swoją dziurę, a nawet dziurkę. I tylko dziurkę.

Ale…. Rozwijam się. Nawet jeżeli nie przekłada się to na hajs.

Przekłada się na coś, czego nie da się przeliczyć na pieniądze: wypełnia moje życie treścią.

Nawet jeżeli nikt nie czyta…

Nigdy nie wiesz, czy ktoś kiedyś tego nie przeczyta. Przeczyta i poczuje, że to było mu w tym momencie potrzebne. Okaże się to tym decydującym impulsem do zmiany, do której sam z siebie nie mógł się zebrać…

To była Twoja misja. Nawet jeżeli nigdy się tego nie dowiesz…

Z wiekiem uświadamiam sobie, że coraz mniej ważny staje się hajs (ten można wydać w każdej ilości, tylko po co? ). Ale na prawdę – z perspektywy czasu – liczy się to, by wypełnić swoje życie treścią.

Coraz częściej zastanawiam się, oglądając się wstecz za siebie na lata, które są już za mną –

  • Z jednej strony: kiedy to przeleciało?
  • Z drugiej: Nie chciałbym obudzić się za kolejne 15 w poczuciu, że hello – przeleciało. A ja nic ze swoim życiem nie zrobiłam. Bo ta codzienna bieganina w kółko.

Ale nie, bo ja zrobiłam wiele ciekawych rzeczy, właśnie dzięki blogowaniu.

Bo blogowanie nieustannie zmusza do podnoszenia tej poprzeczki, do wychodzenia poza tę ustaloną rutynę, która sprawia, że kiedy oglądamy się za siebie, nawet nie wiemy, kiedy nam zleciało od poniedziałku do piątku, 15 -ście kolejnych lat.

Blogowanie popchnęło mnie do robienia rzeczy, o które siebie nie podejrzewałam.

Nagrywam podcasty, robię FB live, obrabiam zdjęcia (i kocham to), tworzę grafiki i strony internetowe, piszę… Ograniam od strony technicznej sporo narzędzi i wciąż się rozwijam.

Hajs? Wszystkiego nie da się przeliczyć na hajs: satysfakcji, poczucia własnej wartości i spełnienia, kontakty i ubogacające wymiany międzyludzkie…

Paweł oczywiście pisał tu w wymiarze biznesowym.

Ale blogowanie – nawet jeżeli wypływa, bo nie czarujmy się – podświadomie u każdego, kto zabiera się za blogowanie ono wypływa z chęci uczynienia tego swoim sposobem na życie.

I nawet jeżeli okazuje się tylko, że blogowanie jest wartościowym sposobem na życie, w wymiarze osobistym.

Czasami, w najmniej spodziewanym momencie potrafi otworzyć furtki, które dotąd były dla zamknięte i nigdy nie przypuszczalibyśmy, że kiedykolwiek się przed nami otworzą.

Ja np napisałam artykuł do drukowanego czasopisma (Blogosfera o Twitterze, dziękuję Katarzyna Berska za zaproszenie), zaproszono mnie do udziału w prestiżowej konferencji (Wordcamp – uwielbiam, niestety, wypadało w weekend, w który pracowałam zawodowo)….

Wypowiadam się na medyczne tematy (to moje hobby, nawet jeżeli nie jestem lekarzem – no dobra jestem chemikiem, ale takim przemysłowym, po inżynierii chemicznej, jedynie ze specjalizacją z biotechnologii).

Prowadzę grupę o czymś, co wielu osobom wydaje się herezją, a w co ja wierzę: dieta bezglutenowo – bezmleczna.

I są – znalazłam – dotrałam do ludzi, którzy podzielają mój punkt widzenia. Prowadzę ją wespół zespół, jak w tej piosence z Kabaertu Starszych Panów z dyplomowanym psychodietetykiem – dziękuję Ania Stankiewicz Lifestylerka.

Jednym słowem – blogowanie, bycie w blogosferze to idealne miejsce do spotkań, poznawania pokrewnych dusz i stwarzania dla siebie niepodejrzewanych możliwści.

Nawet jeżeli blogowanie nie przekłada się na hajs, otwiera niepodejrzewane możliwości, których w sobie, ani dla siebie nie podejrzewaliśmy.

Acha, jeszcze odkryłam, że lubię gotować (nawet jeżeli wciąż gdzieś tam siedzi we mnie to przekonanie, że mam 2 lewe ręce do garów)….

To jest ten satysfakcjonujący wymiar osobisty.

Owszem dostaję propozycje podczepienia tu i ówdzie za opłatą jakiegoś linka we wpisie, który dobrze się wypozycjonował, czy polecenia tego, czy tamtego narzędzia.

Ale czasami po prostu mi się nie chce….Nie chce mi się biegać za małą kasą, bo ja chcę zbudować długoterminową markę.

Może nawet nie po to, by na niej zarabiać. Na Wikipedii chyba nikt nie zarabia. A jednak to jest marka, którą każdy zna. Która ma niewątpliwą i niepodważalną wartość.

Życia nie da się sprowadzić do wymiaru czysto biznesowego. To byłoby duchowe bankructwo.

Życia nie da się przeliczyć na kasę. Bo dochodzi element, który jest ponad to – ograniczający nas czas, który jest nam dany tu na ziemi.

Tak mi się skojarzyło Kasia Nowosielska – czas na ziemi to jest ta esencja. Chodzi o to, żeby dobrze – tzn wartościowo go wykorzystać.

Przeliczanie go na kasę – spłyca go.

Zrobić coś dla innych, podzielić się z innym – to napełnia nasze życie ponadczasową wartością.

Dla jednego to będzie blog. Ale blog nie jest idealną receptą dla każdego. Bo każdy upatrzy sobie innego psa.

Bloguję od 7 lat i oglądając się za siebie nie żałuję tego czasu.

Zrobiłam wiele rzeczy, których nigdy bym nie zrobiła bez blogowania.

Ostatnio stwierdziłam, że przerobię treści posegregowane tematycznie na blogu na e-booki. I co się okazało?

Okazało się, że mam na blogu materiał na kilka książek, tylko poukładać i odpowiednio posegregować w osobnych ebookach.

Kiedyś JasonHunt stwierdził, że blog jest takim wielkim notatnikiem.

I tak myślę, że do tego wniosku doszłoby wielu blogerów z kilku letnim stażem, że pisząc bloga, napisali kilka pokaźnych książek.

Tylko to odpowiednio ogarnąć. A to jest coś, co niezależnie od czegokolwiek wypada nazwać wartościowym dorobkiem życia.

Usiadłam do recyklingu tych treści w formie ebooków.

Okazało się, że w jedno popołudnie jestem w stanie stworzyć obszerny przewodnik po Paryżu. W inne popołudnie stworzyłam ebooka z przepisami na desery bezglutenowe i bezmleczne.

Jeszcze w brudnopisie mam obszerny ebook o Instagramie. W planach kolejny ebook o etymologii francuskich wyrażeń, czyli taką storytellingową pomoc w nauce języka francuskiego.

Piszę książkę (no dobra ebooka, ale może nawet kiedyś ktoś to wyda, bo blogowanie przesuwa granice tego, co możliwe) o drobnych nawykach, które odmieniają życie na lepsze.

Nie spełniłam jeszcze swojego młodzieńczego marzenia: zostać autorem ckliwych harlequinów, ale to kwestia przelania kilku historii na papier. Może w końcu też to zrobię.

Gdybym to podsumowała….

Dlatego jednak nie ubiłam tego psa. I nie żałuję.

Bez niego moje życie byłoby, jak to mówią Francuzi – métro – boulot – dodo (metro, praca, spanie). A tak mam swoje sekretny życie, które napełnia moje realne życie treścią.

Buduję swoją markę w sieci, uczę się i rozwijam, może przy okazji uczą się ode mnie inni.

Może moją misją jest napisać coś, co popchnie kogoś innego do zrobienia czegoś wielkiego.

Może jesteśmy malutkimi trybikami wielkiej maszyny, miotamy się przez całe swoje życie, by nadać mu sens.

Nazywamy to szukaniem swojego powołania, ale tak naprawdę chodzi o to, by wypełnić swoje życie treścią.

Mniejsza o ten HAJS.

Więc co z tego, że statystyki jak te stepy arkmeńskie (kiedyś sprawdę, gdzie to jest, bo dzisiaj już sprawdziłam i dowiedziałam się, kim jest ta mityczna Jessica Mercedes, widzicie, za każdym razem czegoś się tu uczę).

A że tego nie monetyzuję…. Może kiedyś przyjdzie ten moment. A może i nie….

Blog ma niemierzalne, ale namacalne efekty. Niekoniecznie przeliczane na pieniądze, a jednak takie, które wnoszą w życie sporą wartość. Jak ten wierny pies.

Psów się nie ubija. One są najwierniejszymi towarzyszami życia, podobnie jak blog.

Obraz może zawierać: 1 osoba, siedzi, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Zapisz się na Newsletter

Tags from the story
More from BEATA REDZIMSKA

Dobra organizacja pracy, czyli jak pracować wydajniej.

Wszyscy mamy te same 24 godziny na dobę. Nie wszyscy potrafimy wykorzystać...
Read More

10 komentarzy

  • Beata, dzięki Ci wielkie za ten wpis <3 Mam bardzo podobne przemyślenia. Nie wszystko się robi w życiu dla hajsu. Ja też pisze bloga, jest to moje dodatkowe zajęcie. Jeśli wpada z niego jakiś dodatkowy zarobek, traktuję to jako premię za włożony w jego rozwój trud 🙂 I bardzo się cieszę z każdego komentarza, bo to oznacza, że mam odbiorców, mam stałych czytelników, którzy uważają treści przeze mnie tworzone za ciekawe i przydatne. To miłe. I żeby się tak czuć, nie potrzebuję miliona wyświetleń miesięcznie 😀

  • Bardzo dobry, motywujący i zachęcający wpis! Ja mam bloga dopiero od roku, na poważnie wzięłam się do roboty od lipca. Dał mi tak wiele, ze nie sposób tego nawet zliczyć – i nie chodzi o pieniądze, a o możliwość rozwoju. Nie zlikwiduje go dopóki mnie będzie stać na hosting . Pozdrawiam serdecznie!

  • Świetny wpis! Swój blog stworzyłem, bo przede wszystkim chce dzielić się wiedzą z innymi. Moją motywacją nie jest z pewnością kasa i dzięki temu nawet jak nie będzie rósł w co wątpię 🙂 nie będę go odpuszczał. Przede wszystkim bardzo lubię to co robię (jest to moja pasja) i nie ma takiej siły, aby mnie od robienia tego odciągnęło cokolwiek 😛

  • Hmm, mi się wydaje, że w wizji przedstawionej przez Pawła nie chodzi o to, żeby „ubić psa”, bo np. bloga odwiedza mało osób.. chodzi o cel. Jeśli zakładamy bloga z myślą, że ma to być solidny biznes i tak chcemy żyć, a efekt jest słaby i nie ma kasy, nikt nas nie czyta przez x czasu, to może warto zainwestować energię i zasoby w coś innego. Jeśli celem naszego bloga jest dzielenie się wiedzą, zarażanie ideami, przyjemność- na pewno nie warto niczego ubijać! Po prostu wtedy jest super, jeśli ktoś nas czyta, zbieramy swoje grono i jest nam miło 😉

  • Nigdy nie planowałam robić z bloga biznesu, założyłam go, bo lubiłam pisać opowiadania. Dopiero później, od słowa do słowa, zaczął się jakiś barter, a w jeszcze późniejszym czasie również inne oferty.

  • Mam 16letnią suczkę. Nie widzi, nie słyszy, nie wie skąd ją wołam i załatwia się na tarasie, bo nie ma ludzkiej siły, która sprowadziłaby ją z tegoż tarasu. Nie jest to pies, który przynosiłby jakąkolwiek „korzyść”, a raczej straty. Mój Boże, czy powinnam ją ubić? Kogoś wiernego i oddanego, kto spędził ze mną tyle lat? To chyba moja odpowiedź.
    I dziękuję Ci Beata, jako blogerka „nie daj Boże lajfstajlowa”, że wzięłaś ten temat za rogi.

  • Jeśli nie chce się tego robić to się nie ubija. Nie postępuje się w dany sposób dlatego, że ktoś tak radzi ale weryfikuje się jescze własne zdanie i na jego podstawie podejmuje decyzje. Bardzo fajnie, że jeśli za tym co robimy jest kasa, ale te blogi mniej komercyjne bez reklam ciekawiej się czyta. Widzę wiele blogów, których wpisy są pisane z serca, mają dusze ale dosłownie WSZYSTKIE są reklamą jakiegoś produktu choć pisaną w sposób łaczenia z codziennym życiem. Żeby chociaż były one przerywane jakimiś neutralnymi wpisami. Ani jednego! Śledzę jeden taki blog, którego autorzy niemal mają całe swoje życie zasponsorowane przez wielkie marki. Na to wygląda. Dom, jedzenie, artykuły dla dzieci, samochód, podróże. Cenią się, bo nie reklamują za przedmioty tylko za przedmioty + duże pieniądze. Można im tylko pozazdrościć. Jednak tego coraz mniej chce się czytać, bo taki blog zmienia się w ekskluzywny katalog produktów, których i tak nie planuję kupić.
    Sieć potrzebuje też głosu zwykłych ludzi, takich którzy nie robią z bloga biznesów, lub ktorym biznes na blogu nie wychodzi bo to taka treść jest naprawdę ciekawa, pisana od serca, pokazuje prawdziwą rzeczywistość. A statystykami się nie martw. Masz je naprawdę DUŻE. Czytelnicy Cię cenią i codziennie dziękują za Twoje posty. Więc nie ubijaj swojego psa tylko kochaj jak najlepszego przyjaciela. Pozdrawiam

  • Świetny wpis. Trafiłem na niego w odpowiednim momencie. Jedna z Twoich uwag jest zatem ze wszech miar słuszna. Bloguję dla przyjemności od paru lat. Najpierw był blog o nauce języków, bo to moje hobby. Potem o podróżowaniu. Tyle że przez ostatnie dwa lat je odpuściłem, zaniedbałem. Nie podróżuję już tyle i tak daleko co kiedyś. Na bloga językowego zabrakło pomysłu. Za to rozwinął się z niego blog o nauce arabskiego, myślę, że to będzie moja nisza – brakuje takich miejsc w sieci, zwłaszcza po polsku.
    Niedawno zacząłem pisać bloga „Moje zwykłe piękne życie po czterdziestce”. Opisuję na nim swoje przemyślenia i przeżycia, pokazuję, że można czerpać zadowolenie z życia i doświadczać wiele ciekawych rzeczy, jeśli się tylko bardo chce, jeśli człowiek się nie zasiedzi i znajdzie w sobie siłę, która pcha go do przodu, do poznawania nowych rzeczy. Ale też zastanawiam się, czy warto, czy ktoś to czyta, czy kogoś to interesuje?
    Twój wpis dał mi sporo do myślenia. Nie ubiję swoich blogów. Pewnie, że chciałbym kiedyś na blogowaniu zarabiać. Ale nie jestem sfiksowany na tym punkcie. Mam pracę, którą lubię, w której się realizuję, nie narzekam na pensję. Nie ubiję ich, bo dają mi satysfakcję, pozwalają realizować się w pewnych obszarach, a to jest ważniejsze niż monetyzacja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *