Jak nie marnować życia?

Jak nie marnować życia?

Bo nie potrafimy uwolnić się spod presji uciekającego czasu, dlatego życie przecieka nam przez palce.

Chwilo jesteś piękna, trwaj.

Zastanawiam się, czy aby z wiekiem nie tracimy tej umiejętności rozkoszowania się chwilą. Tego beztroskiego jej przeżywania … bez zobowiązań.

Siedzę sobie w parku z moimi dziewczynkami. Wczesno październikowe słoneczko błogo podgrzewa mi plecy. Jak to odpręża. Rozkoszuję się delikatnym muśnięciem wiatru po policzku. Ten leciutki wiaterek, który tak błogo rozwiewa mi włosy, że zupełnie nie zamierzam mieć mu tego za złe. Zdejmuję buty, po to by zanurzyć bose stopy w rogrzanym na słońcu piasku piaskownicy. Tak dobrze mi. Przepełnia mnie radość życia. Teraz czuję, że żyję naprawdę….

Dziewczynki zgodnie lepią piaskowe babeczki. Wiem, że to długo nie potrwa. Ale póki co: trwa. Dłużej niż zwykle. Nadspodziewanie długo. Tak, że nawet taka błoga chwila zaczyna mi się dłużyć.

Chciałabym beztrosko zatopić się w tym stanie błogiego odrętwienia. Tak dawno, nie miałam takiej chwili dla siebie. O niczym innym nie myśleć. Po prostu korzystać z tej chwili. Nie potrafię. Teraz dopiero się o tym przekonuję.

Zamiast beztrosko, w poczuciu wewnętrznego rozanielenia rozpływać się na tym wczesnojesiennym słońcu.

Jak nie marnować życia?

Podstępnie zakrada się ten zdradliwy głos i mąci mi ten wewnętrzny spokój.

Dlaczego nic nie robisz?

Czyżby paradoksalnie świadomość uciekającego czasu przeszkadzała nam żyć naprawdę? Pełną piersią. Przeszkadzała nam korzystać z najdrobniejszej, ulotnej chwili. Goni nas tym zdradliwym poczuciem, że tę chwilę moglibyśmy wykorzystać inaczej.

Jak to: Czas ucieka, a ja tak sobie siedzę i nic nie robię….

I tak chwila, która na samym początku wydawała mi się samą rozkoszą, zaczyna mi się dłużyć. Może nie dłużyć. Ale coraz mniej potrafię się nią cieszyć. Dopada mnie to męczące (zatruwające radość) poczucie, że mogłabym wykorzystać ją inaczej, lepiej, bardziej produktywnie. Po prostu robiąc coś, zamiast nic nie robiąc.

Przeklęte niech będzie to poczucie obowiązku, które okrada nas z najlepszych chwil.

Ta zatruta produktywność, która nie pozwala nam żyć i brać danej chwili całym sobą….

Niby mogłabym rozkoszować się tą chwilą bez końca. Ale po kilku chwilach takiego z pozoru bezproduktywnego rozkoszowania się, zaczynam odczuwać ten wewnętrzny niepokój, że tracę tę chwilę bezproduktywnie i bezpowrotnie.

Czy mogę pozwolić sobie na to? Nie mogę. Wyuczone poczucie obowiązku przypomina mi o sobie. Kapituluję.

Co zrobiłam? Nie pamiętam.

Bo paradoksalnie pamiętam tamtą chwilę tylko do tego momentu, kiedy się nią zachwycałam. Dalej jakby coś wymazało mi ją z pamięci. Zajęłam się czymś produktywnym. Zrobiłam to. Co – nie pamiętam. I wymazało mi tę chwilę z rejestru.

Odfajkowałam, wysłałam, zapomniałam….

Z perspektywy czasu nachodzi mnie taka refleksja. Przypomina mi się to mądre sformułowanie, którego chyba do końca życia, tak do końca nie zrozumię:

Jak nie marnować życia?

Czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach.

Bo nasze wspomnienia są wybiórcze. Są takie chwile, które przeleciały bezpowrotnie. Zrobiliśmy to, co mieliśmy do zrobienia i poszło w niepamięć. Wymazane z pamięci na amen.

Bo już nawet nie pamiętam, co robiłam, kiedy przestałam zachwycać się tą chwilą i zajęłam się czymś innym…

Bo w pamięci przechowujemy właśnie takie chwile, nad którymi zatrzymaliśmy się na dłużej.

Właśnie dla samej tej chwili, nie dla zrobienia w niej czegoś ważnego, czy chociażby pożytecznego….
Te chwile, kiedy urabiałam się po łokcie, zapominając w pracy, przeleciały zupełnie bezpowrotnie…. Nie przechowuję ich we wspomnieniach. Może kiedyś były, ale to już nie jest ważne….

Uważność. Takie modne ostatnio słowo.

Coś, co przechodzi nam z wiekiem. A czego mogliśmy uczyć się od najmłodszych.

Bo są takie chwile, niby mogliśmy się mimi rozkoszować, bo tak błogo przygrzewa słoneczko. A coś nas gdzieś goni. Takie zdradliwe poczucie obowiązku. Ten wewnętrzny głos, który wymaga od nas:

Nie trać tej chwili. Zrób coś. Zamiast tak bezmyślnie zatapiać się w niej.

A może właśnie to jest najgorsza forma tracenia czasu.

Ta zgubna chęć, by wykorzystać tę mijająca chwilę za wszelką cenę, by zrobić coś pożytecznego zamiast zatopić się w niej. Wykorzystać ją dla dobra sprawy. A nie dla dobra siebie. Uchwycić ją, tak pragmatycznie by zatrzymać ją we wspomnieniach.

Dziwne: te rzetelnie przepracowane chwilę, jakoś tak paradoksalnie we wspomnieniach nie istnieją. Zapominamy o nich. A pamiętamy o tych przebąblowanych na zachwycanie się przemijającym zachodem słońca.

Poczucie, że starzejemy się. Paradoks: Tak bardzo chcemy zatrzymać mijający czas, że nie mamy czasu na czerpanie z niego przyjemności. I nie potrafimy uwolnić się spod presji uciekającego czasu.

Jak nie marnować życia?

Dlaczego? Obserwuję i porównuję moje córki.

Podczas, gdy moja 4 latka zachłannie wgryza się w każdą chwilę… z zębami. Zatapia się w nią całą sobą. Daje z siebie wszystko – tej jednej chwili. Dla niej poczucie mijającego czasu nie istnieje. Jest tylko ona i ta chwila.

Naiwnie, ale z pełnym przekonaniem pyta się w najmniej odpowiednim momencie: Mamo, czy możemy jeszcze chwilę zostać. Nie możemy, bo odjedzie nam pociąg, przegapimy spotkanie, albo spóźnimy się do szkoły.

Za to moja 6 cio latka odruchowo spogląda na zegarek. W jej przekonaniu zegarek, świadomość odmierzalności czasu jest przejawem dorosłości. A ona tak bardzo chciałaby poczuć się dorosła, odpowiedzialna….

W sumie smutna ta nasza dorosłość. Wieczna ucieczka przed goniącym nas czasem.

Czy ta świadomość mijającego czasu nie jest czasem tym, co najbardziej okrada nas z życia.

Zamiast brać go takim, jakim jest, wgryzać się w każdą daną nam chwilkę. Tak, by zapadała w pamięć. Byśmy mogli odnotować ją w swoich wspomnieniach?

A z drugiej strony to multum codziennych spraw, które robimy, a które są dla nas stratą czasu, bo nie potrafimy ich przeżywać dobrze…

Dzieci na nudnej lekcji podobnie, jak niektórzy dorośli w nielubianej pracy, co chwilę sprawdzają, czy czas nie posunął się o chwilę naprzód. I tak też życie przecieka nam przez palce. A tutaj to jest kwestia nastawienia.

Ale to już jest temat na inny wpis.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

Related posts

  • Uświadomiłaś mi tym wpisem ważną rzecz. Ja też się z tym zmagam.

    Ostatnio miałam bardzo zły dzień. Obudziłam się już wykończona. Nie miałam siły na nic. Czułam, że mój mózg nie funkcjonuje poprawnie. Ze względu na to, że pracuję w domu, przeszła mi przez głowę myśl – odpuść, prześpij się, zregeneruj siły, a wieczorem, albo jutro zasiądziesz do pracy z zupełnie inną głową.

    To było dość rozsądne, ale nie zrobiłam tego, bo zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia, że zmarnuję tym czas. Tylko że, jak miałabym zmarnować czas. Czy regeneracja organizmu to marnowanie czasu? A to tylko jeden przykład.

    Ja też mam problem z robieniem nic.

  • Michał Woroniecki

    Ten problem dotyczy każdej osoby. Jeżeli zaczynamy czuć, że marnujemy swój czas lub niewłaściwie go wykorzystujemy to pierwszy krok do depresji. W Polsce jest mnóstwo czynników depresyjnych, trudno się dziwić, że Polacy nie są przyjaznym narodem:)

  • „Bo nie potrafimy uwolnić się spod presji uciekającego czasu, dlatego życie przecieka nam przez palce.” Bardzo inspirujący cytat! Daje do myślenia, z resztą jak cały tekst!

  • Niestety, kiedy jesteśmy w wieku twojej 6-letniej córki, tęsknimy za dorosłością, a gdy już jesteśmy tymi upragnionymi dorosłymi, to z zazdrością patrzymy, jak 4 letnie dziecko żyje tu i teraz, nie przejmując się upływem czasu, spóźnieniem na pociąg, czy na lekcje…

  • Odwołanie się do emocji dzieci- absolutnie gnialane! I przyznam, że trochę otworzyło mi inne
    podejście do „nie marnowania życia”. Hym.