Jak przestać być anonimowym blogerem?

Jak zostać blogerem?

Jak przestać być anonimowym blogerem?

Nie potrafię podać niezawodnego przepisu na sukces. Ale mogę podać przepis na porażkę: staraj się zawsze wszystkich zadowolić.

To można odnieść współcześnie do wielu dziedzin, w których paradoksalnie chodzi o zbijanie kapitału ludzkiego, czyli o docieranie do ludzi. Ale także jak najbardziej do blogowania.

Kogo zapamiętujemy? Kogo kojarzymy?

Osoby, które w jakiś sposób odcisnęły swoje piętno.

Osoby, które zbudowały swoją markę.

Czym jest marka osobista? Tym, co ludzie mówią o nas kiedy wychodzimy z pokoju. W tym pojęciu czai się ten ekscytujący, czy po prostu emocjonujący na swój sposób (każdego inaczej – posmak obgadywania za plecami…

Punktem wyjścia do stania się rozpoznawalnym, jest bycie zapamiętanym…

Czasami możemy wcale nie akceptować danej osoby, ale ją zapamiętujemy.

Może dopiero z czasem przekonamy się do tego, co robi… Póki co przynajmniej utkwiła nam w pamięci… Wywołuje pewne charakterystyczne skojarzenia – przestaje być anonimowa…

  • Pani Swojego Czasu ze swoimi charekterystycznymi fiszkami w kolorze Magenta (dla ciekawostki – Magenta – to pole bitewne, na którym przelało się tyle krwi, że francuski chemik na cześć tak właśnie nazwał opracowany przez siebie kolor).
  • Ola Gościniak z niebieskimi pasemkami we włosach,
  • czy Emmanuel Macron z dużo starszą od siebie małżonką….

W czasach, kiedy wszyscy wzajemnie się przekrzykujemy się (wirtualnie), tylko po to, by zostać wysłuchanymi (czy przeczytanymi), kiedy w tym celu zarzucamy sieć coraz to nowymi treściami.

Tematy powracają… To, co je wyróżnia to podejście i osobowość….

Dlatego chcąc dogodzić wszystkim – wpędzasz się w zapomnienie, czyli wpędzasz się w niebyt.

Wyrazistość, pomysł na siebie, rozpoznawalność – tworzą logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy.

Ile mamy do dyspozycji rzetelnych, rzetelnie opracowanych treści w sieci, do których docieramy z wyników wyszukiwania – wchodzimy, czerpiemy wiedzę – zapamiętujemy informację i zapominamy źródło. Może nawet nie wiemy, że właśnie byliśmy na czyimś blogu?

Użyteczne informacje, ale … korzystamy ze źródła, a potem idziemy w swoją stronę i zapominamy….

No chyba, że źródło jest samo w sobie na tyle unikalne przez fakt obsadzenia specyficznej i wystarczająco wąskiej niszy (pytanie, czy jeszcze są takie nisze?), którą w danym momencie chcemy zgłębić – wtedy zostajemy na dłużej. I kojarzymy daną stronę z bardzo specyficzną niszą.

W przeciwnym razie…..

Strona prędzej, czy później idzie w niepamięć…

Tu stajemy przed kolejnym wyzwaniem: przestać być anonimowym blogerem, nie tylko twórcą rzetelnych, dobrych treści, ale odcisnąć na nich swoje piętno…

Chcąc dogodzić wszystkim – wpędzasz się w zapomnienie, czyli wpędzasz się w niebyt.

Wyrazistość, pomysł na siebie, rozpoznawalność – tworzą logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy.

EMMANUEL I BRIGITTE MACRON

Zobaczcie, jak to było z Emmanuelem Macron?

Na ile fakt, że ma dużo starszą od siebie partnerkę życiową był dla niego hamulcem w „rozwoju”? A na ile punktem wyjścia do zyskania rozpoznawalności?

Tak, że z wcześniej nieznanego szerokiej publiczności polityka, pracującego w cieniu – wspiął się na urząd prezydencki? Bez wirtuozerii Jarosława Kaczyńskiego pociągającego zza kulis za sznurki….

On przede wszystkim zaistniał w świadomości zwyczajnych ludzi i rozpalił ich ciekawość względem swojej osoby – nietuzinkowym wyborem partnerki życiowej. Dzieli ich dwadzieścia kilka lat i to w tę rzadko (a może nigdy nie) spotykaną stronę, kiedy to babeczka jest starsza…..
Tymczasem….

Jest taka stara, jak brukowce zasada w polityce i w show biznesie:

Jak nie ma człowieka (influencera) w brukowcach, to nie ma go w sercach ludzi.

Bo tak naprawdę nie ma miejsca w sercach ludzi dla tych osób publicznych, których nie ma w brukowcach.

Robimy miejsce w swoich sercach dla tych osób z którymi potrafimy poczuć swego rodzaju więź, bo mieliśmy choćby symboliczny wgląd w ich życie osobiste: wiemy, że ten, czy tamtem zmaga się z tym problemem. A ten ma o 20 lat straszą małżonkę. Koniec świata.

Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przetrawić, tak że z czasem staje się przyswajalne. Szanujemy jego wybory, doceniamy odwagę… śledzimy najpierw z ciekawością, potem z coraz bardziej zapartnym tchem, a potem coraz bardziej kibicujemy….

I w tym momencie uświadamiamy sobie, jak ciężkie jest życie i przeżycie influencera. Bo tu chodzi o to, żeby stale o nich mówiono.

Mniejsza o to, co…

Bo kiedy przestaje się o nich mówić – te osoby przestają istnieć …. w świadomości (czy w pamięci) społecznej. Tak dzieje się z wszelkiego typu influencerami.

A blogerzy jak najbardziej (na pewnym etapie rozwoju) aspirują do tego typu określenia: bycia influercerem, bo to przekłada się na pieniądze.

W dzisiejszych czasach bycie influencerem to jest taki kapitał, który jak najbardziej można monetyzować.

Jak zostać blogerem?

Ale tu właśnie chodzi o to, żeby ludzie o nas mówi.

A będą mówili o nas tym chętniej, im będziemy mniej bezbarwni….

Im bardziej będziemy potrafili na tym, co piszemy odcisnąć swoje piętno (w ten czy inny sposób, chociażby wzbogacając rzeczową wiedzę o swoje osobiste przeżycia i przemyślenia – a będzie to już nie do podrobienia).

Bo tu wcale nie chodzi o to by być kontrowersyjnym, denerwować, prowokowować z premedytacją. Bo ten kij ma dwa końce.

Tu bardziej chodzi mi o odciśnięcie swojego piętna danym tekstem, a w tym celu np przepuszczanie tego wszystkiego, o czym piszemy np przez swoje doświadczenie.

I jednocześnie – bo to niesamowicie pomaga w byciu polecanym dalej – budowanie relacji z innymi ludźmi….

Tak, jak polityk, który kolekcjonuje uściski dłoni z potencjalnymi wyborcami, czy tak jak Emmanuel Macron w każdym swoim wypadzie w teren – ma czas specjalnie przewidziany w harmonogramie na selfie z proszącymi o to osobami.

Nic tak nie przywiązuje, jak uścisk dłoni, czy wspólne selfie…. A jeszcze wspólne selfie trwa dłużej i zatacza kolejne koła, a wraz z nimi zalicza kolejne życia np w mediach społecznościowych.

Bloger na tym terenie jest jak polityk. Choć nie do końca powinien wzorować się na politykach, dla których liczą się powierzchowne uściski rąk z potencjalnymi wyborcami.

Bloger powinien budować jeszcze dogłębniejszą relację z odbiorcami.

Jaki fajny jest tutaj Instagram, który znosi większość potencjalnych barier…

Bo rozmawiamy tu w sumie o bzdetach i o tym, co zjedliśmy na śniadanie. A jakie daje to wrażenie bliskości z obserwowanym tu przez nas osobami, czy z osobami, które nas obserwują.

Dowiadujemy się stąd tyle o ich drobnych codziennych upodobaniach czy problemach, jakbyśmy znali danego człowieka od podszewki.

Tak, jak ludzie którzy oglądają polityków w plotkarskich czy rozplotkowanych brukowcach – które w pewnym stopniu dają nam wrażenie, że uczestniczymy w ich życiu (coraz bardziej wystylizowanym, również na potrzeby brukowców).

Ale to – buduje wrażenie bliskości, sprowadza polityków na ziemię z nudnych ław sejmowych. Nawet jeżeli żaden z nich (polityków) tak naprawdę nie zna: ani ceny bochenka chleba, ani biletu miejskiej komunikacji. Ale przynajmniej przez chwilę stają się dla nas bardziej ludzcy….

Podobnie Instagram znosi pewne bariery…. Chłoniemy tę rzeczywistość innych ludzi i mamy wrażenie, że stają się nam tacy bliscy…. Podobnie funkcjonują brukowce – Instagram dla wybranych (tych, którzy przeszli na wyższy poziom wtajemniczenia).

Ile Emmanuel Macron (razem z Brigitte) razem zaliczyli okładek (przykładając do tego swoją cegiełkę – tzn wręcz otwierając przed nimi swoje życie, wiedząc dobrze, że lepiej mieć kontrolę i współudział w tym, co wycieka do brukowców)….

Tutaj ciekawostka: przejaw przemyślanej komunikacji ze strony pary Macron:

Brigitte Macron nie ma osobistych kont w mediach społecznościowych. Na Instagramie jest oficjalny brigittemacronfanpaga.

Ale jak z każdego oficjalnego fanpaga wieje z niego nudą (fanpage prowadzony przez osoby trzecie – nic osobistego, nic się tu nie wymsknie, zero potencjalnego braku dyskrecji = oficjalna nuda).

Nie ma jej tu tak osobiście – to byłby łakomy kąsek. Na tyle łakomy, że potencjalnie przysłoniła by nim: i swojego małżonka i przyćmiłaby jego bilans. A może dodatkowo wprowadzałby spore zagrożenie niekontrolowanej kakofonii…. Czyli to, co tygryski lubią najbardziej.

Za to są razem w niekontrolowany – kontrolowany sposób na okładkach brukowców…., w oficjalnych dziennikach…

I to wystarcza, by być w sercach ludzi….

To wystarczająco chroni od zapomnienia. To nie dotyczy osób sprawujących oficjalne – widoczne funkcje na świeczniku jak Emmanuel Macron.

Walka zaczyna się dopiero po zakończonym mandacie.

Kiedy politycy nie mają już skierowanego na siebie światła reflektorów. A o blogerach (może wcześniej bardzo wpływowych) po prostu przestaje się mówić….. Bo nie ma tak, że raz wypłyniesz na świecznik….

Bardzo trafnie obrazuje to z pozoru może kontrowersyjna, prowokacyjna, czy po prostu dająca do myślenia teoria:

Przywódca (lider, a blogerzy są w tym kontekście liderami opinii – influencerami) – zawsze powinien stać w pełnym świetle.

Przede wszystkim powinien wystrzegać się zapomnienia.

Wiadomo: chwała pomaga, wina utrzymuje przy życiu, a zapomnienie niszczy. Herbert N. Casson.

Tu zwracam uwagę na ten fragment: wina utrzymuje przy życiu, a zapomnienie niszczy.

Lepiej być winnym przywódcą, targanym w jakiś niekończących się procesach, czy nawet spirali pomówień, jak np Sylvio Berlusconi, Nicolas Sarkozy…. niż przywódcą, o którym świat zapomniał….. Jak Dimitri Medwiedwiew (bo on i tak zawsze stał w cieniu….)

 

Zapomnienie – ilu mamy znanych – zapomnianych blogerów.

Blogerów, o których kiedyś się mówiło, pojawiali się w rankingach Kominka, a potem słuch o nich ginął…. Albo przynajmniej mocno osłabł…

Ale dla większości blogerów wyjściowym problemem jest to, by się w ogóle przebić – zaistnieć w świadomości….

A dopiero potem, w dalszej koleności, by się w tym świetle reflektorów utrzymać.

Wracam więc do punktu wyjścia:

Jak zostać blogerem?

Jak się przebić w blogosferze?

Bo jeżeli zapominamy o rzeczowych stronach, zapamiętujemy wyrazistych autorów.
Ciche myszki – niewywołujące wystarczająco wyrazistych skojarzeń – dalej siedzą cicho w kącie – niezauważone.

Zapisujemy się czy zapadamy w pamięć, wtedy kiedy ludzie nie pozostają wobec nas obojętni: w jedną, czy w drugą stronę.

I tu wcale nie chodzi o to, żeby stawiać sprawy na ostrzu noża (kontrowersyjny – to może być etykietka, która szkodzi na pewnym etapie rozwoju – bo wtedy trudniej o współprace z markami, które owszem chcą być widoczne, ale niekoniecznie chcą do siebie zrazić potencjalnych kupujących).

Po prostu dorzucić kawałek siebie z wliczonym w to ryzykiem, że ten kawałek nie wszystkim się spodoba: dla jednych będzie może zbyt wyrazisty, zbyt mało poprawny politycznie, niewystarczająco stonowany, albo w zupełnie niewłaściwym kolorze….

Jak w realnym życiu: nie nadajemy na tych samych falach ze wszystkimi. Z jednymi odczuwamy więź – tę niewytłumaczalną zbieżność duchową, innych omijamy szerokim łukiem, a nawet z daleka nie możemy na nich patrzeć.

Unikalność ma to do siebie, że nie dogodzi każdemu…

Czasami mocno trzeba eksperymentować, szukać swojej drogi, bo tu chodzi o to, żeby trafiać do ludzi – z jednej strony, z drugiej, żeby z daną wersją samego siebie czuć się dobrze, bo wyruszamy w długą drogę – swego rodzaju maraton….

A że długa droga potencjalnie wiążę się z podjęciem ryzyka. I to ryzyko trzeba podejmować także w blogowaniu. Tymbardziej, że tu wszystko tak dynamicznie się zmienia i tak łatwo trafić do lamusa, czy pozostać na bocznym torze, nie podążając na czas za zmianą.

Tu kolejny cytat, który muszę Wam podrzucić, bo niesamowicie daje do myślenia:

W.O. Douglas:

Bezpieczeństwo można osiągnąć jedynie drogą stałych zmian…

Poprzez odrzucanie starych idei, które przeżyły już swoje wykorzystanie, oraz przez przyjmowanie innych w odniesieniu do faktów współczesnych.

Chcesz bezpieczeństwa – zmieniaj się, przystosowuj do nowych okoliczności, akceptuj to, co niesie ci życie i blogowanie…. W ten sposób może właśnie przechodzisz na kolejny etap.

Tym kolejnym etapem, wyższym stadium wtajemniczenia jest posiadanie hejtera.

Fakt, jako blogerzy czasami mocno przejmujemy się, kiedy spokój beztroskiego pisania zmąci nam hejter…

Zawsze uważam, że należy dopatrywać się dobrych stron pewnych sytuacji.

Przyciągnięcie do siebie hejtera, choćby nie wiem jak, samo w sobie boleśnie paliło pośladki – jest dobrym znakiem, że jako bloger udało nam się odcisnąć na tym, co tworzymy swoje piętno, że w pewnym sensie (to jeszcze kwestia – skali) stajemy się rozpoznawalni. Nasze pisanie – styl, forma, czy format – jest przesiąknięte tym niepowtarzalnym i niepodrabialnym odciskiem pisarskim.

Ale dzieje się tak dopiero, kiedy podejmujemy ryzyko, że przestaniemy podobać się wszystkim. Ale przynajmniej wyrazimy siebie: swój punkt widzenia, swoje treści naznaczymy tak, jak kocur oznacza swój teren – swoim doświadczeniem tak, że staną się niepowtarzalne i niepodrabialne….

Czego Wam serdecznie życzę i cieplutko pozdrawiam z pierwszymi wiosennymi promieniami słońca.

Beata

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

5 ulubionych blogów i dlaczego je czytam.

Dzisiaj będzie krótko, treściwie i od serca (z założenia, chyba, że gdzieś...
Read More