Nostalgicznie i osobiście: Czy tęsknię za krajem?

yjazd za granicę ,polacy na emigracjiwycieczka do paryża, weekend w paryżu, zwiedzanie paryża

yjazd za granicę ,polacy na emigracjiwycieczka do paryża, weekend w paryżu, zwiedzanie paryża

Przypomniało mi się, jak pierwszy raz jechałam do Francji. Był początek lat 90-tych. Byłam świeżo upieczoną 18-sto latką. Jeszcze kilka lat wcześniej granice były kompletnie pozamykane. Nie mogliśmy swobodnie podróżować.

Dlatego kiedy granice otworzyły się wszyscy chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda ten wyśniony „Zachód”. Społeczeństwo ogarnęła istna gorączka podróżniczo-pielgrzymkowa. Bo w formie pielgrzymki było najprościej i najtaniej.

I tak ten pierwszy raz jechałam autobusem do Francji, do francuskiego Taizé (zahaczając po drodze o Paryż). Długie stanie na granicy. Takie były wtedy kontrole… Potem przejazd przez świeżo zjednoczone Niemcy. Jadąc, przez które prawie to nie śmiałam oddychać… Żeby czegoś tu niechcący nie zabrudzić. Takie wszystko wydawało mi się tam sterylnie i nieskazitelnie czyste. Niczym perfekcyjny świat Kena i Barbie, który znałam z katalogu przywiezionego przez ciocię ze Szwecji.

Dopiero kiedy przekroczyliśmy granicę niemiecko – francuską w Starsburgu z ulgą poczułam, że mogę zacząć oddychać. Panował tu taki swojski bałagan. No wiecie te niedbale porzucane papierki…

Nie, to jeszcze nie była ta połowa lat 90-tych, kiedy islamscy terroryści wkładali bomby do koszów na śmieci. Dlatego po prostu zrezygnowano z nich ze względów bezpieczeństwa. A wszystkie śmieci na wszyskich francuskich dworcach, stacjach metra …. bezwolnie szwędały się po ziemi…

To była taka trochę nieułożona francuska codzienność. Jeszcze nie wzmącona widmem terroryzmu.

A jeszcze w komplecie na powitanie (na mój pierwszy wjazd do Francji) stanęło przede mną tyle stojących w jednym miejscu kopii-sobowtórów Luisa de Funesa, czyli po prostu francuskich żandarmów. Od razu cieplej zrobiło się na sercu.

Wtedy czułam ogromną radość z podróżowania. Nie wiedziałam, że w przyszłości będę odczuwała taką radość przy podróżowaniu w drugą stronę: z Francji do Polski. Że ten kraj (dotychczas znany mi z komedii de Funesa) stanie się moim miejscem zamieszkania. Że kilkadziesiąt lat później wjeżdżając do własnego kraju będę myśleć podobnie:

Jak tu sterylnie.

Tak mi się skojarzyło. W komentarzu pod ostatnim wpisem czytelniczka napisała mi, że była niedawno w Paryżu, w tych wszystkich mitycznych miejscach, że w sumie bardzo jej się podobało. Ale ten smród, sterty śmieci, porozrzucane tu i ówdzie w bezładzie. Te stacje metra i nadbrzeża Sekwany cuchnące oddanym „przy okazji” moczem. Tylu bezdomnych (tzw sdf – sans domicile fixe), żebraków….

Ja już na to po prostu nie reaguję. Ja już tego po prostu nie widzę. Przyzwyczaiłam się. Za to teraz kiedy wracam do kraju, pewne miejsca wydają mi się tam takie sterylne… (w dobrym tego słowa znaczeniu).

Bo też ostatnio wracałam do Polski, nowiusieńką autostradą, czyściutkimi ulicami… A wzdłuż na kolejnym bilboardzie – kolejna głowa Roberta Lewandowskiego, reklamującego coś. Cokolwiek, właściwie wszystko, począwszy od szamponu na łupież, po nie wiem co.

Te sterylne centra handlowe. Przynajmniej u mnie na Pomorzu i Kujawach. Prawie, że szklane domy. Dla mnie przyzwyczajonej do podparyskich przedmieści.

