Jestem gorszego sortu… zakupoholiczką.

dziergam bo lubię

Tak, w końcu przyszedł moment na to dramatczne wyznanie…

Jestem gorszego sortu… zakupoholiczką

Bo ja już to Wam mówiłam… Mam upatrzonych kilka takich motków …. w supermarkecie…

Bo czasami nachodzi mnie taka ochota, jak swędzenie komara w skarpetce. Zanim go nie zneutralizuje tzn totalnie obezwładni rozbrajający aromat stóp. Chanel nr 5. Bez znieczulenia. Od tygodni pędzony w niezmienionej skarpetce. Aż komar padł. A ochota wciąż tak samo …. niewzruszona.

Tak, mam upatrzonych kilka takich motków …. w supermarkecie…

Tak, chciałabym porwać niczym ten huragan – cały ten regał z zawartością. Tylko, jak omotać faceta,  żeby już nic nie kumał, skąd te wszystkie motki znalazły się na tej taśmie prowadzącej do kasy. Skoro znaleźć się na niej nie powinny….

Fenomen natury. A nie mówiłam: Jestem gorszego sortu … zakupoholiczka. Bo ja jestem włóczkomaniaczka. Nieuleczalna.

A teraz oczami wyobraźni niczym ten Apacz odprawiam rytualny taniec… No może bardziej Irokez. Czacha tak dymi od tego kombinowania, że włosy stanęły dęba….

I już to widzę oczami wyobraźni: jak opędzlowuję regał z włóczką…. Tańcząc ten rytualny taniec.

Modlitwa o deszcz. Nie, nie o deszcz. Bo ja mieszkam w Paryżu. A tu i tak cały czas pada.

Co z tego, że przestałam śpiewać pod prysznicem? Widocznie inni przejęli pałeczkę.

Tak, bo ja kiedyś namiętnie śpiewałam pod tym prysznicem.

Sąsiad znacząco pukał się w sufit. Tzn on u siebie pukał w sufit. Bo u mnie to akurat była podłoga pod prysznicem. Zapobiegawczo i profilaktycznie, zanim dojadę do wysokiego C.

Bo od tego wysokiego C to mu poranna szklaneczka porannej witaminy C w rękach… pękała. Zastanawiać by się  można co było w niej takiego wystrzałowego….

Nie, ale to podobno przez to moje śpiewanie… Bo ja pod prysznicem to się nie oszczędzam…. Tzn nie oszczędzam swojego gardła. Drę się pod niebiosy. Woda to wszystko zagłuszy. Tylko ten sąsiad. Ma takie wyczuloe ucho. Może agent jakiś. Ze szklanką do podsłuchiwania przez ścianę chyba mu się zrosło… A ja drę się w zaparte. Jak w tej reklamie perfumów…

Voi che sapete che cosa è amor??? Mozart… Klasyka gatunku…

A podobno od tego idzie na deszcz. Co by było, gdybym poleciała Betoveenem. Huragan jakiś….tropikalny.

Drugi sąsiad też chwycił za kij od szczotki… Też puka mi w sufit, tzn u siebie w podłogę. Widocznie tę chmurę nad Paryżem, tym kijem od szczotki, z góry i z dołu, na wskroź przedziurawili. I jak runęło….

Nie, ale ja już więcej nie śpiewam….

A w Paryżu, jak kiedyś padało, tak pada dalej. Widać inni przejęli pałeczkę.

Ale ja wciąż jestem artystka – niespełniona. Zmora relacji dobrosąsiedzkich. Już nie śpiewam. Teraz warsztat przeniósł się w dół.

Dziergam. Motam… Co namotam, to moje.

Chłopa (swojego) tak omotałam, że już nic nie kuma, skąd te wszystkie motki… znalazły się na taśmie prowadzącej do kasy. Skoro znaleźć się na niej nie powinny….

Fenomen natury. A nie mówiłam: Jestem gorszego sortu … zakupoholiczka. Bo ja jestem włóczkomaniaczka.

Tak, a jeszcze oczami wyobraźni odczyniam taniec-modlitwę. Nie, nie o deszcz. Spokojnie. Przyjeżdżajcie do Paryża, bo od kilku dni mamy tu słońce…

Odczyniam modlitwę o sprzyjający rozwój wypadków … A gdyby tak zdarzyła się jakaś wyjątkowa przecena w dziale piwnym.

Bo wtedy facetowi mózg schodzi w dół. Piętro niżej. Bez kosmatych myśli.

Ja po prostu stwierdzam fakt. Bo we Francji w każdym szanującym się supermarkecie zastosowano to samo strategicznie sprawdzone rozwiązanie: dział z włóczką jest na piętrze, a ten z piwami na parterze. Ktoś to tak sprytnie wykombinował, żeby z tym piwem, albo po tym piwie, strzałką czy zygzakiem, w pionie czy w poziomie, było prościej trafić do mieszkania.

Ale się rozmarzyłam…..

dziergam bo lubię

Dziana baba. Nie nadziana.

Bo ja jestem gorszego sortu…. Jak każda nałogowa włóczkoholiczka.

Nie pomylić. Nadziana to może była, zanim ten sklep z włóczką stanął na jej drodze z pracy. No, może nie tak dokładnie, z linijką w ręku w linii prostej. Nie bądźmy już tacy drobiazgowi. Zrobiła sobie mały objazd. Przez pół miasta w jedną stronę, przez drugie pół w drugą. Wychodzi na to, że przez całe miasto. Ale… Kto kocha, nie oszczędza na biletach.

Sklep opędzlowany. Czekają na nową dostawę. Wywiesili stosowną wywieszkę.

Ale ona ma zapasy. Teraz będzie obrabiać wszystkich wkoło.

Ale zanim…. zacznie obrabiać zagląda na Ravelry (dla niewtajemniczonych taki Pinterest dla tych, co to mają takiego specyficznego fisia na punkcie włóczki…). To tam się gubią w poszukiwaniu inspiracji.

Ravelry, czyli taka mekka … dla włóczkomaniaczek. Nie ma, że zajrzysz. Zajrzałaś, to przepadłaś. Jak śliwka w kompot. Na swoją odpowiedzialność.

A w tym czasie obiad rzetelnie przypala się na małym gazie. Aż sąsiedzi wyzwali Straż Pożarną.

Dopiero przystojny strażak wyrywa Cię z tego … zatopienia w Ravelry. A wtedy Ty zatapiasz się w jego srogich oczach i obiecujesz poprawę:

Nigdy więcej buszowania po Ravelry w trakcie gotowania obiadu.

Nie, to nie służy dobrosąsiedzkim relacjom. A nie mówiłam….

A jeszcze ona obrabia wszystkich wokoło. Ale najpierw zgodnie z biblijną zasadą: Nie rób drugiemu, co Tobie nie miłe – obrobi siebie sama. Potem obrobi bliższą i dalszą rodziną, bliższe i dalsze psiapisółki. A jak już wszyscy wokoło chodzą obrobieni niczym obwoźny stragan z rękodziełem…. , że spoza szydełkowych szalów, czapeczek i mitenek, nawet czubków włosów nie widać….

Wtedy przychodzi ten moment na założenie bloga.

Bo ona już nie ma nikogo do obrobienia. Pretekstu do dalszego dziergania nie ma. Do tego omotania faceta. Do tego przemycania tych motków pod pazuchą, żeby chłop nie pokumał. Taka kontrabanda.

Rozdawajkę urządzi. A w blogosferze zatrzęsienie rozdawajek.  Ludzie, odrobina miłosierdzia. Kto chce szydełkową rozdawajkę, postwacie łapkę w górę. W dół nie stawiajcie. Obejdzie się.

Z tymi rozdawajkami to jest taki mały szkopuł, że jest ich całe zatrzęsienie. Tak sprytnie zamaskowane, żeby niby to: konkurs, candy, rozdawajka, wygrywajka….

A to wszystko jedno i to samo: pospolite łapanki: łap okazję, wygraj iphona. Byle sponsor się nie połapał, że to z łapanki. Taki był zasięg.

Szczęśliwie ta włóczkomania jest ponad podziały. Apolityczna.

Nie ma, że jesteśmy za albo nawet przeciw. Tylko organizujemy włóczkozlot i obrabiamy całe miasto …. gigantycznym szalem. Ponad podziałami. Byle rekord Guinnesa był. Ponad podziałami.

Bo nas jest wiele. We are legion. Anonymus. Nas anonimowych włóczkomaniaczek, co to przemycają w codziennych zakupach te nadprogramowe motki, których nie powinno w nich być. Bo czy to są artykuły pierwszej potrzeby?

Tu można by dyskutować. Prawda?

Przemyślne scenariusze przemycania tych artykułów pierwszej potrzeby w zakupach….

Dopiero przy samej kasie wychodzi szydło z worka….

Szydło, tzn ja…. Prawdziwa natura.

Tak, bo ja już mówiłam. Jestem gorszego sortu. Totalna włóczkomaniaczka. Najgorszy gatunek zakupoholiczki.

Tak, jestem Anonimową Włóczkoholiczką. Takie ze mnie szydło. Tak, bo ja też jestem Beata. Szydło z worka. Tzn nie szydło. Tylko szydełkująca. Alleluja.

Pozdrawiam serdecznie

Beata Alias PO PROSTU BABA

 

Zapisz się na Newsletter

  • Ale fajnie to napisałaś! Piękne rzeczy tworzysz. Jak bym sama sobie takie robiła to też bywm sweterków w sklepie nie kupowała. Pozdrawiam Cię;-)

  • Chyba nie taka najgorsza, bo włóczki chociaż nie są tak drogie, żeby wydać na nie całą pensję, choć jak się domyślam i takie cuda się zdarzają, ale z drugiej strony wyobraziłam sobie ile to musiałoby być tych włóczek. A ile rzeczy możesz z tego później stworzyć.

  • Paula Żyrafa

    ale fajny wpis, czytałam z przyjemnością 🙂

  • Świetnie mi się czytało <3 I choć z włóczkowaniem ani szydełkami nie mam nic wspólnego, sprawiłaś, że Cię rozumiem 🙂

  • inspiracjedokwadratu

    Bardzo fajny wpis:) Moja babcia również dzierga piękne rzeczy. Teraz jest na etapie bombek. Ja niestety jestem zielona w tym temacie.

  • O, czyżby jakieś nowe miejsce? 🙂 Nowy pomysł? 🙂

  • OMG! To kolejne blogowe dziecko? Gratuluję Beti <3

  • Każdy ma jakiegoś fisia ;).
    ps.Fajnie się Ciebie słucha :).

  • Edyta Zalewska

    Świetny tekst! Pozdrawiam serdecznie 🙂 Również włóczkomaniaczka i nieuleczalna szydełkoholiczka 😉

  • Zazdroszczę! Ja próbowałam kiedyś udziergać zwykły szalik najprostszym ściegiem… no po prostu się do tego nie nadaję! Może, gdy trochę przybędzie mi lat, zyskam do tego większą cierpliwość. 😉
    A tekst super – zabawny! 😉
    Pozdrawiam ciepło, Asia 😉

  • Uśmiałam się, czytając. Fajnie, lekko piszesz. może gdybym mieszkała w Paryżu też bym tę lekkość miała. Ale z drugiej strony strach jechać bo jeszcze włóczkomaniaczką zostanę. A i tak mam już dość innych kłopotów. Pokaż chociaż, co robisz z tej włóczki. Chyba że kupujesz dla samego posiadania?

  • Heh, Ty szalejesz przy regale z włóczką, ja przy wystawce z kosmetykami 😀 Doskonale rozumiem!

  • Podziwiam tych, co potrafią dziergać, mi trochę brakuje do tego cierpliwości. Ja sama zajmuję się scrapbookingiem i wiem, co to znaczy byc zakupoholiczką. Papiery, tasiemki, naklejki….

  • Kiedy słucham i czytam Twoje anegdoty śmieję się:) Dzięki za to:)