Możesz stać się ekspertem w dowolnej dziedzinie, jeżeli masz za sobą tysiące godzin praktyki.

jak wyrobić w sobie systematyczność

Możesz stać się ekspertem w dowolnej dziedzinie, jeżeli masz za sobą tysiące godzin praktyki.

Bardzo lubię ten cytat autorstwa Malcolma Gladwell.

Bo dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy potrafią czekać. Ale nie czekają z założonymi rękoma. Tylko stale doskonalą swoje umiejętności…..

Tylko jak nie stracić motywacji po drodze?

Jak się nie zniechęcić, bo efekty nie przychodzą tak szybko, jakbyśmy tego chcieli?

Tu świetna metoda amerykańskiego aktora Jerrego Seinfelda, słynącego z niesamowitej produktywności.

Podsunął mi ją jak zawsze niezawodny James Clear (uwielbiam ten blog).

Metoda genialna w swojej prostocie:

Chodzi o to, by nie przerwać łańcucha.

Czyli codziennie robić coś w kierunku doskonalenia swoich umiejętności, czy warsztatu w danej dziedzinie i codziennie odnotowywać to po to, by nie przegapić ani jednego dnia….

Ale zacznijmy od samego początku.

Otóż pewnego dnia Jerry Seinfeld został zapytany przez początkującego komika o to, jak ma pracować wydajniej:

Ten w odpowiedzi poradził mu:

  • By być lepszym komikiem, trzeba wymyślać coraz to lepsze dowcipy.
  • A żeby wymyślać coraz to lepsze dowcipy, trzeba je próbować to robić codziennie.
  • A żeby to robić codziennie, warto oznaczać (fizycznie odfajkowywać) ten fakt symbolicznym krzyżykiem. Najlepiej w jakimś dużym kalendarzu ściennym. Tak, żeby te krzyżyki stawiane dzień po dniu – tworzyły razem coraz to dłuższy łańcuch.

Wtedy siłą rzeczy trudniej będziemy przerwać. Nawet przy słabnącej motywacji. Będziemy to robić dalej, choćby już tylko po to, by nie przerwać łańcucha.

W tym tkwi kwintesencja systematyczności….

To podstawa metody, która pomogła mi m.in. pisać lepiej, dziergać coraz to bardziej skomplikowane schematy, aż wreszcie doszłam do etapu, kiedy sama opracowuję swoje wzory.

Tę metodę można odnieść do wielu spraw, na których nam zależy.

Zarówno tych z pozoru bardzo odtwórczych, jak zakuwanie słówek, czy nauka języka, ale także bardziej twórczych, a wymagających tzw warsztatu, zaś warsztat sam w sobie wymagający systematyczności: pisania, fotografowania, a czemu i nie malowania, gotowania….

Skupię się tu na pisaniu, na coraz lepszym pisaniu, bo jest podstawą, czy fundamentem istnienia bloga.

Chcesz być lepszym pisarzem, pisz codziennie po to, by narzucić sobie dyscyplinę.

Czy ta metoda ma sens?

Czy celem samym w sobie powinno być pisanie dla pisania? Czy to aby nie zakrawa na grafomanię?

Ale, właśnie dlatego ta metoda ma najlepsze szanse, by okazać się skuteczna, bo koncentrujemy się na działaniu. Zamiast na efektach tego działania.

Które nie zawsze będą zgodne z tym, czego oczekiwaliśmy. Co może zniechęcać.  Co może sprawić, że zarzucimy pewne działania symbolicznie za pięć dwunasta… Kiedy nie widząc efektów, nie wiemy, że one już są – tuż za rogiem – czekają, już prawie do nich dochodzimy…. Ostatnia prosta….

Czy to, że piszę codziennie uczyni ze mnie popularnego autora?

To nie jest powiedziane. Ale na pewno będę pisał lepiej. A to już jest dobrym punktem wyjścia.

Bo łatwo powiedzieć sobie: dzisiaj mam gorszy dzień… Dzisiaj nie mam weny. Odpuszczę sobie dzisiaj. Jutro zresztą też, ale pod jakimś innym pretekstem. I tak można odpuszczać sobie przez kolejne dni z rzędu. Bez końca.

Ale dużo trudniej odpuścić sobie, kiedy nie chcemy przerwać łańcucha. A tymbardziej szkoda nam przerwać go w momencie, kiedy naprawdę robi się całkiem długi.

A wtedy, nawet jeżeli nie mamy niczego do napisania, siadamy i próbujemy ….

Tym, co w potocznym przekonaniu ogranicza wielu autorów jest wena, lub raczej jej przejściowy brak. Blokada weny.

Wena istnieje, ale musi zastać Cię przy pracy. Bo nic nie napisze się samo….

A może pisząc tak zupełnie niechcący się rozpędzisz, aż ona (tzn. wena) dopędzi Cię po drodze. Bo wszystko, co doskonałe dojrzewa powoli…

Czasami potrzeba czasu, by wycisnąć z siebie to, co najlepsze.

Tymczasem po drodze czai się i czeka na okazję – zniechęcenie… To ono towarzyszy nieodłącznie i nierozdzielnie każdemu procesowi „stawania się”.

I nie stajemy się tym, o czym marzyliśmy, bo odpuszczamy sobie po drodze.

Czasami tak symbolicznie – za pięć dwunasta, kiedy już dochodzimy do celu, a namacalne efekty czekają na nas ….. tuż za rogiem. Ale my nigdy się o tym nie dowiemy… Bo odpuściliśmy sobie … wcześniej.

Ale trudniej jest odpuścić sobie (niezależnie od kolein, wybojów i nikłych efektów), kiedy zamiast na efektach, skupimy się na samym procesie. Kiedy właśnie nie chcemy przerwać łańcucha – namacalnego, namazanego w kalendarzu.

Jakoś tak nam żal…. włożonej wcześniej pracy. A czasami to jest najlepsza motywacja…. kiedy potrzeba długiej i wyboistej miejscami drogi, by dojść do mistrzostwa.

Ale kiedy raz przerwiesz łańcuch, kolejnym razem dużo łatwiej będzie o kolejną wymówkę.

Ta metoda jest ponad to, co z pozoru i w potocznym przekonaniu ogranicza wielu autorów: wena.

Wena istnieje, ale musi zastać Cię przy pracy.

Tu nie chodzi o to czy masz wenę, tylko czy usiądziesz do pracy, czy nie.

Wtedy wena będzie wiedzieć, gdzie Cię znaleźć.

To może dotyczyć innych dziedzin, czy po prostu rzeczy, na których nam zależy: nauki języka, obecności w mediach społecznościowych, czy fotografii.

Codziennie robić w danym kierunku coś, co pozwoli postawić ten symboliczny krzyżyk w kalendarzu po to, by nie przerwać łańcucha: codziennie doskonalić swoje umiejętności w danej dziedzinie.

Robić to chociażby przez 5 min dziennie (ale codziennie). Skoncentrować się na procesie doskonalenia i dochodzenia do mistrzostwa, czasami poplątanym i z wybojami, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy na starcie.

A tymczasem są to niezbędne, choć czasami zniechęcające etapy do tego, by przejść na wyższy poziom. Może nawet ten z gatunku najwyższego wtajemniczenia, czyli wiem, że nic nie wiem…

Czy parafrazując znanego fotografa:

Jaki będzie moj najlepsze zdjęcie /mój najlepszy tekst?
To, które zrobię jutro. Ten, który napiszę jutro.

Nie ważnie, że nie masz natchnienia. Ani nawet, że Ci zupełnie to dzisiaj nie wychodzi. Nieważne, jak to zrobisz. Ważne, że będziesz to robić.

Czasami zdarza mi się zapisać 4 strony brudnopisu, by przy powtórnym czytaniu znaleźć w nim jedno dobre zdanie.

Czarna rozpacz. A może nie? Może właśnie dla tego jednego zdania potrzebne było to całe pisanie.
To jedno zdanie, które jest kwintesencją tego, do czego chciałam dotrzeć, które zawiera w sobie samo sedno.

W dużym skrócie ta metoda polega na tym, by codziennie odnotować fakt poświęcenia czasu na daną czynność (najlepiej w jakimś dużym kalendarzu, by te krzyżyki tworzyły taki wydłużający się łańcuch).

Wtedy mniej koncentrujemy się na efekach, a bardziej na procesie, czyli na działaniu.

Przyznajemy sobie kolejny krzyżyk za działanie i odznaczamy go w kalendarzu.

Jak budująco, czy motywująco działa sam fakt dorzucenia kolejnego krzyżyka. Antidotum na momenty zwątpienia….

Bo przecież nie robimy tego dla efektów, tylko dla podtrzymania procesu…

Jak to mobilizuje do tego, by każdego dnia, niezależnie od okoliczności, wygospodarować czas i miejsce na dane działanie.

Tak, by ten łańcuch krzyżyków wydłużał się z dnia na dzień. A wraz z nim może z początku niezauważalnie posuwały się naprzód nasze umiejętności w danym zakresie.

A wtedy jak najbardziej można dać sobie pozwolenie na gorsze dni, ale mimo to pisać, robić swoje, niezależnie od tego: czy wychodzi czy nie.

Najlepsze teksty są czasami wypadkową, czy skutkiem z pozoru bezowocnego siedzenia nad pustą kartką papieru i wynotowania na niej samych banałów.

Te banały, z których z czasem dojrzewa czy wykluwa się coś unikalnego – może właśnie są nieodzownym etapem w procesie tworzenia….

Bo w tej metodzie chodzi o to, by skupić się na działaniu: na samym procesie i pod żadnym pozorem go nie przerwać…

Bo czasami wystarczy by pod tym, czy innym dobrym pretekstem odpuścić sobie – chociażby jeden jedyny raz. By ta pokusa pojawiła się po raz kolejny i kolejny.

Bo takie jednorazowe odpuszczenie, czy przyzwolenie na odpuszczenie wciąga….

I tak zarzucamy pewne rzeczy…. bo zbyt szybko oczekiwaliśmy rezultatów. A nie dość wciągnął nas i uzależnił sam proces.

Ale tu też ważne, czy w pewnym sensie wyzwalające jest pozwolenie, żeby napisać coś gorszego… żeby się tym nie zniechęcać. To odblokowuje.

Czasami pokrętymi drogami ludzie dochodzą do mistrzostwa…. Tą nieodzowną dawką potu (czyli POTEM) i całą litanią z pozoru bezskutecznych wysiłków….

Jeżeli starczy Wam cierpliwości, by przeskanować pewne mega dopieszczone profile z Instagrama do samych początków ich powstawania, by prześledzić proces „stawania się” i ilość włożonej w to pracy.

Bo nic nie napisze się samo. Czasami po prostu trzeba nad tym usiąść. Nawet jeżeli z pozoru idzie jak po grudzie. I zwycięsko przejść przez ten etap….

Zwycięsko – bo zwyciężając swoją słabość i niewiarę.

Dopiero działanie przynosi efekty.

Tu takie symptomatyczne francuskie wyrażenie: A force de forger – on devient forgeron.
W miarę, jak kujemy żelazo – stajemy się kowalem….

Moje pierwsze arcydzieła szydełkowe i jak byłam z nich dumna…. Nie, nie pokażę ich tutaj, ale są najlepszym świadectwem tego, że postęp wymaga wkładu czasu, pracy i wysiłku….

Jednym słowem: systematyczności i nie przerywania łańcucha….

Franz Kafka – jeden z najpopularniejszych pisarzy ubiegłego stulecia spędził większość swojego życia w pracy tzw zawodowej. Pracował jako prawnik.

Pisał dopiero wieczorami, po pracy. Potrafił narzucić sobie dyscyplinę i nawyk regularnego pisania, który zaowocował imponującym dorobkiem literackim. Dzisiaj mało kto wie, że Kafka przede wszystkim był prawnikiem (przez większą część czasu danego mu tu na ziemi). Bo Franz Kafka w powszechnym pojęciu jest pisarzem. Tylko pisarzem.

Bo może i tu chcielibyśmy wierzyć w przewagę geniuszu. Ale nawet geniusz musi być poparty codzienną pracą.

Nawet geniusz nie zwalnia od pracy…

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Empatia, czyli zrozum drugiego człowieka, a łatwiej będzie Ci żyć.

Historie pisane w metrze. Bo przyznam się Wam, że większość mojego bloga...
Read More