Nowa Polska pana prezesa….

Nie nie napiszę Wam, co myślę o panu prezesie… osobiście. Bo gdybym to napisała starciłabym pół fanpaga, a drugie pół by przyklasnęło. To się w Polsce nie zmieniło. Wciąż te same wojenki polsko-polskie.

W sumie wciąż ci sami politycy pociągają za sznurki. Bo ja pana prezesa pamiętam jeszcze z początku lat 90-tych. Mistrzostwo, z jakim pociągał za sznurki, cały czas będąc w cieniu. I rozumiem, że to jego w tym mistrzostwo można podziwiać, albo można się jego bać. A czasami wychodzi na to samo.

Polska się zmieniła… zewnętrznie…. A Polacy wciąż tak samo nie doceniają samych siebie i tego, co osiągnęli. Tak samo psioczą, tak samo urządzają podjazdowe wojenki polsko-polskie… Taka tradycja, która do niczego dobrego w sumie nie prowadzi.

Teraz to Polska mnie dziwi swego rodzaju sterylnością. A już zupełnie nie dziwi mnie swego rodzaju niepoukładaniem Paryż…. Owszem dziwił… kiedyś, kilkanaście lat wstecz…

Kiedy po raz pierwszy trafiłam na podparyskie przedmieścia (o kodzie pocztowym 93). A tam przedsiębiorcza afrykańska kobieta (w iście polowych warunkach, na gołej ulicy) z dzieckiem przy piersi i kilkoma innymi biegającymi wkoło, uwija się przy swoim zaimprowizowanym mikro-biznesie. Na wózku uprowadzonym z pobliskiego Carrefoura, piecze kukurydzę  na wynos…

I co chyba jeszcze bardziej mnie zdziwiło: ludzie to kupują. Już czeka gromadka chętnych. Czy ja aby: wysiadłam na dobrej stacji? Czy to Paryż, czy może Bamako…

I pewnie dla niektórych ta drobna anegdotka mogłaby być dobrym wstępem do wpisu pod znowu skłócającym nas tytułem:

Polska dla Polaków.

I może nawet coś takiego napiszę…. Ale z perspektywy mojego francuskiego doświadczenia. Tyle, że to trudny i bardzo złożony temat… Bo pewne zaniechania i zamiatanie pewnych problemów pod wycieraczkę mszczą się dopiero po czasie…

Dzisiaj to tylko kilka takich nostalgicznych przemyśleń bez puenty.

Czasami po prostu nachodzi człowieka potrzeba, by się wygadać… Niby znam tu tylu ludzi. Tylu mam tu znajomych we Francji. A jednak nie mam z kim tak pogadać od serca. Może dlatego tylu emigrantów pisze bloga.

Czy tęsknię za krajem? Kiedy przyjeżdżam do Polski – ci sami ludzie, te same miejsca. Ale już nie takie same. Nawet nie wiem, czy jeszcze potrafiłabym odnaleźć się w kraju, znaleźć tu dla siebie miejsce. Po tylu latach.

Syndrom emigranta. Wciąż obcy tutaj. Już obcy tam w kraju. Stracone pokolenie, które wyjechało i które tak na prawdę nie ma swojego miejsca.

  • Ci, którzy zostali w kraju, trudno im nas emigrantów zrozumieć.
  • Ci, którzy wyjechali przeżywają to w samotności, każdy na swój sposób.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Podobne wpisy

Zapisz się na Newsletter

  • umarłabym z tęsknoty chyba, gdybym miała wyjechać tak na stałe. Choć wciąż, z uporem maniaka twierdzę, że przecież ja swojego miejsca na ziemi jeszcze nie znalazłam. I, że już długo tu miejsca nie zagrzeję. Na miejscu trzymają mnie tylko bliscy. Gdyby nie to, ruszyłabym już w świat z moimi dwoma Rycerzami. Może kiedyś. ale jak długo wytrwam z dala od kraju? zobaczymy 🙂

  • Magdalena Soboń

    Ach, właśnie syndrom Imigranta.
    Ja 4 lata mieszkałam w Irlandii, nadszedł moment, że poczułam, że muszę wrócić, bo pogoda zaczęła mnie dobijać, koszty życia w Dublinie nie były tak ciekawe jak w Kerry (pd Irlandii), a też tęskniłam i miałam kilka powodów rodzinnych. Czułam również nieopisaną chęć sprawdzenia właśnie tego, czy odnajdę się w kraju, moim własnym… 6.września minęły 2 lata jak jestem w Polsce i czuję się przez te 2 lata tak pomieszana jak nigdy. Czuję, że porządkuję pewne sprawy tutaj i że to, iż tu jestem ma sens ale spokoju nie daje mi wspomnienie dobrych, pięknych chwil w Irlandii i to, że duża część mnie chciałaby tam wrócić (ale mój partner nie chce :)) i takie to dylematy podróżnika… bo niby tu jest mój kraj, ale mentalnie czuję, że bardziej pasuję tam…

    • Czyli jak spróbujemy, rozkoszujemy się w „tułaczce”, gdziekolwiek byśmy byli, będziemy odczuwać swego rodzaju rozdarcie? Pozdrawiam serdecznie Beata

  • DamskieSprawy.pl

    tak naprawdę to tęsknimy za wspomnieniami, tymi dobrymi, tym czasem z dzieciństwa, kiedy wszystko było prostsze i łatwiejsze, kiedy życie nie dało nam jeszcze w kość.. No i druga sprawa, będąc w Ojczyźnie nie czujemy się obco, gdy czegoś nie wiemy/nie potrafimy to z pewnością będziemy mieli więcej znajomych osób, które (teoretycznie) mogłyby nam pomóc…

  • Ja Cię podziwiam, bo chyba nie umiałabym żyć poza krajem. Fajnie jest podróżować, zachwycać się tym, że tam gdzie nas nie ma jest może fajniej, ale jeszcze lepiej jest wracać do domu. Do swojego miejsca na ziemi.
    Ale z drugiej strony to miejsce, które nie jest tak do końca Twoje, jest już chyba domem dla Twoich dzieci…

  • Ja na pewno tęskniłabym za krajem.. Jest jak jest, wspomniana przez Ciebie Polska Pana Prezesa, nie napawa optymizmem. Ale emigracja też chyba nie jest rajem na ziemi 🙂
    Ciepłe pozdrowienia z Torunia!

  • Polak Polakowi Polakiem. Takie jest to nasze polskie piekiełko.
    Potrafię Cię jednak zrozumieć, że tęsknisz. Ja tęsknię na wyrost, dlatego nie wyjechałam. Mąż namawiał mnie na Francję własnie, ale nie chciałam. Teraz mam mieszane uczucia przez to, co dzieje się w naszym kraju. Jestem na granicy żałowania, że nie wyjechałam kilka lat temu…
    Ściskam Cię mocno, kochana :*

    • A co się takiego teraz dzieje w naszym kraju? Bezrobocie zmalało, autobusy dalej jeżdzą, sklepy sprzedają, dzieci hałasują, łapanek żadnych również nie zauważyłam. Aż tak jest źle?

  • Ewa

    Mi najbardziej na obczyznie brakuje polskich smakow i zapachow. Nostalgia dopada mnie dosyc sporadycznie,ale z tego samego powodu co i Ciebie ,,nie ma z kim pogadac tak od serca”, czasami wpadnie do mnie koleżanka z dawnych lat (ostatnio 2 lata temu).
    Powroty do Polski jednak wcale nie sa powrotami do przeszłosci. Wszystko się zmienilo, mentalnośc ludzi, szalona pogon za kasą a dziewczyn za urodą.To chyba naturalna kolej rzeczy ,świat idzie do przodu i to co było już nie wróci. Ja jestem szczęśliwa tu gdzie jestem. W myśl powiedzenia ,,gdzie serce twoje, tam dom twój”.Bez wyjazdu za granice nie poznałabym mojego meża.
    Mieszkam we Włoszech tak że kwestie emigrantów i zaniedbanyh miast nie są mi obce.To kwestia tragicznej polityki europy.Ciekawe jak długo jeszcze wytrzymamy ….

    • Ewo, mi polskich smaków najbardziej brakowało w czasie ciąży. Te hormony. Cały czas chodził za mną bigos. W końcu zorientowałam się, że we francuskich supermarketach są działy koszerne. A w nich można kupić wiele naszych produktów: ogórki kiszone, buraczki z chrzanem, kiszoną kapustę… I zrobiłam sobie bigos. Pozdrawiam serdecznie Beata

  • Trochę tak, że dobrze tam gdzie nas nie ma. Też mam ostatnio takie zyciowo-emigracyjne przemyślenia, głównie z ciekawości świata, ale też ze zmęczenia tym co jest wokół mnie..
    Dający dużo do myślenia post, Beato. Pozdrawiam serdecznie,

    • Aga, ja również wyjechałam z ciekawości świata i żeby nauczyć się języka. Wyjechałam na krótko, zostałam na dłużej. Tak się złożyło. Życie czasami płata takie figle. Pozdrawiam serdecznie Beata

      • Ja tak pojechałam do UK- z 2 tygodni wyszedł rok, no i znowu mnie „nosi”:).

  • Podobnie jest, jak kilka razy w życiu zmieniasz miasto zamieszkania. Nie na tą skalę, ale podobnie.

    • Agnieszka, ze zmianą kraju jeszcze dochodzi zmiana języka (to nigdy nie będzie Twój język ojczysty) i zmiana mentalności ludzi. Co też wymaga dopasowania się. Niestety. Pozdrawiam serdecznie Beata

      • Wiem. Przechodziłam przez to, ale wróciłam do kraju 🙂

  • Beatko, jak to dobrze, że ciągle tu piszesz:-) Zawsze tu wracam, bo wiele się od Ciebie nauczyłam a blogowaniu;-)
    Trochę nie na temat, ale musiałam:-)

  • Ja rozumiem. Miałam też syndrom emigranta. Spędziłam prawie 30 lat w Niemczech i poza krótkim okresem zachłyśnięcia się, jak piszesz,, sterylnością, tęskniłam za Polska. I wreszcie wróciłam. Jestem szczęśliwa , bo tego jeszcze przyjechał ze mną mój francusko- niemiecki mąż, który czuje się u nas wspaniale. Nie miałam żadnych problemów z z mentalnym powrotem, wręcz przeciwnie. Pozdrawiam

  • napiecyku

    Nie wiedziałam Beatka, ze pochodzisz z Pomorza, to piękne przyrodniczo tereny, miasta i blisko morze. Jednak rozumiem Twoje zauroczenie Paryżem, rozumiem też Twoją tęsknotę i rozdarcie. Znam ludzi, którzy wracają do kraju po latach emigracji, znajomość języków, ułatwia im znalezienie dobrej pracy. To bardzo trudne decyzje. Pozdrawiam ciepło 🙂

  • Jestem pewna, że docelowo nie chcę mieszkać w Polsce. Mentalność Polaków nie pasuje do mojej mentalności (mimo, że się w niej wychowałam). Gratuluję odważnej decyzji, bo to chyba nie tak łatwo zmienić nagle dom. A co do tej nostalgii, myślę, że rozumiem Cię doskonale. Wiesz jak to mówią, niby wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Gdy ma się „dwa domy” – jeden ten pierwotny, a drugi wybrany, różne myśli człowieka muszą nachodzić…

  • Mam dokladnie takie same odczucia jak Ty… Polska (a konkretnie Warszawa) wydaje mi sie teraz taka czyta, sterylna i pusta – po zapchanych uliczkach Paryza. I jak jestem dluzej w stolicy Francji to przestaje widziec smieci i ten caly „balagan” uliczny, ale po przyjezdzie z Polski zawsze przezywam szok kulturowy. Z drugiej strony tak sie ciesze, ze jestem daleko od tego politycznego piekielka, ktore rozpetalo sie w Polsce, polityke francuska obserwuje z pozycji goscia i dobrze mi z tym. Pozdrawiam cieplutko!