Dobre nawyki – jak w nich wytrzymać?

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

Życie nie zmienia się diametralnie od wielkich decyzji, tylko od nieznaczących małych działań, które podejmujemy co dnia.

Jakiś rok temu wpadła mi w ręce książka Leo Babauty „52 zmiany”: o tym, jak zmienić swoje życie w ciągu jednego roku, wprowadzając jedną zmianę na tydzień.

Nie chcę tu robić jakiejś antyreklamy tej książce. Ale, żadnej z proponowanych przez autora zmian nie wdrożyłam u siebie długofalowo. Co nie znaczy, że nie próbowałam….

Próbowałam każdą po kolei przez cały tydzień. A potem przechodziłam do kolejnej zmiany. To uświadomiło mi, że tydzień na wdrożenie nowego nawyku to zdecydowanie za mało.

Przez co jednak nie chcę powiedzieć, że przez ostatni rok niczego w swoim życiu nie zmieniłam…. Ani, że książka Leo Babauty nikomu w niczym nie pomoże.

Jednak zmieniłam kilka ważnych rzeczy w moim życiu.

Niektóre zmiany nawet pozytywnie mnie zdziwiły: sama nie wierzyłam, że będę potrafiła wytrwać w takiej zmianie. A jednak wytrwałam….

Jak? Dlaczego?

Tu chciałabym pokazać Wam „od kuchni” i przeanalizować to, co udało mi się w moim życiu ostatnio zmienić. Ale przede wszystkim: jak i dlaczego udało mi się to zrobić.

Jak udało mi się: wyprowadzić, utrwalić i wytrwać w kilku ważnych dla mnie nawykach.

Znalazłam tutaj kilka, powracających za każdym razem elementów.

Po pierwsze żeby w czymś wytrwać, trzeba mieć ku temu dobry powód.

Po drugie: wymaga to przygotowania terenu. A jeszcze lepiej rozłożenia danego tematu na mniejsze etapy.

Tutaj dobra wiadomość dla tych, którzy tyle razy próbowali bezskutecznie np rzucać palenie i za każdym razem wracali do punktu wyjścia.

Te z pozoru nieudane podejścia do zmiany – niekoniecznie idą na marne. One przygotowują teren.

Podobnie, jak maratończyk przygotowuje swój organizm do tego kulminacyjnego dystansu – biegając na krótszych odcinkach. To taka rozgrzewka do zmiany, do której organizm jeszcze nie jest gotowy.

Po trzecie – żeby utrwalić dowolny nawyk trzeba wpisać go w codzienną rutynę. Wyznaczyć na niego w tej codziennej rutynie: czas i miejsce.

Bo….

Życie nie zmienia się diametralnie od wielkich decyzji, tylko od z pozoru nieznaczących kroków, które podejmujemy co dnia.

Tu nie ma jakiejś szczególnej tajemnicy: sekretem tego, by wytrwać w danym nawyku jest uparte powtarzanie go. Tak, aż stanie się drugą naturą.

Pułapką jest chcieć wyrobić w sobie jak najwięcej dobrych nawyków równocześnie. Dlatego tak marny był mój bilans „52 zmian” w minionym roku…

Czasami właśnie mała zmiana – utrwalona w czasie małymi krokami to dogłębna zmiana. Co postaram się pokazać Wam na przykładach.

Bo za każdym razem kiedy gruntownie chciałam odmienić swoje życie, w przypływie dobrej woli i słomianego zapału, którego nie starczało, by ogarnąć wszystko na raz, wychodziłam z tego doświadczenia mądrzejsza o tę samą konkluzję:

Nie chcieć za dużo. Nie chcieć wszystkiego na raz. Wiedzieć, czego chcę.

Nie darmo mówi się, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Kiedy oglądam się za siebie, stwierdzam że większość dobrych nawyków, które udało mi się trwale wdrożyć – wprowadzałam etapami.

Czasami wręcz bardzo długo przygotowując pod nie teren. Tu czasami – pewne kroki z pozoru bezowocne i zarzucone po jakimś czasie – tak zupełnie nie poszły na marne.

Wprowadzenie nowego nawyku po pierwsze wymaga przełamania wewnętrznych barier i zmiany przyzwyczajeń. To z kolei wymaga czasu.

Owszem, kiedy nam na czymś zależy – spinamy się. Może i zainicjowanie zmiany wymaga właśnie takiego spięcia się. Niemniej to spięcie – samo w sobie – nie wystarczy. Potrzeba jeszcze kilku innych rzeczy.

Nie obawiaj się dawać z siebie wszystkiego, przy zajmowaniu się drobnymi z pozoru sprawami. Za każdym razem, kiedy się z jedną z nich uporasz, wzmocnisz się. Dale Carnegie

Jakich? Postaram się pokazać Wam to na przykładach z mojego życia.

I tak w minionym roku….

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

1. Przestałam jeść słodycze.

Tzn w minionym roku przestałam jeść kupne słodycze.

Co nie znaczy, że odmawiam sobie słodkości w życiu.

Odstawiłam na bok tylko te kupne słodycze: ciastka, ciasta, ciasteczka. Za to namiętnie robię sobie domowej roboty owocowo-warzywne smoothie. Co jak najbardziej zaliczam do słodyczy. Ale obok glukozy, mamy w nich błonnik, a ten spowalnia co nieco przenikanie tej glukozy do krwi, czyli obniża tzw indeks glikemiczny….

Oglądając się wstecz za siebie – a od dziecka byłam strasznym łasuchem na słodkości – staram się zrozumieć, jak udało mi się dojść do takiego stadium, w którym kupne słodycze już mnie nie kuszą. Wręcz przeciwnie: mdli mnie ich słodki smak. Za słodki.

Odstawienie słodyczy – było moim celem od lat. Niemniej ten cel wydawał mi się nieosiągalny. A jednak….

a. Po pierwsze miałam ku temu dobry powód.

Tym dobrym powodem było moje zdrowie: szwankujące, kapryśne i generalnie wymagające (wcale nie chuchania i dmuchania, ale zmiany stylu życia na taki, który wpłynie na nie stymulująco). W takie zdrowie (nienajsolidniejsze) wyposażyła mnie natura. Coś musiałam z tym zrobić.

Tutaj dodatkowym dobrym powodem była każda kolejna przerwa w pracy. Taki 15 minutowy „break”. A tu wyskakuje kolejna pokusa, by zrobić sobie dobrze: czyli te podręczne dystrybutory ze słodkościami.

Nie wiem, czy to zjawisko z taką samą intensywnością dotyczy Polski. We Francji dystrybutory z podręcznymi słodkościami zawsze usłużnie znajdą się w zasięgu zgłodniałej ręki. Gdziekolwiek by nie były, zawsze przeżywają oblężenie.

Pokusa jest silna, a rozwiązanie jak najbardziej: proste i poręczne. Smutno mi, że ludzie w sumie tak bezmyślnie i krótkowzrocznie ulegają tej pokusie….

Pokusa wciąga i człowiek się od niej uzależnia: od tego słodkiego batonika zjadanego co przerwa w pracy…. Tak dla osłody.

To, co miało być doraźnym rozwiązaniem (oszukać głód), staje się trwałym nawykiem.
Te same osoby wracają pod te same dystrybutory codziennie, z tym samym alibi przed samym sobą:

Przecież nic mi się nie stanie od jednego batonika….

Po prostu Sugarland…

Nasza ziemia staje się jednym wielkim Sugarlandem, krainą wszechobecnego cukru….

Moja metoda – co prawda wymaga odrobiny wysiłku i organizacji. Codziennie przygotowuję sobie do pracy butlę z kolorowym smoothie.

Owszem, wstaję pół godziny wcześniej rano. Ale odkąd wpisałam to w swoją codzienną rutynę, stało się to takim samym automatycznym rytuałem, jak poranne mycie zębów.

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

b. Właściwie od lat przygotowywałam „teren” (tzn swój organizm) pod ten decydujący dla mojego zdrowia krok.

Zmieniałam swój styl życia i sposób odżywiania się. Impulsem była do tego książka Davida Servan – Schreibera Antyrak (bo rak żywi się cukrem).

Aż nadszedł ten moment, w którym stwierdziłam, że kupne słodycze są dla mnie zbyt słodkie. Aż mydli mnie od tej słodyczy.

To nie stało się tak od razu. To nie było tak, że z dnia na dzień naszło mnie to postanowienie, że nie jem słodyczy i odstawiłam je od ręki.

Niektórzy tak robią. Niektórym udaje się w ten sposób wyrawać z niejednego nałogu.

Moja koleżanka z pracy, u której zdiagnozowano cukrzycę i która w pewnym sensie nie miała wyboru: w ten sposób, dosłownie z dnia na dzień przeorganizowała swoją dietę.

Do mnie ta zmiana przychodziła raczej etapami.

Aż pewnego dnia po prostu stwierdziłam, że potrafię obejść się bez kupnych słodkości. A to także dlatego…. I tu dochodzę do punktu c, że ….

c. Wpisałam zdrowsze zamienniki tj. domowej roboty smoothie w swoją codzienną rutynę.

Butla smoothie, którą przygotowuję sobie na ten czas, który spędzam przed komputerem, czy którą zabieram ze sobą do pracy. Żeby nie kusiły dystrybutory słodkości.

Kolejna rzecz od kilku lat nie jem produktów mlecznych. Tzn zdarza mi się czasami zjeść jogurt z rozmiażdżonym czosnkiem. Ale generalnie jestem adeptką diety bezmlecznej. I znowu mam tu dobry powód – moje kapryśne zdrowie.

Niemniej po definitywnym odstawieniu produktów mlecznych, zniknęły – jak ręką odjął – moje chroniczne problemy laryngologiczne, czyli nękające mnie latami przeziębienie.

Przygotowałam się do tego stopniowo, stopniowo znajdywałam coraz to nowe zamienniki dla produktów mlecznych.

Tak to często bywa w życiu: kiedy zamykają się jedne drzwi, po drodze otwierają się inne.

Czasem tak długo patrzymy na drzwi, które się zamykają, że nie widzimy tych, które się otwierają. Alexander Graham Bell

I tak też zrezygnowałam z zjedzenia kupnych słodyczy, bo wolę domowej roboty smoothie.

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

2. Wyrobiłam sobie nawyk regularnego biegania.

Teraz trudno mi wyobrazić sobie bez niego moją codzienną rutynę. Powoli uzależniam się…

Od lat chciałam to biegać. Czytałam „biegające” blogi, obserwowowałam biegających blogerów – tu szczególnie Paweł od dawna dawał mi takiego motywującego kopa i nakręcał apetyt na bieganie.

Ale przy małych dzieciach – nie starczało mi na to sił.

Wreszcie moje dzieci na tyle podrosły, że udało mi się wygospodarować czas na bieganie w codziennej rutynie. Na tyle, by się od tego uzależnić.

W tym chyba tkwi kolejny sekret:

Kiedy coś staje się takim automatyzmem jak poranne mycie zębów.

Po pierwsze miałam tutaj dobry powód, czyli znowu moje szwankujące, kapryśne zdrowie.

I jeszcze drugi powód – jeszcze lepszy. Wieczorne bieganie – oddala mnie od komputera, oddala pokusę, by zzasiedzieć się długo w noc przed ekranem, czy w social mediach.

Do tego też miałam dobry powód. Trzeba było czasu, by ten powód mocno dał mi się we znaki. To chroniczne i notoryczne zarywanie nocy na blogowanie – doprowadziło mnie do równie chronicznego i notorycznego bólu głowy. Od którego dopiero powoli się uwalniam.

Teraz wieczorami biegam. Zamiast siedzieć przed komputrem. Biegam po domu, kiedy położę moje kilkulatki spać. Wcześniej po prostu zasypiałam – próbując je uśpić. Dzisiaj są na tyle samodzielne, że idą spać same.

Tak, biegam w domu. Boję się wychodzić wieczorami do pobliskiego lasku.

Kiedyś żartowałam, że na to wymyślono te powtórki najładniejszych momentów meczu. Jako zabezpieczenie przed plagą tych łażących w tę i z powrotem bab, w tę i z powrotem donoszących coś na stół.

I tak przebiegam mężowi co rusz przed ekranem, kiedy on chce spokojnie oberzeć swój mecz. Ale przynajmniej uprawiam sport – aktywnie. A on tylko pasywnie przeżywa te sportowe emocje.

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

Ale to też wymagało – to już kolejny etap – przygotowania terenu – tj. poprawienia kondycji – małymi krokami do dłuższego biegania.

A dalej te endorfiny, satysfakcja z samej siebie, zadowolenie z tego, że trwam. Efekt śnieżnej kuli, która jak się odpowiednio rozkręci – dodaje skrzydeł.

Odkąd zrozumiałam, że nie przeskoczę wewnętrznych ograniczeń, że moim czynnikiem ograniczającym jest kapryśne, momentami szwankujące zdrowie – to właśnie zdrowie stało się moim priorytetem.

Przeorganizować swoje priorytety, bo nie można mieć wszystkiego.

Best intentions and positive thinking are not enough for real change. You have to set specific and realistic goals. Dave Ramsey

Najlepsze intencje i pozytywne myślenie nie są wystarczające, by dokonać zmiany. Musisz ustalić konkretne i realistyczne cele. Dave Ramsey

Dlatego przeorganizowałam swoją hierarchię wartości. By widzieć lepiej długofalowo.

Blogowanie owszem uzależnia, ale nie chcę robić tego za wszeką cenę: kosztem zdrowia, kosztem zarwanych nocy. Dlatego zaklasyfikowałam je jako hobby.

Antidotum na pokusę, by przedobrzyć – jest tu bieganie.

Nadałam temu wymiar priorytetu.

Znalazłam dla niego nienegocjowalne miejsce w codziennej rutynie.

Wpisanie nawyku w codzienną rutynę – pomaga. Odkąd ustaliłam sobie czas – porę dnia – pomaga mi się to jej trzymać.

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

3. Wyrobiłam w sobie nawyk regularnego pisania.

Nie zawsze mam o czym pisać. Częściej wręcz przeciwnie doświadczam uczucia pustki, braku weny i tematu….

Nie zawsze to, co piszę – publikuję (gdziekolwiek). Nie zawsze to, co piszę nadaje się do publikacji, choćby na Instagramie.

A jednak piszę. Właściwie to piszę codziennie – w drodze do pracy, w brudnopisie.

Jeżeli potrafię narzucić sobie dyscyplinę codziennego pisania, to właśnie dlatego, że wpisałam ją w codzienną rutynę.

Tu zacznę od punktu trzeciego: wpisz nawyk w codzienną rutynę.

Odruchowo w mojej głowie, kiedy tylko wsiadam do pociągu, włącza się swego rodzaju rekacja łańcuchowa – ten wewnętrzny głos, impuls, nakaz, który nie daje mi spokoju, póki nie zacznę pisać.

Czasami to pisanie rodzi się, czy rozpędza w bólach…..

Inspiracja istnieje. Tyle że musi zastać Cię przy pracy.

Nie zawsze mi się chce. Nie zawsze w ogóle wiem, o czym miałabym napisać.

Ale: co mam robić innego? Więc robię to z lepszym lub gorszym skutkiem.

Robię to z przyzwyczajenia. W porównaniu z tym, jak pisałam 6 lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem – robię to coraz lepiej.

Tu zejdę z tematu na pobocze: nie wystarczy samo pisanie.

Bo jak to mówią: żeby coś wyjąć, najpierw trzeba włożyć. A żeby zebrać plon, najpierw trzeba zasiać.

Ryszard Kapuściński powiedział, że: żeby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych.

Dlatego uzupełnieniem pisania (doładowaniem pod nie akumulatorów) jest oczywiście czytanie. Obydwa są jak naczynia połączone. Czytam wieczorami. Piszę rano w drodze do pracy. Piszę systematycznie, bo potrafiłam narzucić sobie dyscyplinę pisania.

Tutaj nastąpiło połączenie dwóch czynników.

  • Motywacji, zależy mi na rozwoju bloga. Piszę z potrzeby robienia czegoś ciekawego w swoim życiu (obok pracy, nie zawsze będącej – przynajmniej dla mnie – źródłem takiego wewnętrznego spełnienia).
  • Wpisałam to codzienne pisanie w swoją codzienną rutynę.

Wyznaczyłam sobie widełki czasowe: dla mnie jest to czas spędzany w dojazdach, w pociągu. Te chwile przeznaczam na pisanie.

Ale najpierw było długie, momentami bolesne, bezowocne, czy przynajmniej niewiele rokujące przygotowanie terenu.

Zaczynałam blogowanie od pisania bardzo odtwórczych i de facto – bardzo nudnych treści na bloga (kiedy do nich wracam – sama zasypiam).

A jednak…

Widocznie blogowanie było moim przeznaczeniem. Skoro po sześciu latach pisania – wciąż tu jestem …. z pasji.

jak wytrwać w postanowieniu, jak wytrwać na diecie

Takie krótkie podsumowanie.

Bo życie z jednej strony jest za krótkie, by wszystkiego w nim skosztować. Z drugiej strony wystarczająco długie, czy mamy w nim wystarczająco dużo czasu, by zrobić rzeczy do których zostaliśmy powołani….

Jakiś wewnętrzny głos (jakbyśmy go nie nazywali: talent, powołanie) – popycha nas właśnie do robienia tych rzeczy…

Ale czasami gubimy się po drodze, rozmieniamy na drobne, czujemy, że jesteśmy w niewłaściwym miejscu w życiu i chcielibyśmy to zmienić….

Tak, to chyba właśnie stąd wypływa ta potrzeba zmiany….

Chcemy się zmienić. Tylko, jak zrobić to skutecznie. Jak trwale wprowadzić te drobne, acz kluczowe dla nas zmiany?

1. Jedna rzecz a dobrze.

Jeden mały cel jest lepszy niż 1000 – ce wielkich celów, które mają odmienić nasze życie … grunownie. Tymczasem nie zmieniają go wcale.

Chociażby po prostu dlatego, że ich nie realizujemy. Czekamy na odpowiedni moment, a ten … każe nam na siebie czekać. Błędne koło czekania ….

Jedna rzecz a dobrze. Jeden malutki nawyk jest lepszy niż 1000 dogłębnych i gruntownych postanowień zmiany, które rozpraszają się i rozmieniają na drobne. A potem ślad po nich ginie.

2. Nie chcieć za dużo. Ani nie chcieć wszystkiego od razu.

Zacząć od czegoś małego – najmniejszego nawyku.

Dlaczego zawsze musimy tak wysoko stawiać sobie poprzeczkę? By potem się sparzyć?

Najmniejsza zmiana utrwalona w czasie prowadzi do ogromnej zmiany.

Nawet jeszcze rozłożyć ją na mniejsze kawałeczki. I wytrwać chociażby w realizacji tego drobniusieńkiego kawałeczka … na tyle długo, aż stanie się drugą naturę, trwałym nawykiem.

Z pozoru drobne rzeczy:

  • Piszę bloga w metrze, w drodze do pracy. Napisałam już w ten sposób prawie tysiąc postów.
  • Do pracy przygotowuję sobie butlę smakowitego smoothie. Dlatego w czasie przerw w pracy przestałam oszukiwać głód podkręcanymi słodkościami z dystrybutorów. Dzisiaj już nie jestem w stanie zjeść kupnego batonika – bo aż mdli mnie od tej nakręcanej słodkości.

Bo jeżeli można przesunąć swoje granice w jedną stronę, to znaczy, że można to zrobić również w drugą.

Biegam, może nie codziennie, ale w miarę. Wieczorami. Mam lepszą kondycję i wreszcie pozbyłam się tego chronicznego bólu głowy, na który pracowałam latami, zarywając noce przed komputerem.

To są w sumie drobiazgi, ale bardzo mocno poprawiły jakość mojego życia.

Tu wcale nie chodzi o to, by koncentrować się na wielkich rzeczach. Bo w wielkich rzeczach łatwo się pogubić.

Ale pielęgnować w sobie małe zmiany – bo one prowadzą do ogromnej odmiany.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

W blogosferze nie przebijesz się bez znajomości.

Tym razem nie zacytuję Wam Kominka: że bloger bez znajomości jest jak...
Read More

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *