Czego nie powinieneś robić w social mediach w 2018 roku. PODCAST

media społecznościowe w marketingu

Krótko i bez zbędnych wstępów – przejdźmy do sedna.

1. Publikujesz te same treści na różnych kanałach mediów społecznościowych.

Ale jeżeli miałoby to oznaczać niebyt na danej platformie mediów społecznościowych -to jest to do powtórnego rozważenia.

Ta teoria, w sumie powtarzana od lat przez marketingowców, ma swoje luki.

Bo taka jest teoria. Teraz trzeba wziąć poprawkę na praktykę, czyli na algorytm.

Gdyby dana osoba, która obserwuje nas na różnych kanałach, rzeczywiście widziała wszędzie to samo, to pewnie miałaby dobre powody, by przestać nas obserwować w różnych miejscach.

Tymczasem….

Co z tego, że publikujemy w różnych socjal mediach to samo i dana osoba obserwuje nas na wszystkich kanałach, skoro nasze treści do niej nie docierają.

Bo Facebook np jej ich nie pokazuje. Może akurat zobaczy je na Twitterze, czy Instagramie. Skoro nie zobaczyła na Facebooku.

Specyfika algorytmu, który zacieśnia zasięg tak, że w praktyce tylko jakiś odsetek naszych obserwujących w danym medium, zobaczy to, co tu publikujemy.

Rozwiązaniem jest złoty środek i kreatywność.

Jeżeli recykling treści (czyli te same treści wykorzystane w różnych miejscach i więcej niż raz) – to może z małym przesunięciem czasowym. Tzn. przesunięciem w czasie na jednym kanale względem drugiego. Dopasowując specyfikę danej publikacji do formatu danego kanału (ilość słów, format zdjęcia, bo na Instagramie będzie to zdjęcie kwadratowe, a na Twiterze – poziome).

A ponieważ wciąż dla większości blogerów Facebook jest – siłą przyzwyczajenia – tym głównym medium, na którym koncentrujemy się najbardziej, które pozwala pozostać nam w kontakcie z naszymi czytelnikami.

Sama stąd mam najwięcej wejść na bloga (dużo więcej niż np z Twittera).

Tu chyba też powinniśmy być najbardziej selektywni, jeżeli chodzi o dobór treści.

Z drugiej strony wszyscy najbardziej płaczą, że to Facebook najmocniej tnie zasięgi. Ten algorytm.

Tu może …

Dobrym rozwiązaniem byłoby puszczenie na Facebooku tego, co sprawdziło się, czyli co zażarło na innych kanałach mediów społecznościowych.

Czyli, jeżeli wrzucasz coś na Instagrama, czy Twittera i widzisz, że to wywołuje dużo większy odzew niż zwykle, jest to temat do wykorzystania na Facebooku.

Ale – dopiero po odpowiedniej obróbce.

Ostatnio wrzuciłam takie jedno szybkie zdanie z focią, które zażarło na moim w sumie malutkim Twiterze… Jedno, szybkie zdanie – format idealny pod Twittera.

Ale to samo, podane w takim samym formacie – na Facebooku – zupełnie przepadło – prawie zerowa reakcja. Nie wzbudziło tu żadnej dyskusji. Bo moi obserwujący na Facebooku są przyzwyczajeni do tego, że inicjuję tu dyskusję większą porcją tekstu.

Niemniej, tu (na Facebooku) powinniśmy być najbardziej selektywni, jeżeli chodzi o dobór publikowanych treści.

Jednym słowem: zachowaj sobie to, co najlepsze na fejsa, ale też dopasuj to pod kątem fejsa.

Czyli przeprowadź taką wstępną selekcję, wstępną weryfikację potencjału danej notki na innym kanale. Sprawdź czy to (dany temat, myśl, wątek) tu chwyta? Czy ma potencjał?

Najpierw wrzuć dany wątek np na Instagrama, żeby go przetestować. A dopiero, kiedy zobaczysz, że chwyta – eksploatuj go na Facebooku.

Czyli puszczaj na Facebooku potencjalnie treści tylko z potencjałem. Bo to tutaj, na Facebooku toczy się najbardziej zażarta walka o zasięgi.

media społecznościowe w marketingu

2. Zdałeś się na pełną automatyzację publikacji w social mediach.

Zamiast tego mądra automatyzacja.

Można to tak sobie posustawiać np. za pomocą IFTTT, że jeżeli opublikujesz coś się na jednym kanale – to automatycznie zostanie to opublikowane na drugim, trzecim i czwartym kanale social mediów. Niczym ta reakcja łańcuchowa.

IFTTT tak właśnie został pomyślany: if this, than that.

Czyli publikujesz coś w jednym miejscu, a ustawiłeś sobie odpowiednie przekierowanie na zasadzie: jeżeli publikujesz to tu, to opublikuj też tam. I tak można w zautomatyzowany sposób jedną i tą samą publikacją obskoczyć wiele różnych miejsc w sieci.

Ale to rozwiązanie ma swoje wady.

  • Po pierwsze: nie bierze pod uwagę specyfiki danego medium społecznościowego.
  • Po drugie: istnieje silna pokusa, czy pułapka, że przestaniesz bywać na danym kanale i będziesz tylko spamować tu treściami, bez interakcji

Tymczasem budowanie zaangażowania, budowanie zasięgu, budowanie społeczności odbywa się nie tylko poprzez dostarczanie dobrych treści. Bo tę reakcję łańcuchową trzeba jakoś zainicjować. Bo dopiero akcja rodzi reakcję. Akcja – czyli nawiązywanie relacji, pielęgnowanie kontaktów w danym miejscu…

Za każdym razem, kiedy zdawałam się na pełną automatyzację, zapominałam o danym social medium i po prostu przestawałam w nim bywać, przestawałam pielęgnować tam kontakty. A tylko spamowałam swoimi treściami.

Tak, automatyzacja w ograniczonym wymiarze może być fajna i skuteczna (to antidotum na niedomiar czaru). Ale automatyzacja puszczona na pełny żywioł ma swoje ograniczenia.

Bo jeżeli tak: co będzie się dziać. Problem w tym, że NIC.

Puszczasz swoje treści coraz bardziej automatycznie, ale też coraz bardziej w próżnię.

Tak stało się na moim Twitterowym koncie, na którym w pewnym momencie postawiłam na pełną automatyzację. Przestałam na nie zaglądać. Zapomniałam o nim.

Ustawiłam sobie, że będę automatycznie publikować 3 wpisy, czy właściwie linki do trzech wpisów dziennie (wtyczka Revive Old Posts).

Nawet mam z tego wejścia na bloga. Ale to nie jest metoda na budowanie społeczności. A skoro to nie jest metoda na budowanie społeczności, to nie jest to metoda na budowanie zaangażowania i długofalowo na budowanie zasięgów.

Mam na Twitterze drugie konto @vademecum bloga, na którym bardziej udzielam się towarzysko (co prawda nie na tyle, na ile bym chciała, ale przynajmniej troszeczkę). I tu dopiero udaje mi się wywoływać pewne zaangażowanie.

Sprawdziłam to i wielokrotnie przekonałam się o tym na sobie.

Pełna automatyzacja – przekształca się w notoryczne spamowanie.

Za to kiedy publikujesz coś ręcznie – siłą rzeczy – przynajmniej otworzysz dane medium społecznościowe. A to jest ten pierwszy, niezbędny krok. No dobra, po nim jeszcze następuje długa droga…..

media społecznościowe w marketingu

3. Traktujesz social media jako poboczny dodatek.

Bo z założenia są to kanały do rozsyłania treści po sieci… Ale to już tak nie działa.

Kiedyś tak właśnie rozumiałam content marketing. Tzn jedynie jako przez pisanie treści na bloga (i rozsyłania powiadomień o nich w social mediach).

Aż wreszcie uświadomiłam sobie, że content marketing, czyli budowanie swojej obecności, budowanie swojej marki w sieci poprzez treści to również albo wręcz to przede wszystkim media społecznościowe i to, co tutaj publikujesz.

Social media to są kanały żyjące swoim własnym życiem, coraz bardziej niezależne od bloga. A nawet zamiast bloga.

media społecznościowe w marketingu

Pokusa jest silna, aby w 2018 r. zastąpić blog np. profilem na Instagramie.

Niektórzy tak robią. I to nawet z powodzeniem.

Ale….

Warto pamiętać, że profil na Instagramie, czy na Facebooku jest jednym z tych miejsc w sieci, nad którymi mamy najmniejszą kontrolę.

Tu nie tylko chodzi o regularne zmiany algorytmu. Ogarniasz kolejną zmianę algorytmu. Do tych można się dopasować, działając zgodnie z wytycznymi.

Ale bardziej chodzi o to, że taki profil nigdy nie będzie Twoją własnością. A jeżeli Instagram zablokuje Ci Twój profil np na skutek życzliwej insynuacji?

Zanim wyjaśnisz kulisy tej „insynuacji” – ile niepotrzebnych nerwów.

Jeżeli wszystko postawiłeś na Instagrama i Twoja bytność w sieci opiera się tylko na jednym kanale.

Przestajesz istnieć …. fizycznie… Wypadasz z gry.

Jest takie obrazowe wyrażenie, funkcjonujące bodajże w środowisku związanym z finansami, by nie wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka.

Fajnie jest tworzyć treści na Instagrama, bo tu te treści mają lepszą widoczność niż na jakiejś dopiero co raczkującej stronie, zagubionej gdzieś w sieci. Bo ludzie już są w social mediach, zaglądają tu regularnie, scrolują, co nowego pojawiło się w streamie….

Na swoją stronę musisz ich dopiero ściągnąć. To wymaga czasu.

Ale

Powiem Wam, że choć sama bardzo lubię Instagrama i jeżeli np w temacie nauki języka francuskiego i zwiedzania Paryża wszystko, co piszę – piszę wyjściowo pod Instagrama, to jednak przerabiam raz już opublikowane notki z Instagrama na posty do opublikowania na własnej stronie: beatared.com.

Bo do treści z bloga dużo łatwiej wrócić i np ponownie podsunąć na w social mediach.

Poza tym:

Zdaję sobie sprawę z krótkiego czasu życia treści w social mediach…

I z tego, że czasami ta sama treść potrzebuje drugiej, trzeciej, czwartej szansy, by chwycić. Wszystko co, tworzę w sieci, przezornie odkładam sobie na później, na bloga.

Blog jest jednocześnie takim ćwiczeniem stylu. I blog jest taką bazą treści do recyklingu.

Z założenia. Jakkolwiek, kiedy sięgam po starsze treści na blogu, stwierdzam, że z perspektywy czasu napisałabym to inaczej, z większym pazurem. Więc piszę od nowa, czyli de facto wykorzystuję tylko sam pomysł.

Ale przynajmniej starsze treści są chociażby takim impulsem do napisania czegoś nowego.

 

4. Ignorujesz wideo.

Kultura obrazkowa zobowiązuje. Wideo.

Zgodnie z wytycznymi Marka Zuckerberga, wideo wcale niekoniecznie będzie miało jakieś szczególne fory na Facebooku.

Bo człowiek siada przed wideo biernie. Dlatego to tak wciąga… biernie. A Mark Zuckerberg chciałby interakcji. Chciałby Facebooka tętniącego życiem towarzyskim i gorącymi dyskusjami. Bo te najmocniej angażują. Dlatego wracamy na Facebooka i spędzamy tu dużo więcej, niż sobie założyliśmy czasu.

Większą reakcję można wywołać na Facebooku właśnie nie filmem, ale dobrze skonstruowaną notką. Bo scrolującemu stream łatwiej wypowiedzieć się na temat szybkiej fotki i krótkiego, soczystego, czy dobitnego tekstu. Niż obejrzeć całe wideo.

Pod takim szybkim tekstem łatwiej walnąć szybki komentarz – przelotem. Bo wystarczy rzucić okiem, a obejrzenie filmu wymaga czasu.

Ale, co innego co innego live, czyli transmisja na żywo, wideo bez cenzury i bez retuszu.

Tu, z założenia na bieżąco ludzie uczestniczą w interakcji….

Live w pewnym sensie ciekawi odbiorcę, może i trochę pod kątem: jak wyglądamy, jacy jesteśmy na żywo, jak poradzimy sobie w takiej sytuacji.

To taki moment prawdy. Big Brother jako forma wzbudzania zainteresowania. Live (czyli transmisja na żywo), sama w sobie jako forma budowania dogłębniejszej relacji z naszymi obserwującymi.

Ostatnio, uczestnicząc w kilku takich bardzo kameralnych live – ach, raptem po kilka osób, wyszłam z nich w poczuciu, jak takie kameralne spotkania towarzyskie robią mi dobrze.

Czyli live (transmisja na żywo) po to, by poprawić nastrój: nam – jako prowadzącym czy nam – jako uczestnikom live – a.

Ale to też jest ta chwila prawdy przed kamerą, której wiele osób zapobiegawczo się obawia….
Nagrywanie live -ów wymaga przełamania w sobie pewnych obaw.

Bo live prześwietli człowieka na wskroś: jak on się wypowiada, czy odbieram go jako osobę sympatyczną, czy wręcz przeciwnie – antypatyczną.

O ile kiedyś, kilka lat wstecz, w pewnym sensie aktem odwagi, czy aktem wyjścia ze strefy komfortu i bezpiecznej anonimowości było umieszczenie swojego zdjęcia na blogu.

Dzisiaj – było, nie było Influencer Marketing zobowiązuje, nie da się zbudować zaangażowanej społeczności bez jak to mówią Francuzi – zmoczenia siebie. Czyli bez pokazania siebie na żywo i bez retuszu. Taką weryfikację przeprowadza live.

Ciężko jest identyfikować się w danym zakresie z daną osobą, czy wierzyć komuś, kogo znam tylko ze zdjęcia. Jeżeli innych autorów znam, a przynajmniej dzięki live-om (czyli transmisją na żywo) mam wrażenie, że znam ich z krwi i kości.

Tu inną alternatywą jest podcast (czyli nagranie głosowe). Podcast (słyszymy tylko głos drugiego człowieka) – a jednak podcast tworzy takie wrażenie bliskości, bezpośredniej rozmowy z drugim człowiekiem.

To jest też jakaś forma pokazania, czy przybliżenia siebie odbiorcom. Choć live jest chyba tą formą wchodzenia w najbardziej bezpośrednią relację ze swoją społecznością.

Live jest taką formą wyjścia do swojej społeczności i budowania z nią relacji na zasadzie zaufania i zaangażowania.

Bo zaangażowanie musi być nieustannie podsycane. Wywoływanie, czy budowanie zaangażowania wymaga wymiany.

Jak to np świetnie robi Ola Budzyńska, czyli Pani Swojego Czasu. Organizując cotygodniowe live.
Live coraz bardziej stają się takim warunkiem sine qua non budowania trwałej, opartej na zaufaniu realcji ze swoją publicznością.

Kolejny krok webinary. Co prawda sama jeszcze do niego nie doszłam…

Póki, co live (co czwartek 9.30 rano na fanpage Vademecum Blogera – w tym tygodniu przerwa na ferie).

Live na Facebooku może budzić z początku pewne obawy, czy opory. Ja przed kamerą, na żywo…

Najtrudniejszy jest ten pierwszy krok.

Dla tych, którzy się go obawiają, fajną próbą, czy wręcz rozgrzewką mogą być krótkie formy wideo, jak np. 15 secundowe insta storie.

Bo insta stories z założenia nie muszą być takie dopracowane, jak sam główny stream Instagramu. Raczej zabawne, bez większego retuszu, za to z pomysłem. Raptem 15 sekund: co tu dużo kombinować, najlepiej iść na spontan.

Kiedyś takim medium treningowym był Vine. Dzisiaj mamy np insta stories.

media społecznościowe w marketingu

Arlena Witt, autorka kanału na You Tube do nauki języka angielskiego Po cudzemu, wspominała kiedyś, że dla niej taką rozgrzewką, próbą ogniową, czy chrztem bojowym do nagrywania wideo był swego czasu VINE.

Vine to były bodajże 6-cio sekundowe filmiki, zakręcone w pętlę, które jeszcze można zobaczyć w archiwacham na Vine. Może to troszeczkę taki przodek insta storie.

Niemniej, kiedyś Vine, a dzisiaj Insta Storie – można potraktować je jako takie ćwiczenia, czy wstęp do nagrywania dłuższych form wideo. Coś, co pomoże Ci się rozluźnić, pozwoli przezwyciężyć skrępowanie przed kamerą.

Zauważcie, że na licznych kanałach mediów społecznościowych jest miejsce na takie mikro próbki filmowe (Instagram, FB, Snaptchat).

5. Kupujesz followersów.

Co rusz wychodzą tego typu afery. Kolejny influencer zdemaskowany, czy może bardziej – i co gorsza – zupełnie podkopana zostaje jego wiarygodność.

Błędne koło.

Bo jeżeli bycie influencerem przekłada się na pieniądze, żeby zgarnąć te pieniądze, wydaje się że logiczną rzeczą byłoby zainwestować… pieniądze.

Zainwestować owszem, ale nie tak.

Kupowanie followersów, czyli de facto kupowanie sobie martwych dusz, czyli ludzi a priori absolutnie nie zainteresowanych tym, co piszesz. A może w ogóle nie ludzi, tylko jakieś wygenerowane automatycznie profile. Takie zmanipulowane nabijanie sobie licznika polubień na Facebooku – to strzelanie sobie w stopę.

Co innego wtyczka Social locker, którą ostatnio testuję na blogu i dzięki której mam coraz więcej polubień na Facebooku.

Co prawda stosuję ją w kilku specyficznych wpisach dotyczących blogowania. Ta wtyczka ukrywa pewne wartościowe treści do czasu, aż dana osoba, zainteresowana przeczytaniem artykułu w całości nie zaobserwuje mnie na Facebooku.

Jest to jednak specyficzna metoda docierania – może w mniej lub bardziej wymuszony sposób (naskakujący facebook też jest takim wymuszaczem) – to jednak jest to metoda docierania do osób zainteresowanych specyficznym tematem. Którego kontynuacją, czy przedłużeniem jest z założenia mój fanpejdż.

Jakkolwiek…

Dopiero testuję tę metodę i dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że ma ono swoje ograniczenia. Im dłużej działam w sieci, tym bardziej przekonuję się, że lepsza (bo docelowo „skuteczniejsza”) jest mniejsza, ale bardziej zaangażowana społeczność.

Te duże, ogromne profile, na których nie ma żadnej reakcji – wyglądają co najmniej blado…

Jeżeli nie co nieco podejrzanie. W kontekście tego, co pisałam o zdemaskowanych influencerach, dokupujących sobie martwe dusze.

Choć pokusa jest silna.

Bo jakże kuszące są te apki, które obiecują, że zdobędą dla nas nowych followersów na Instagramie w zamian za przekazanie im uprawnień do naszego konta.

Ale korzystanie z nich może zostać ukarane przez samego Instagrama np. banem.

Z drugiej strony, Bóg jeden wie, co te apki, korzystając dostępu do naszego konta, z nim robią, kogo lajkują, gdzie i czym spamują.

media społecznościowe w marketingu

Kupowanie followersów – moralny dylemat?

Moim zdaniem są dwa powody, dla których jednak nie powinniśmy tego robić.

  • Po pierwsze: kupowanie followersów to widać – tę dysproporcję między ilością obserwujących a zaangażowaniem. Jest tłum – a nie ma reakcji. Tu jest jakiś zgrzyt.
  • Po drugie: martwe dusze szkodzą.

Bo algorytm, i to chyba w każdym medium społecznościowym, jest tak skalkulowany (na wzór Facebooka), by mierzyć reakcję. Czyli, by mierzyć zaangażowanie na wybranej próbce obserwujących.

I dopiero to zaangażowanie (albo jego totalny brak) zmierzone na wybranej próbce obserwujących, przekłada się, albo nie na większy, albo mniejszy zasięg. Docelowo.

Bo jeżeli algorytm zmierzy je na takich martwych duszach, taka też będzieta reakcja -martwa.

6. Nie budujesz relacji w social mediach.

To działa wszędzie. To działa w obie strony.

Warto zacząć choćiażby od znalezienia kilku zaprzyjaźnionych osób, z którymi będziesz wymieniał się komentarzami, które będziesz regularnie odwiedzał, z którymi będziesz utrzymywał relację wzajemnej obserwacji i komentowania.

Bo zaangażowanie wraca. Zaangażowanie jest dwukierunkową ulicą.

Bo nie wystarczy samo dostarczenie contentu (choćby najlepszego), bez budowania relacji. To oznaczałoby wysyłanie contentu w próżnię. Dopiero kontakty są dla niego najlepszą wyrzutnią – zwiększającą zasięg.

media społecznościowe w marketingu

7. Nie analizujesz statystyk.

Bo skąd masz wiedzieć, czy zmierzasz w dobrym kierunku? Skąd masz wiedzieć, czy w ogóle posuwasz się naprzód.

Tu nie chodzi o sam przyrost obserwujących. A coraz bardziej o zaangażowanie.

Tutaj z pomocą przychodzą same social media, bo liczne social media udostępniają swoje statystyki np Twitter.

Tu – powtarzam się – nie chodzi już tylko o liczbę obserwujących. Ale o to, do kogo docierasz. Liczba obserwujących – sama w sobie – tego nie mówi.

Zaangażowanie? Do kogo docierasz i czy te osoby, do których docierasz – reagują.

media społecznościowe w marketingu

8. Nie budujesz rozpoznawalnej marki.

Tzn. tworzysz treści do sieci, ale …

Szkopuł w tym, że treści w sieci jest multum. Ludzie czytają treści znalezione w sieci i nawet nie wiedzą, że są na Twoim blogu.

To nabija tzw unikalnych użytkowników, ale to wielki mit blogosfery…

Bo dobre wypozycjonowanie kilku treści z punktu widzenia SEO jeszcze nie czyni z Ciebie influencera.

A dopiero bycie influencerem w danej niszy – przekłada się – na to, do czego wszyscy, w mniej lub bardziej świadomy sposób dążymy pisząc bloga, przeznaczając na to tyle swojego czasu – na pieniądze.

A skoro gentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, to jest ten moment, by ten wpis przerwać. W miejscu dającym do myślenia.

Działania w sieci – powinny sprowadzać się docelowo do budowania społeczności, do budowania zaangażowania, bo dopiero to przekłada się na bycie influencerem.

A z kolei bycie influencerem jest punktem wyjścia do nowych możliwości (w podtekście: gentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach).

Dlatego pozdrawiam serdecznie

Beata

 

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Jak jeść więcej warzyw i owoców? LINKOWE PARTY.

W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, podjęłam tylko jedno postanowienie noworoczne:...
Read More