Jesteś produktywna, czy po prostu jesteś zapracowana?

jak być produktywnym

Jesteś produktywna, czy po prostu jesteś zapracowana? 🧚🏻‍♀️🧝‍♀️

Bo jeżeli siadasz do czegoś to po to, by sobie nad tym popracować, czy po to, by to zrobić?

Siedzisz nad problemem po to, by go rozwiązać, czy bardziej dla spokoju sumienia, bo podobno go rozwiązujesz…

Nawet jeżeli robisz to bez głębszego przekonania i wiary…

Bo w głębi ducha przeczuwasz, że nie dasz rady, że to Cię przerasta.

I tak to robisz, nie robiąc.

Tzn zajmuje Ci to czas, dając to kojące podświadomość poczucie, że coś robisz, nie robiąc tego do końca, czyli nie robiąc tego na prawdę.

Chodzisz w kółko, wokół dobrze Ci znanego fragmentu  zadania i sama siebie mamisz, że taka jesteś zapracowana, że na nic nie starcza Ci czasu.

Ale tu nie chodzi o efekty (tych, wiesz, że nie będzie, bo zadanie i tak Cię przerasta). Tu chodzi o  Twój spokój sumienia. A przecież ten jest bezcenny.

 

I tak  udajesz – przed samą sobą, że to robisz. A robisz tak, by się nie zmoczyć….

Niby chciałabyś, ale najlepiej jakby zrobiło się samo… A samo zrobić się nie chce.

To wymagłoby wyjścia ze strefy komfortu. Tyle, że kiedy niepokojąco się do niej zbliżasz i już musiałabyś zdobyć się na ten decydujący krok, czyli zrobić to, czego dotychczas nie robiłaś, wtedy masz gotową wymówkę – innym razem.

Bo tym razem goni Cię to, co pilne. Jak dobrze mieć w zanadrzu nadmiar pilnych spraw, dla spokoju sumienia….

Jeżeli odnalazłaś się w tym opisie, no cóż.  Pisałam o sobie…

Jestem taką zapracowaną, zabieganą kobietką, matką Polką, która nie robi tego, co ma zrobić, tzn robi to do pewnego momentu, a potem brakuje jej odwagi.

Ale poprawiam się. Stopniowo, ale skutecznie posuwam się naprzód. Bo:

  • albo rozkładam sobie to, co mam do zrobienia na coraz to mniejsze etapy tak, że już mnie nie przerażają,
  • albo z żalem lub czasami nawet bez żalu decyduję się na przecięcie pępowiny. Skoro to nigdy nie będzie moją drogą, po co mam chodzić w kółko, lepiej  przeciąć pępowinę. Uwolnić się spod tego ciężaru.

Po co ciągnąć to za sobą, jak ten wyrzut sumienia, który już i tak do niczego nie mobilizuje.

Wręcz przeciwnie – tylko podkopuje wiarę w siebie, a z nią… i szanse na zrealizowanie kolejnych projektów.

Tak.

Bo chyba każdy z nas zna osoby, które w ten sposób uczą się języka angielskiego (mają to stale w planach, ale nie mogą się do tego tak naprawdę zmobilizować). Ale w pewnym sensie powiązane z tym niespełnienie – kładzie się cieniem niewiary na ich innych przedsięwzięciach.

Albo osoby, które chcą zacząć się ruszać, zapisują się na siłownię, noszą karnet do siłowni w torebce, ale nigdy nie jest im tam po drodze…

Zabrakło przekonania, czy woli walki?

A potem wnioski z tego jednorazowego doświadczenia przekładają na wszystko inne, czego zaczynają …. próbować. I próbują z pewną taką nieśmiałością….

Bo gęstym cieniem kładzie się na tym widmo tamtej „porażki”… Czegoś nie
udało się zrobić – wiec wyciągamy ponadczasowe wnioski: jestem do miczego. Nie potrafię ….

Tymczasem: z własnego wiem, że:

Pewnych rzeczy nie należy uogólniać:

To, że karnet na siłownię nie wypalił, nie znaczy, że np nie uda Ci się regularnie biegać (z autopsji).

To, że od iluś tam lat (i znowu jadę tylko po sobie) zabierasz się do nauki hiszpańskiego, za każdym razem ucząc się po kilka nowych słówek, a potem odstawiając to na bok, na kilka kolejnych miesięcy….

Spokojnie – to jeszcze nie znaczy, że kiedyś tego hiszpańskiego się w końcu nie nauczysz. Albo nie opanujesz języka programowania….

Czego Ci (tzn w tym przypadku – mi) brak?

Dobrej motywacji, dobrego powodu, by to robić na poważnie.

Nauczyć się hiszpańskiego – fajna rzecz. Tylko po co mi to?

Fajnie by było. Ale fajnie by było nie jest wystarczającą motywacją, by wytrwać w czymś, co naprawdę wymaga długotrwałego zaangażowania. Tu trzeba znaleźć sobie coś bardziej konkretnego niż fajnie by było…

PS Wciąż mam nadzieję, że kiedyś się hiszpańskiego nauczę – ale wciąż brakuje mi dobrego powodu by się za to naprawdę zabrać. Za to poważniej myślę o tym, by nauczyć się kodowania.

A może ….

Miotasz się między wieloma rzeczami…,

robiąc je tak, jak w takiej sytuacji można je zrobić… Czyli robiąc wszystkiego po trochu, nie robiąc niczego tak naprawdę (znowu z autopsji, oszczędzę Wam szczegółów – wiele rozpoczętych pomysłów).

Tylko po co to tak robię?

Po to, by mieć z pozoru dowartościowujące, a w rzeczywisotści dogłębnie frustrujące poczucie, że jestem taka zapracowana.

Na nic tak naprawdę nie mam czasu – to jest idealna wymówka, by nie tknąć się rzeczy, których się obawiam.

I nie jestem w tym sama jedna. Ile osób tak ma? Nie korzystasz z życia. Rezygnujesz z wszystkiego dla pracy. A nikt tego nie docenia…

I dalej wmawiasz sobie, że przecież robisz to, co możesz. A w głębi ducha wiesz, że tak naprawdę nie robisz tego, co chcesz zrobić… Bo to wymagało by zebrania się na odwagę, na która obawiasz się zebrać. Błędne koło frustracji….

Ale generalnie tak to jest, kiedy robisz to, co pilne, by nie mieć czasu na to, co ważne. Bo ważne wymaga wyjścia ze strefy komfortu. Tu wielkiej filozofii nie ma:

BÓJ SIĘ I RÓB.

Ale w sumie jest Ci na rękę, że tych pilnych spraw tyle…. że zostawiają Twoje sumienie w spokoju….

I tak to ważne idzie w niepamięć przywalone toną tego, co pilne. Dla pozornego spokoju sumienia.

A może właśnie dlatego …

Od lat stoisz w tym samym miejscu, ogarniając się spod tego, co dzień w dzień spada na Ciebie do zrobienia. Odkładając plany, marzenia na kiedyś…

Kiedyś to ta choroba, przez którą zabierzesz marzenia ze sobą do grobu.

Pewnego dnia…. I to ci wystarcza.

To jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla rzeczy, które odkładasz na później, bo to, czego nie znamy zawsze podświadomie budzi strach.

Bo wszystko jest trudne, zanim stanie się proste.

Tylko trzeba spróbować – dać sobie jedną, drugą, trzecia szansę. Bo jeżeli tej szansy sobie nie dasz – bo czujesz się bezpiecznie na znanym gruncie – ale ten grunt już nie daje Ci satysfakcji i tak narasta w Tobie uczucie frustracji….

Co z tego, że myślisz o sobie, że jesteś jak ten lodołamcz, bo tyle ogarniasz.

Ale tu chodzi o to, by praca zmierzała w jednym kierunku, a nie we wszystkich. Bo wtedy to jest miotanie się…

Czy czasem nie uciekasz w zapracowanie przed tym, czego chciałabyś, ale się boisz?

Albo robisz dla robienia, a nie dla zrobienia. Taka subtelna różnica.

Albo udajesz przed samą sobą, że to robisz. Choć dobrze wiesz, że żeby to zrobić musisz zdecydować się na krok, na który wciąż brakuje Ci odwagi by się zdecydować.

Odkładasz na później przeprowadzenie trudnej rozmowy, zrobienie decydującego kroku.

Bo Ty jeszcze nie jesteś na to gotowa. Bo Ty nie jesteś wystarczająco dobra. Cały czas się do tego przygotowujesz, ale jakbyś wciąż się to oddalała.

Skąd ja to wiem? Bo taka jestem – w środku…

Widzę to po sobie…

jak być produktywnym

Jak fajną przykrywką może być zapracowanie dla braku odwagi.

A to prowadzi do innego wniosku. Genialny Albert Einstein:

Jeżeli cały czas robisz to samo, nie dziw się, że za każdym razem dochodzisz do takich samych rezultatów.

Czasami w ten sposób rezygnujesz…

Od tak dawna to robisz, nie robiąc tego, tak że masz namacalne potwierdzenie dla swoich obaw – nie zrobisz tego, to przerasta Cię.

Ja w ten sposób robiłam mój kurs o blogowaniu, który nigdy nie ujrzał światła dziennego. Nawet nie wyszedł poza etap rozpisanego na kartce papieru szkicu…

Przerażało mnie to. To znaczy – wciąż przeraża. A jeszcze jak pomyślę sobie, że spadnie na mnie jakaś księgowość – to już w ogóle mi się odechciewa.

Bo wychodzenie ze strefy komfortu tez warto sobie dawkować – nie wymagać za dużo – wystarczy posuwać się naprzód krok po kroku – w swoim rytmie. Piszę ebooka (o budowaniu swojej marki w sieci) – już wiem jak to zrobić od strony technicznej – reszty – przy odrobinie szczęścia i wychodzenia ze strefy komfortu nauczę się po drodze.

ALE

Tyle, że tym razem stawiam sobie deadline, żeby nie tracić zbyt wiele czasu na miotanie się, na odkładanie, na uciekanie.

Zdecydowałam, ze jeżeli jednak mi się nie uda – przetnę pępowinę (dam sobie spokój, albo dotrzymam danego sobie słowa).

Tego nauczyło mnie fiasko mojego kursu o blogowaniu, który nigdy nie ujrzał światła – dalam sobie za dużo czasu. Zbyt wysoko stawiając sobie poprzeczkę przy pierwszej próbie – dlatego zamiast działać – podświadomie przed tym uciekałam. Donikąd. W frustrację.

Bo czasem dajemy sobie za dużo czasu, a to trzeba łyknąć jak gorzką pigułkę, albo jak tego brudzia – jednym haustem, bez znieczulenia, szybkim pociągnięciem kieliszka i za nami.

Aż się człowiek rozgrzeje taką energią wewnętrzna energią i idzie w to dalej.

Ale teraz już na całego. Nie, wcale nie puściły hamulce (ja nie namawiam Was do picia), puściły wewnętrzne opory.

Okazuję się, że skoro zrobiłem jedno, to pewnie mogę drugie. Jeżeli przygotowałam kilka ebooków, teraz porywam się na coś większego …

Jak tego brudzia, jednym haustem, w 3 miesiące – założyłam sobie, że napisze coś obszerniejszego i bardziej praktycznego. A potem – wóz – albo przewóz – przejdę do innych projektów.

Już nie odkładam tego na kiedyś….

Pewnego dnia zrobię to…. tak sobie mówiłam –

Ile ja rzeczy zrobię pewnego dnia….

Problem w tym, że to takie pojęcie poza czasem i przestrzenią. A to do niczego nie motywuje. Chyba że do odkładania w nieskończoność.

———————————-

I tak się rozpisałam – by dać sobie motywujacego kopa – i podam go Wam i sobie na przykładach:

Asia Kokoszkiewicz w 2 miesiące napisała swoją książkę. Aż sama się zdziwiła.

Postawiła sobie deadline, narzuciła sobie pewną dyscyplinę, ale bez przesady: nawyk regularnego pisania, codziennie go utrwalała, wpisała go w codzienną rutynę i pisała po 3 h dziennie.

Po dwóch miesiącach oddała wydawnictwu gotową książkę do druku.

Osoby które wiedzą, czego chcą i konsekwentnie do tego dążą, z czasem do tego dochodzą.

Nawet jeżeli z początku wydaje się to tak odległym, że prawie nieosiągalnym marzeniem, aż trudno byłoby w nie uwierzyć.

Pamiętam jak Ania Lifestylerka – Poradnia Psychodietetyczna, z którą razem uczestniczyłyśmy w jednym mastermindzie, potem Ania, jakby zniknęła z sieci na jakiś czas. Z pozoru spowolniła tempo, w rzeczywistości przygotowywała grunt pod swój projekt, z którym nosiła się od lat i zbierała na odwagę. Małymi krokami, ale konsekwentnie i skutecznie – pełen szacun dla Ani.

Ania rozegrała to na spokojnie, ale strategicznie:

Skończyła podyplomowe studia z dietetyki (papierek jednak dodaje wiarygodności, a czasami też jest potrzebny, by poczuć się wystarczająco kompetentnym),
potem założyła działalność i stworzyła swój kurs. Gratulacje Aniu.

To, co pomaga po drodze to świętowanie, czyli zamykanie mniejszych etapów, oddawianie przed sobą samym mniejszych prac i wtedy – docenianie siebie.

Skoncentrowanie się na jednym, zamiast rozpraszanie się na wielu.

Robienie planów w perspektywie 3 miesięcznej.

Teraz planuję napisanie książki o budowaniu swojej marki i daję sobie na to właśnie 3 miesiące.

I robienie tego, co ważne, mimo niekończącego się natłoku tego, co pilne. Traktowanie tego, co ważne jako priorytetu. I nie łapanie zbyt wielu srok za ogon.

Tim Cook prezes Apple, często powtarza, że siła jego firmy wynika ze skupienia się na kilku najlepszych pomysłach i mówienie „nie” – dobrym pomysłom.

I przede wszystkim: działanie.

Zrobione jest lepsze od doskonałego.

Stop whishing, start doing.👨🏻‍🚒

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, stoi, drzewo, na zewnątrz i przyroda
Beata Redzimska Vademecum Blogera
Beata Redzimska

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Gdzie założyć bloga za darmo. Wady i zalety darmowych platform.c bloga na darmowej platformie typu blogger.com lub wordpress.com?

   Jeżeli marzy Ci się : stworzenie własnej wizytówki w internecie, zbudowanie własnego...
Read More

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *