Jak nie chorować zimą?

jak nie chorowac zima

Kiedy tak sobie chodzę po mediach społecznościowych, o tej porze roku coraz częściej trafiam na statusy mocno pociągających blogerów… Smarkających, kichających, rozłożonych w pobliżu muszli klozetowej, bo dopadło ich równocześnie – przeziębienie plus grypa żołądkowa.

Sama jestem osobą o wątłym zdrowiu. Z natury bardzo chorowitą. Do tego mam małe dzieci w takim wieku, że co rusz przynoszą ze szkoły, czy przedszkola wszelkie możliwe zarazki. A jednak….

Mimo, że jestem osobą chorobitą. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam chora. I cieszy mnie ta niepamięć.

Ale nie jestem w tym sama….

Są tacy, którzy nigdy nie chorują. Z naszego blogerskiego środowiska:

Wiecie, kto nigdy nie choruje?

Kto nigdy, albo prawie nigdy nie puszcza takich chorowitych czy chorujących statusów?

Blogerzy, którzy biegają. Blogerzy, którzy postawili na aktywny tryb życia.

Przepytałam kilku z nich: o proste codzienne haki na nie chorowanie zimą….

Dodam od siebie, że sama przez lata tkwiłam w złudnym przekonaniu, że obronię się przed chorobą: chuchając i dmuchając na zdrowie. Chuchałam – dmuchałam i chodziłam wiecznie chora.

Odkąd regularnie biegam i wypacam się – tzn wypacam z siebie – toksyny. A jeszcze czuję, jak wzbierają we mnie te endorfiny (moje prywatne motorki radości życia)….

Nie choruję.

Nie pamiętam, kiedy byłam chora. Nawet jeżeli wokół mnie wszyscy chorują … A przecież to ja kiedyś byłam taka chorowita – i wiecznie niezmiennie chora…

Czyli to da się zmienić.

 

 

Justyna Rolka z bloga Justek make me smile

Stawiam na aktywny i zdrowy tryb życia, co wcale nie oznacza, że nie popełniam błędów.

Ostatnie 4 lata to czas nauki i pracy nad sobą. To czas kiedy otworzyłam oczy i zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nigdy nie jest za późno na zmianę przyzwyczajeń.

Gdy Beatka zapytała mnie o to co robię, by unikać przeziębień, gryp żołądkowych i temu podobnych przypadłości, od razu na myśl przyszło mi jedno słowo – rozsądek.

Pomyślisz sobie pewnie, że zwariowałam, ale na moim przykładzie mogę zapewnić cię, że zdrowy rozsądek ma bardzo znaczący wpływ na utrzymanie zdrowia fizycznego i psychicznego.

Ciepła woda z cytryną zaraz po przebudzeniu, ma znikome znaczenie dla naszego trawienia, jeśli zaraz po jej wypiciu zjesz ociekającego lukrem pączka, którego popijesz miętową herbatką posłodzoną 4 łyżkami białego cukru.

Pamiętam pewne zdarzenie z mojego życia, które jest mocnym dowodem na to, że czasami sami sobie szkodzimy. Testy na nietolerancję pokarmową wykazały, że powinnam unikać drożdży, jajek i mleka.

Ale jak to Justysia, wyniki testu swoje, łakomstwo swoje. Pewnego dnia wróciłam z pracy, z bólem głowy i okrutnym katarem, który pozbawił mnie czucia i jak się później okazało rozsądku. Zjadłam na pocieszenie kilka ciastek, które okazały się nieświeże, a ja z racji zatkanego nochala mało co czułam. Nie muszę pisać jak czuł się mój organizm.

Objawy nietolerancji połączone z objawami gastrycznymi – ful wypas. Kiedy słucham swojego organizmu i trzymam się rozsądku czuję się niczym królowa życia. Reasumując, co robię, czy czuć się zdrowo? :

1. Mieszkam w Nowym Sączu, kocham to miasto, ale smog, który unosi się w powietrzu mocno nam doskwiera.

Zainwestowałam więc w oczyszczacz powietrza,

który sprawia, że we własnym domku mieszka nam się zdrowiej i oddychamy pełną piersią. Zauważyłam niesamowitą zmianę, synek-alergik przestał kaszleć, czujemy się fantastycznie. Myślę, że w przypadku mojego miejsca zamieszkania nie jest to kolejny zbędny wydatek, a konieczność.

2. Zwracam uwagę na to co jem.

Unikam przetworzonej żywności, dbam o to by menu mojej rodziny było urozmaicone i zdrowe.

3. Dbam o nawodnienie organizmu.

Piję około 2,5 litra wody dziennie. Najczęściej jest to woda z cytryną lub innymi owocami, lub lekko osolona solą himalajską lub kłodawską. Tak przygotowana woda lepiej nawadnia i dostarcza organizmowi potrzebnych składników mineralnych.

4. Uprawiam sport.

5. Używam kosmetyków do pielęgnacji i makijażu wysokiej jakości, w których ilość szkodliwych substancji jest ograniczona.

6. Nie przegrzewam się.

7. Korzystam z seansów w komorze normobarycznej.

Rozpoczęłam przygodę z komorą po operacji, kiedy chciałam przyśpieszyć regenerację tkanek, ale efekty, które dostrzegłam u siebie i u synka, sprawiły, że zostałam stałą klientką.

Czym jest normobaria?

Korzystając ze źródeł fachowych jest to stan ciśnienia atmosferycznego najbardziej sprzyjający zdrowiu i długowieczności człowieka , który umożliwia lepsze przyswajanie tlenu przez komórki organizmu człowieka.

8. Staram się być dobrym człowiekiem.

Kocham i okazuję miłość, sympatię. Zwracam uwagę by często się uśmiechać i zarażać innych optymizmem.

Rady Justyny:

 

 

 
Otóż tak.
Przez większą część życia nie wychodziłem z chorób, dzieciństwo – angina za anginą, zapalenia ucha, gardła. Później choróbska trochę przystopowały, ale zazwyczaj miewałem problemy z gardłem.
Lekarka wytrwale próbowała mnie leczyć, serial chorób mocno przystopował po kilku seriach szczepionek wzmacniających odporność – doustnych.
Niestety, problemy „gardłowe” co pewien czas wracały, bardzo intensywnie niestety (ból, wysoka gorączka).
Stanęło na groźbie wycięcia migdałków, jako ognisk bakterii trudnych do wybicia. Ale wtedy zacząłem biegać oraz dbać o dietę.
I od tego czasu prawie nie choruję, jeśli już to choruję krótko.
 
Co robię?

1. Biegam i trenuję nie zważając na pogodę.

Nie ma takiej pogody, przy której nie da się biegać (może poza huraganami i opadami gradu). Może i bieganie w deszczu i chlapie jest niekomfortowe, ale stanowi pewne wyzwanie, a ja lubię wyzwania.
Nie obawiam się chłodu (póki biegnę jest mi ciepło), nie boję się wilgoci (bo jest mi ciepło). Wielokrotnie po zawodach przemarzałem do szpiku kości i… nic. Ale to pewno kwestia nabytej (wypracowanej?) odporności i siły organizmu.
Biegam również (a może nawet szczególnie wtedy) gdy czuję, że zaczyna się przeziębienie. Śmieję się, że katar ze mną wytrzymuje góra kilometr, dwa, później już mam nos i zatoki oczyszczone do cna.
Prawdą jest, że podczas biegania (ogólnie wysiłku fizycznego) podnosi się temperatura ciała, a tego bardzo nie lubią wirusy.
 

2. Bardzo lubię czosnek i używam „tajnej mikstury” przygotowywanej przez teściową.

W jej skład wchodzi zmiażdżony czosnek, sok z cytryny, imbir, miód i woda. Łyżeczka dziennie na pewno wspomaga odporność.
 

3. Kefir.

Ponoć sporą część odporności zawdzięczamy naszym jelitom i limfocytom pochodzącym właśnie z jelit. Ja bardzo lubię kefir, sam go produkuję i piję codziennie – zakwaszam mleko łyżką kefiru z dnia poprzedniego.
 

4. Dieta.

Od czasu, gdy zacząłem biegać, zmieniłem dietę. Jem dużo więcej warzyw i owoców, pochłaniam sałatki, surówki czy to w pracy, czy do obiadu, a to sam błonnik. Jem bardzo regularnie, zawsze w pracy mam jabłko czy jabłka, banan, czasem biorę do pochrupania marchewki. Dużo częściej w zimie jem też kapustę kiszoną czy ogórki kiszone, to również jest źródło witamin.
 

5. A propos witamin,

po dłuższych wybieganiach, gdy wiem, że straciłem dużo wody (i minerałów) piję lekki roztwór carbo, zawiarający wszystkie niezbędne składniki. Nie wiem jak dobrze są wchłanialne, ale moje ostatnie badania krwi robione w końcu cyklu przygotowawczego do maratonu były bardzo dobre, nie mam żadnych niedoborów, wszystkie parametry krwi i minerałów są poprawne.
 

6. Dbam o relaks i odpoczynek.

Prawda jest taka, że po intensywnych treningach czy po zawodach organizm jest wymęczony i bardziej podatny na infekcje. Nie żałuję sobie snu, jeśli trzeba to również dodatkowego odpoczynku. Kiedyś byłem ostatnią osobą kładącą się spać, teraz śpię kamiennym snem w milisekundę po dotknięciu poduszki.
 
To chyba komplet stanowiący moją tarczę przeciwko zimowym warunkom. Czy takie rady pomogą przeciw rotawirusom i epidemiom to nie wiem. Ważne też jest nastawienie i specyficzna dbałość o swój organizm.
 
jak nie chorowac zima

Aleksandra Bohojło z bloga Esencja blog

Temat odporności to jeden z moich ulubionych, ale to pewnie dlatego, że nie spędza mi on snu z powiek.

Moja rodzina niezmiernie rzadko choruje, służbę zdrowia omijamy dużym łukiem (nie lubimy), a wszelki spadek formy poprawiamy własnymi, domowymi sposobami.

Nigdy nie szczepimy się na grypę, wirusy raczej nas omijają, grypy żołądkowe, które szaleją np. w przedszkolu czy szkole przynoszone do domu są natychmiast przeganiane (dzieci przechodzą je szybko i łagodnie), a gorączki trwają najwyżej 1-2 dni, po których dzieci brykają jak gdyby nigdy nic. Czasami sama tego nie rozumiem, bo niby jak można jednego dnia mieć 39 stopni gorączki i być przykutym do łóżka, a następnego być całkowicie zdrowym?

🙂 Mnie w zeszłym roku dopadły jedynie dwa razy zatoki (wyleczyłam się sama), ale nie śmiem narzekać przy tym co spotyka innych.

Ten sezon to kolejny, który mogę uznać za udany, choć jeszcze się nie skończył, ale jestem całkiem spokojna o to, że przeżyjemy go tak jak każdy poprzedni, czyli całkiem dobrze 😉

jak nie chorowac zima

Mam kilka swoich zasad, w które bardzo wierzę, bo doskonale sprawdzają się w naszym przypadku.

Jako fanka zdrowego stylu życia, uważam, że właściwa, czyli dostosowana do pór roku pełnowartościowa dieta, ograniczanie cukru i unikanie przetworzonej żywności w połączeniu z regularną aktywnością fizyczną dają w dłuższym czasie najlepsze rezultaty.

Produkty kupuję w sprawdzonych i pewnych źródłach, zwracam też uwagę na ich skład. Czasem korzystam ze sklepów ze zdrową żywnością, ale nie daję się zwariować. Wędliny zamawiam u poleconego pana, który robi je samodzielnie w domu, posiłki przygotowuję tak, żeby były urozmaicone, zdrowe, kolorowe i zachęcające do jedzenia.

Często eksperymentuję z dziećmi w kuchni, dzięki temu są bardziej otwarte na nowe smaki, próbują wielu rzeczy rzadko czego odmawiając i pracując przy okazji nad prawidłowymi nawykami.

Nie terroryzuję ich natomiast, jeśli nie mają na coś ochoty albo ciągnie je do słodkiego. Wiedzą czym grozi nadmiar cukru w organizmie (choroby, otyłość, spadek formy i apetytu), ale pokazuję im, że nawet słodkie może być zdrowe, jeśli np. deser przygotujemy w domu samodzielnie ze zdrowszych składników.

Sport uprawiam bez wyjątku przez cały rok zmieniając jedynie rodzaj i intensywność ćwiczeń, bo szybko się nudzę jedną formą ruchu.

Wierzę też w pory roku i każdą z nich traktujemy jako inwestycję we własne zdrowie.

Na swoją odporność pracujemy przecież cały rok.

Dzięki mieszkaniu w domu z ogrodem i z dala od skupisk ludzkich, wirusów i zanieczyszczonego miejskiego powietrza (mieszkamy na mocno zalesionym terenie pod Warszawą), praktycznie od wczesnej wiosny do późnej jesieni spędzamy czas na świeżym powietrzu. Pracuję w domu, więc moim biurem często jest taras, a dzieci biegają po ogrodzie często boso do późnej nocy.

Uwielbiamy zimę, która nie jest dla nas żadnym wyzwaniem, lecz jedynie okazją do wzmocnienia swojej odporności.

Dużo spacerujemy, ostatnio często wychodzimy z domu dzięki temu, że mamy psa, który musi się wybiegać, regularnie wyjeżdżamy na narty, a wtedy spędzamy około 8 godzin na dworze (niezależnie od pogody i temperatury) jedynie z przerwami na ciepły posiłek i ogrzanie się.

Zawsze jesteśmy odpowiednio ubrani, ale o ile ja i moja starsza córka jesteśmy zmarzluchami, o tyle mój syn i młodsza córka wrodzili się do męża i nawet zimą chodzą najchętniej bez skarpetek i z krótkim rękawem.

Moja młodsza córka niechętnie zakłada rajstopy, a grube spodnie jedynie te od narciarskiego kombinezonu. Przez cały rok chodzi w letnich leginsach, a do i z przedszkola pod kurtką ma jedynie t-shirt. Zamiast czapki najchętniej nosiłaby tylko kaptur i czasem muszę się na to zgodzić, bo jej ciągle gorąco. Hartowanie level master, aż mi zimno jak tylko o tym pomyślę 🙂

W zeszłym roku moja 5-latka po raz pierwszy w życiu morsowała i rozebranie się w śniegu do kostiumu kąpielowego, a także wejście do lodowatej wody nie sprawiło jej najmniejszego problemu. W tym roku, jak tylko wrócimy z nart, pędzimy morsować.

Lekarstwa stosujemy jedynie w razie wyższej konieczności – wysoka gorączka,

ale żeby do niej nie doszło, zauważyłam, że doskonale sprawdza się zwyczaj, który stosuję od wielu lat. Każda matka rozpozna kiedy jej dziecko łapie jakąś infekcję, czuje się osłabione, wygląda niewyraźnie.

Nie czekam aż wirus się ujawni czy rozkręci. Zatrzymuję na kilka dni dziecko w domu i obserwuję wspomagając je suplementami typu probiotyk, witamina D3 i tran, które kiedyś stosowaliśmy regularnie, a ostatnio nawet zapominamy.

Natomiast w dużej ilości stosujemy naturalne środki przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i przeciwwirusowe, a mianowicie czosnek, imbir, cytryna, kapusta, malina, czarny bez, żurawina, zioła.

Kilka dni w domu, czasem 2, czasem więcej, najczęściej dają 100% skuteczność.

Wierzę też w moc unikania antybiotyków. Mój 18-letni syn z antybiotykiem miał ostatnio do czynienia kiedy miał 3 lata, 6-letnia córka nigdy, a 10-letnia nawet nie pamiętam czy brała, ale chyba raz, kilka lat temu. Pewności nie mam.

Począwszy od wieku niemowlęcego aż po przedszkolny zdecydowaną większość swoich dziennych drzemek moje dzieci spędzały na świeżym powietrzu niezależnie od pogody. Zadaszony taras umożliwiał mi wystawianie wózka z dobrze opatulonym dzieckiem (nigdy nie przegrzewanym!) nawet kiedy padał śnieg, deszcz, wiał wiatr czy był mróz. Cały rok w ogrodzie lub na tarasie. Każda drzemka trwała od 1-3 godzin, nawet zimą.

Mój syn do tej pory całą zimę śpi w nieogrzewanym pokoju jedynie w bokserkach. Na kurtkę zimową nie mogę go namówić do tej pory, a mamy połowę stycznia i przymrozki. Zresztą wzięliśmy z mężem z niego przykład i w sypialni zlikwidowaliśmy ogrzewanie. Śpi się cudownie.

Takich przykładów mogłabym podać jeszcze wiele, ale czy to wszystko wystarczy, żeby budować swoją odporność na lata? W naszym przypadku to działa, bo najwyraźniej nie może być tu mowy o szczęśliwym zbiegu okoliczności, kiedy każdy z naszej 5-osobowej rodziny ma kontakt z wirusami i różnymi chorobami w przedszkolu, szkole czy pracy, a jednak nie choruje lub ewentualne infekcje przechodzi krótko i łagodnie.

Rady Oli:

 

 

Bo kiedy zapuszczamy się w dział ze słonymi przekąskami, czipsami i podobnymi przyjemnościami, zaraz obok mamy dział z napojami. Tak sprytnie to zostało pomyślane. Dlaczego? Bo od tych wszystkich przekąsek coraz bardziej chce nam się pić. Co przekłada się na dodatkową sprzedaż najróżniejszych napojów. Bo sól zwiększa / wywołuje pragnienie. Im więcej zjadamy soli, tym mocniej chce nam się pić. Tymczasem według WHO Światowej Organizacji Zdrowia dzienne spożycie soli nie powinno przekraczać 5 g / dzień. A nie 6 – 10 g, jak beztrosko zaleca lobby soli. Na podstawie brytyjskiego badania stwierdzono, że dzieci i młodzież, które zjadają więcej soli (czy wyrobów solonych), wypijają też więcej słodzonych napojów gazowanych. Które są jedną z głównych przyczyn problemów z nadwagą. I tak zamyka się błędne koło. Dlatego według wspomnianego badania zmniejszenie spożycia soli pomogłoby zmniejszyć problem nadwagi u najmłodszych. Problem coraz bardziej niepokojący w naszym kraju. Co się tyczy maluszków… Upodobanie do slonego, a może wręcz do przesolone go rozwija się w nas, w naszych najmłodszych wcześnie. Nasze uzależnienie od soli zaczyna się bardzo wcześnie i często po prostu bardzo nieświadomie. Bo mleko matki zawiera raptem 0,5 g soli na litr. I dziecku to smakuje. Ale tutaj do gry wchodzi trochę takie niefortunne w tym kontekście prawo ekonomii. Kupne słoiczki z przetworami dla najmłodszych. One są po prostu dosalane, czy wręcz przesalane po to, by dogodzić wymagającym gustom mam, pragnących jak najlepiej i jak najsmaczniej dla swoich milusińskich. W rzeczywistości chodzi o to, by dogodzić mamom, które prawdopodobnie posmakują taki słoiczek, zanim zaproponują go swojemu dziecku. By nie uznały go za zbyt mało wyrazisty w smaku. I tak zaczyna się wyrabianie w najmłodszych upodobania do zbyt słonego smaku. #gloobyfood #feedfeedvegan #feedfeed #cleanfood #cleaneating #healthyliving #healthyeating #inmykitchen #inmygarden #slowlife #life #livethelife #lifestyle #lifeauthentic #lifeandthyme #foodphoto #foodporn #fitnessaddicted #fitness #instamatki #instamama #motivate #motivationalquotes

Une publication partagée par Beata Redzimska (@beatared) le

 

 

Beata – autor Vademecum Blogera i Moda na Bio.

Moje sposoby na zimę bez chorowania:

Uderzyła mnie zbieżność tego, co chciałam powiedzieć – z tym co napisał Paweł.

A więc jak wygląda moja praca nad odpornością:

3 działania, które sprawiły, że w końcu przestałam chorować zimą. Te 3 działania opierają się na takich filarach, jak:

  • Aktywność fizyczna.
  • Odpoczynek, czyli sen – Nie tylko chodzi o to, żeby się przemęczyć, wypocić, a potem nie dać organizmowi odetchnąć. Równowaga. Choroba podkrada się tym łatwiej, kiedy ta równowaga zostaje naruszona.
  • Dieta, a w niej czosnek. Bo ja jednak całą zimę jadę na czosnku (to znaczy w dni, kiedy nie pracuję).

Przestałam chorować zimą, kiedy zrozumiałam, że tu wcale nie chodzi o to, żeby na siebie chuchać i dmuchać. I Broń Boże nie wystawiać się na przeciągi. Tylko wręcz przeciwnie – o to, by wzmocnić organizm.

Dlatego diametranie zmieniłam siebie, zmieniłam swój styl życia i swoją dietę.

Wreszcie zaczęłam się ruszać.

Przez długie lata uważałam siebie za sportowy antytalent (lekcje wf-u na długie lata pozostawiły we mnie to przekonanie). Tymczasem tu chodzi o to, żeby znaleźć taką formę ruchu, która sprawia nam przyjemność.

Byłam nogą z gimnastyki i koszykówki. Ale w sumie zawsze lubiłam biegać i spacerować. Tyle, że uświadomiłam sobie to dopiero po latach. Lubię biegać, sprawia mi to przyjemność i wyraźnie robi mi dobrze. I tego się trzymam.

Staram się codziennie ruszać i to jest jak taka samonapędzająca się maszyneria, takie perpetum mobile: im więcej się ruszamy, tym bardziej jesteśmy spragnieni ruchu.

Ale równolegle zmieniłam też swoją dietę.

Bo moją dietę w czasach, kiedy notorycznie chorowałam mdałaby się opisać w dwóch słowach: dieta glutenowa i mleczna (gluten – czyli produkty mączne i produkty mleczne). Tym można z powodzeniem się zapchać w trybie ekspresowym…

W moim przypadku był to czy to: chleb z masłem i twarogiem, makaron z serem, jakieś ciasto, ciasteczka, chipsy…

Dzisiaj z perspektywy czasu, kiedy bardziej świadomie przyglądam się temu, co kiedyś jadłam rozumiem, że nie mogło być inaczej: musiałam być wiecznie chora.

Bo samym chlebem można się zapchać. A produktami mlecznymi to jeszcze można się utuczyć. Ale, ani jedno, ani drugie nie dostarcza nam – witalności.

Dlatego kluczowy jest tu (dla naszego zdrowia) wybór dobrej żywności. Tak, by odżywić dobre bakterie żyjące z nami w symbiozie i ograniczyć ilość złych bakterii, tym razem żyjących w nas, ale kosztem nas.

I tu to, co jemy wpływa na to, jaką wyhodujemy sobie florę bakteryjną.

Dlatego coraz bardziej przestawiam się na dietę z przewagą owocowo-warzywną.

Obserwując swój organizm, stwierdzam, że to działa.

Więcej warzyw i owoców – czyli więcej prebiotyków, czyli pokarmu dla naszych dobrych bakterii – naszych naturalnych sprzymierzeńców, którzy żyją z nami w przynoszącej obopólne korzyści symbiozie.

Dieta, która odkwasi organizm.

Czyli znowu dieta z przewagą owocowo-warzywną. Bo nasz współczesny sposób odżywiania i styl życia są z gatunku tych, co bardzo mocno zakwaszają nasz organizm: stres, pośpiech, cukier, mięso….
A teraz wyobraźcie sobie tylko: błony śluzowe nieprzerwanie pływające w środowisku kwaśnym.
Jeżeli nasze jelita są centrum dowodzenia (według naturopatów – jelita z tymi wszystkim dobrymi (oby dobrymi) bakteriami to nasz drugi mózg). Nasze błony śluzowe są tu pierwszą linią obronną do walki z mikrobami.

Jeżeli pływają w środowisku kwaśnym – ulegają podrażnieniu, wysuszeniu i już tak dobrze nie spełniają swojej roli bariery obronnej.

I tu znowu generalnie produktami, który bardzo mocno zakwaszają nasz organizm są produkty mleczne.

Dlatego staram się, by moja dieta była jak najmniej glutenowa i mleczna. Zapraszam do Facebookowej Grupy: DIETA BEZGLUTENOWA – DIETA BEZMLECZNA.

Kiedy dopada mikrob.

Jak najmniej antybiotyków. Antybiotyk powinien być ostatecznością, a nie wygodnym (podręcznym) rozwiązaniem na banalne przeziębienia. Antybiotyk wybija wszystko, co mu popadnie, niezależnie od tego, czy to robi nam dobrze, czy źle. Czyli znowu musimy odbudować florę bakteryjną, która jest naszym sprzymierzeńcem.

Zamiast antybiotyków: czosnek, wyciąg z pestek grejfruta (naturalny antybiotyk), olejki eteryczne (bo olejki eteryczne szanują i nie szkodzą naszej florze bakteryjnej. dodatkowo zmieniają nasz teren, tak że staje się odporniejszy na ataki drobnoustrojów chorobotwórczych).

Pozdrawiam serdecznie

Zapisz się na Newsletter

Tags from the story
More from BEATA REDZIMSKA

Zręczny marketing w akcji. Plus porcja francuskich słówek.

Będzie o marketingu i o francuskich słodkościach. Bo jak to mówią: przez...
Read More

11 komentarzy

  • Bea, zbiór fajnych porad zebranych w jednym miejscu to fajna podpowiedź od czego zacząć, na co zwrócić uwagę i jak podchodzić do problemów ze zdrowiem. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nic nie przychodzi z łatwością. Na nasze zdrowie składa się bardzo dużo elementów, dlatego trzeba cierpliwości i konsekwencji, żeby był widoczny efekt naszych działań.

    Bardzo dziękuję Ci za zaproszenie do wpisu. Ściskam i życzę zdrowej zimy. Wszystkim! 🙂

  • Fajne zestawienie zrobiłaś, myślę że mamy bardzo podobne podejście do naszego zdrowia i fajnie, bo to naprawdę działa. I to co Aleksandra pisze, skuteczność przez wytrwałość – to nie jest magiczna pigułka do połknięcia jako panaceum na wszystko.
    Zdrowia życzę i Tobie, i wszystkim czytelnikom (czyli sobie też) 😉

  • Myślę, że każdy w tym poradniku znajdzie coś dla siebie i dostosuje do swego organizmu. Ja choć mam mocne zdrowie to wyjątkiem był katar każdej zimy, masakryczny, męczący trwający min 2 tyg. Mimo, że należę do osob aktywnych co dużo sie rusza i jest na powietrzu. Naturalne metody typu czosnek, cytryna, okazały się bezradne, choć warto stosować je profilaktycznie. Jedynie pomogła mi tabletka z apteki i nie mam nic przeciwko temu jak jest skuteczna. Wielu to się nie spodoba, ale jestem za łaczeniem natury i leków na przemian w zależności od potrzeby.
    Ale w tym roku katar mnie nie dopadł, tzn próbiwał się wybić ale cofnał się po 3 dniach a nie tak jak zawsze. Nigdy wcześniej tak nie miałam. Myslę, że sprawił to mój program odżywiania, który ostatnio stosowałam –
    dobieranie posiłków, połaczony z suplementami. Ale nie będę mówić szczegołów bo byłaby to reklama 😉 Teraz czekam na wiosne aby sprawdzić czy uodpornił mnie na alergię.

  • Mega fajny pomysł na wpis. Co do ochrony przed zimowym przeziębieniom – stawiam na sporą ilość czosnku i kiszonek w mojej diecie oraz aktywność fizyczną, zwłaszcza na zewnątrz, koniecznie przy minusowej temperaturze 😉

  • Wow 🙂 spore zestawienie 🙂 ja mogę powiedzieć, że doskonałą „szczepionką” jest praca z grupami ludzi 😀 szczepimy sie naturalnie. Niestety okres karencji jednak jakiś jest i po 20 latach „bezgrypowych” i mnie dopadło 🙂 czosnek tak i bez przerwy. Miód, cytryna i jesteśmy w formie 🙂

  • U nas zimą obowiązkowo tran z wit. D, witamina C 1000 i do schłodzonej herbaty imbir z miodem. Wpisy koleżanek są bardzo przydatne, zaciekawił mnie oczyszczacz powietrza 🙂 Pozdrawiam Beatka 🙂

  • Świetny artykuł. W 100% popieram uświadamianie ludzi o naszych naturalnych predyspozycjach do walki z chorobami. Antybiotyki i leki to według mnie ostateczna ostateczność.
    Jak się okazuje bardzo często leki czy antybiotyki są podawane przez lekarzy nie zgodnie z przeznaczeniem, dla których zostały stworzone. Polecam gorąco książkę John’a Virapena „Skutek uboczny śmierć” , który sam kierował jedną z największych firm farmaceutycznych na świecie. Wyjaśnia w niej ogromne niebezpieczeństwo jakim jest lobby farmaceutyczne dla zdrowia człowieka.
    Czosnek rządzi ! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *