Gorsze dni też są nam potrzebne.

leczenie depresji depresja objawy

leczenie depresji

Bo po prostu są takie dni, kiedy nic się nam nie chce.

Czasami są naturalną koleją rzeczy: wypadkową, czy konsekwencją naszych działań. Sami sobie na nie zapracowaliśmy.

  • Niedospana noc. Jedna, druga, trzecia…
  • Wzieliśmy na siebie za dużo i nas przygniotło. To wcale nie jest powód do rozczarowania samym sobą. Tylko do zmiany strategii.
  • Zafundowały nam je energetyczne wampiry, które troskliwie pielęgnujemy w swoim otoczeniu. Bo przecież pewnych osób nie możemy zostawić bez pomocy… Bo biedaczyna musi się wygadać. Tak, tylko biedaczyna ma się całkiem dobrze. Na dowód: wciąż tyle samo narzeka. A Ty słuchasz i dołujesz się. Stop: Nie słuchaj…. Posłuchaj siebie. Gorsze dni są po to, by to sobie przypomnieć.
  • Gorsze dni… Bo ich przyczyna może być bardziej złożona. Bo może gonimy w piętkę, ale tylko po to, by zagłuszyć poczucie braku sensu… Uciekamy przed tym, zamiast wsłuchać się w siebie i w to, co nas boli….

Gorsze dni przytrafiają się każdemu.

Ostatnio przechodzę serię gorszych dni. Przy tej okazji uświadomiłam sobie, że takie gorsze dni można w ten czy inny sposób przepędzić. Albo wręcz przeciwnie: starać się je na swój sposób celebrować. Po to, by dokopać się do tego, co ważne.

Gorsze dni – bo można potraktować je jako swego rodzaju dobrodziejstwo inwentarza.

One też mają swoją rację bytu.

W gorsze dni wszystko nabiera innej perspektywy.

Bo jeżeli tracimy poczucie sensu tego, co robimy. Zamiast przed tym uciekać, może trzeba pójść o krok dalej i zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego?

Po to właśnie są gorsze dni.

  • By zwolnić. Bo nasz organizm nie nadąża za rytmem, jaki sobie narzuciliśmy. Nasz organizm w swojej mądrości nie widzi sensu dalszego gonienia w piętkę.
  • W gorsze dni boli to, co jest na prawdę ważne. Przygłuszane na codzień tysiącem pozornie ważnych spraw. Wreszcie doszło do głosu. Nie daje spokoju…

Gorsze dni, czasami po prostu trzeba je przeczekać.

Zrobić sobie dzień naleśnika. Z pełnym zrozumieniem dla siebie i swoich słabości…
Nie robić nic. Paść plackiem. Czasami taka totalna demotywacja:

Nic mi się nie chce: jest sygnałem alarmowym. A jeszcze bardziej mechanizmem obronnym. A wtedy jeszcze sami sobie dokopujemy. Tymczasem Papa Smerf mówił, żeby nie kopać leżących. W gorsze dni to my jesteśmy tymi leżącymi.

Zamiast sobie poleżeć i odpocząć wpadamy w poczucie winy. Próbujemy się zmotywować, a żeby się zmotywować dokopujemy sami sobie. Tymczasem….

Tak, mamy prawo do gorszych dni…

Możemy sobie poleżeć i nic nie robić. Nie musimy od razu wpadać w poczucie winy.

Gorsze dni, bo tu zwyczajnie chodzi o zwolnienie obrotów… Bo może zakręciliśmy się w kółko, niczym pies goniący wokół własnego ogona. Trzeba przystopować. W przeciwnym razie, dalej będzie coraz gorzej.

Gorsze dni? Bo może po prostu nasz organizm nie nadąża.

Czasami wykładamy się przez jedną niedospaną noc…. Tzn nie jedną… Tak się nazbierało: jedna, druga, trzecia….

A wtedy gorsze dni są po to, by udowodnić nam, że do niczego nie da się dojść kosztem zdrowia.
Wtedy gorsze dni pomagają nam w przewartościowaniu pewnych spraw.

Gorsze dni – to początek końca, czy początek nowego?

Bo może we wnętrzu nas toczy się wewnętrzna walka. A wtedy gorsze dni przygotowują teren pod nowe. Bo….

leczenie depresji

Gorsze dni są po to, by dokopać się do tego, co boli. Od tego punktu zaczyna się ODRODZENIE.

Ale najpierw trzeba podążyć za bólem do samego dna… Wsłuchać się w siebie, bo może po prostu przed czymś uciekamy.

Gorsze dni zdarzają się, bo siadła nam motywacja.

Ta też ma swoje powody i swoje ograniczenia. Dlaczego siadła? Dlaczego właśnie teraz?

Może warto podążyć tym tropem.

  • Może to, co robię – robię już tylko siłą rozpędu czy przyzwyczajenia….
  • Może to, co robię – robię, choć przestało to być dla mnie ważne.
  • Może to, co robię – robię, choć dobrze wiem, że i tak donikąd mnie to nie zaprowadzi.

Gorsze dni, bo musimy to przeżuć, zanim wystartujemy na nowo.

Ale nie przekreślając wszystko to, co było. Bo to kolejna pułapka. Tylko wykreślając z tego, co było – to, co nie działa.

Bo czasami chcielibyśmy tak bezboleśnie – przekreślić wszystko, nie wyciągając żadnych wniosków na przyszłość, nie wracając do tego, co boli…. Bo perspektywa nowego startu – napełnia nas zdwojoną energią.

Ale scenariusz lubi się powtarzać. Popełniamy te same błędy i dochodzimy do tego samego punktu wyjścia w takim samym stanie ducha. Bo nie zrobiliśmy szczerego, choć nieodzownego rozrachunku z samym sobą.

Tylko po prostu wyrzuciliśmy wszystko za burtę. Po to by zacząć od nowa…. Zamiast docenić zdobyty po drodze bagaż doświadczenia. Bo doświadczenie to jest to, co dostajesz, kiedy nie dostajesz tego, co chcesz….

Gorsze dni, które regularnie powracają są swego rodzaju barometrem, sygnałem alarmowym:

  • Albo kończy się nam paliwo i trzeba na nowo załadować akumulatory,
  • albo potrzebna nam jest szczera rozmowa z samym sobą, pójście za bólem aż do samego jego sedna.

Gorsze dni są po to, by znaleźć to, co zgubiliśmy po drodze…

Bo czasem przez całe życie czegoś szukamy… Nie za bardzo wiedząc czego.

Aż w pewnym momencie dochodzimy do tego, że życie czasami jest takim niekończącym się szukaniem: siebie i swojej drogi… Jedni nazywają to rozwojem, inni zdobywaniem doświadczenia… A może to szukanie w pewnym sensie jest celem samo w sobie?

leczenie depresji

Gorsze dni to dobre dni na praktykowanie uważności.

Gorsze dni, bo nic nam się nie chce. Ale też nic nas nie goni. Niosą ze sobą taki wewnętrzny spokój…. Zewnętrzne rzeczy nas tak nie rozpraszają.

Podczas, gdy w „dobre” dni zwyczajowo nasza uwaga jest tak rozstrzelona. Teraz nie rozprasza nas ta niekończąca się pogoń za mnóstwem spraw… Które z perspektywy gorszych dni stają się nieważne…
W takie dni paradoksalnie łatwiej będzie nam wypić banalną filiżankę kawy czy herbaty, celebrując to na swój sposób. Aż chciałoby się powiedzieć: Alleluja.

Gorsze dni to idealny moment, by zwolnić…

Przestać gonić, a może raczej przestać uciekać.

Gorsze dni niosą swego rodzaju rozprężenie, jakbyśmy byli pod takim potężnym znieczuleniem.
Dopada nas odrętwienie, rozprężenie, obojętność…. Może łatwiej (i bardziej bezboleśnie) dokopać się nam do tego, co boli.

Dlaczego to tak boli? Bo czasami takie pytania mamy odwagę jedynie postawić sobie jedynie pod znieczuleniem.

Bo może w pewnym sensie życie jest takim wiecznym uciekaniem przed świadomością własnej marności. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.

Bo czasami po prostu uciekamy w codzienne zabieganie.

Organizujemy sobie to wszystko tak, by nie mieć czasu na zbyt dogłębne zastanawianie się nad bardziej egzystencjalnymi sprawami. Robimy plany na kolejne 50-lat i żyjemy nimi. Zamiast żyć chwilą obecną. Bo taką radę zgodnie podsuwają nam wszyscy spece od osiągania sukcesu.

Tyle, że jeżeli pragniemy sukcesu, to tylko dlatego, że wydaje się nam, że jest on przedsionkiem do szczęścia. Bo sukces stwarza możliwości, które w naszym wyobrażeniu uczynią nas szczęśliwymi. Bo my pragniemy szczęścia.

Pragniemy być szczęśliwi. Do tego zostaliśmy stworzeni. Taka jest nasza życiowa misja. Przeżyć swoje życie, w poczuciu, że było warto. To nazywa się szczęście.

Czy bylibyśmy nieskończenie szczęśliwi, gdyby ktoś podarował nam nieśmiertelność?

A może wręcz przeciwnie nieśmiertelność okazałaby się dla nas przekleństwem? Taką szklaną pułapką. Poczulibyśmy się niczym chomik zamknięty w kręcącym się kołowrotku, napędzanym przebieraniem tych jego malutkich nóżek….. Pedałujący w kółko tylko, po to by się z niego wyrwać…. Beznadziejna pułapka…. bez końca i bez wyjścia….

Nasz duch, czy umysł, zdowloadowany, zdematerializowany (odłączony od materii i w związku z tym nie poddany jej prawom przemijania), zapisany w formie programu. Uwięziony na wieki w bezdusznym pudle komputera. Podobno taka jest wizja naszej przyszłości….

Gdybyśby jednak chcieli się wylogować do wieczności… Tymczasem tu wystarczy zresestować i ponownie uruchomić kopię zapasową? Wieczna pułapka…. Niczym ten chomik uwięziony w kręcącym się kołowrotku, który musi pedałować bez celu i bez końca.

Ale nasze życie ma swój koniec. I może ta perspektywa, że nie znasz dnia, ani godziny, sprawia, że intenstywniej chcemy przeżywać każdą mijającą chwilę.

To właśnie ta ulotność nadaje wyjątkową wartość każdej przemijającej chwili. Gdybyśmy byli nieśmiertelni…. Może zamknęlibyśmy się na wieki w sobie i w swoim egoiźmie? Tylko dla mnie… Ale ponieważ przemijamy… Troszczymy się o tych, którzy zostaną po nas….

A może ta świadomość, że nigdy już nie będziesz młodzy niż dziś, jest najlepszym antidotum na okładanie na później.

Bo nasze życie składa się z tych chwil, które przemijają i których nam ubywa. Są te lepsze i te gorsze…

Może właśnie te gorsze, kiedy dopada nas swego rodzaju odrętwienie, są po to, by wreszcie przestać uciekać przed samym sobą.

Tymczasem my chcielibyśmy jak najszybciej je przegonić. Nie marnować na nie swojego życia. A może wręcz przeciwnie? Może one są nam dane po to, by odnaleźć siebie.

By wsłuchać się w to, co boli. Przestać uciekać i zacząć żyć naprawdę.

Gorsze dni to forma rozrachunku z samym sobą.

Albo kopiemy głębiej i dochodzimy do prawdy o nas samych.

Czy to zabieganie daje nam poczucie większej użyteczności? Jeżeli tak, to jest to tylko iluzja.

Jesteśmy jeszcze bardziej użyteczni, kiedy potrafimy zatrzymać się na chwilę i całym sobą poświęcić się jednej sprawie.

Czy zauważyliście, że gorsze dni nachodzą nas w pewnych, często właśnie kluczowych etapach naszego życia….. Takie kamienie milowe. Kiedy skończym projekt, zdamy egzamin, zaliczymy kolejny etap, mamy wreszcie upragnioną chwilę oddechu. A wtedy nadchodzi refleksja…. Ale wtedy jeszcze bardziej zaczynamy uciekać.

leczenie depresji

Gorsze dni. Wszyscy radzą, jak je przegonić. Mało kto, jak najlepiej je wykorzystać.

A może to taki nieunikniony na pewnych etapach życia czas rozrachunków z samym sobą.
Dobra książka, film, czy spacer są dobre na gorsze dni. Przynoszą chwilową ulgę. Ale jeżeli ten stan trwa, trzeba poszukać jego przyczyny głębiej.

Bo w pewnym momencie nie możemy dalej uciekać przed samym sobą. Musimy wreszcie dać dojść do głosu temu, co nas boli. Temu, co naprawdę jest ważne.

Może właśnie gorsze dni są taką szansą… Bo wtedy stajemy oko w oko z samym sobą. Ale pod takim swego rodzaju znieczuleniem.

I to jest ten moment, który możemy wykorzystać jako początek nowego.

Gorsze dni to idealny moment na spróbowanie czegoś nowego.

Bez tego wewnętrznego poczucia winy, że bezmyślnie tracimy czas na coś nieistotnego. Spróbować coś innego dla odmiany. Po to by przerwać spiralę zniechęcenia. Spróbować, nie oczekując zbyt wiele.

Jesteśmy w takim stanie ducha, że wszystko i tak nam zwisa. Spróbować bez złudzeń, bez wygórowanych nadziei. Próbowanie wciąga. Nasze życie jest takim jednym wielkim próbowaniem…

Gorsze dni – by zrobić sobie przyjemność, bez poczucia winy…

Skoro i tak nic nie cieszy. Skoro i tak wszystko wydaje się takie mało ważne. Za spokojnym sumieniem możemy zająć się tym, co nieważne.

leczenie depresji depresja objawy

Gorsze dni są takim punktem kontrolnym w maratonie, jakim jest życie.

Gorsze dni rzadko dopadają nas, gdy jesteśmy w biegu, mamy terminy, deadliny… Dopiero obezwładniają nas, kiedy zamkniemy pewien etap. Albo wtedy, kiedy już nie możemy dalej uciekać.

Jeżeli tylko potrafimy zdobyć się na uczciwość względem samych siebie. Bo możemy ślepo biec przed siebie, wiecznie uciekać przed pustką, czy przed brakiem głębszego sensu. Możemy oszukiwać samych siebie, zagłuszać to, co boli i brnąć dalej …. siłą przyzwyczajenia…. A możemy stanąć oko w oko z samym sobą.

Wtedy gorsze dni są szansą na wyprostowanie kursu.

Bo przychodzi gorszy dzień, kiedy nic nam się nie chce, a wszystko nam zwisa. A wtedy stajemy oko w oko z własnym bólem pod swego rodzaju znieczuleniem. Może paradoksalnie jest to najlepszy moment, by przejrzeć na oczy:

Co tak naprawdę jest dla mnie ważne. A co tylko to zagłusza?

Dlatego nie ma jednej dobrej recepty na gorsze dni. Każdy powinien poszukać swojej własnej. Nie zawsze rozwiązaniem jest ucieczka przed bólem w doraźne przyjemności. Czasami po prostu te gorsze dni trzeba na swój sposób celebrować…..

Sama postanowiłam dać sobie przyzwolenie na gorsze dni. Potraktować je jako szansę na ODRODZENIE.

Bo gorsze dni – dobrze wykorzystane – niosą ze sobą wiele dobrego. Paradoksalnie.
Warto ten paradoks wykorzystać.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

  • Dziś chyba jeden z moich gorszych dni, ale to może przez to, że termin porodu już za mną, a Maluszek nadal nie chce wyjść.
    🙂

  • UNIVI

    Ehh te gorsze dni… Każdemu się zdarzają, zwłaszcza jesienią kiedy aura nie działa na nas optymistycznie, bo jest szaro, buro i ponuro. Najchętniej by się człowiek schował pod kocem, albo spał do wiosny 🙂 Bardzo wartościowy wpis i ciekawe spojrzenie Pani Beato 🙂

  • Przed takimi dniami nie uciekniemy, są wpisane w życie, w psychikę człowieka. W gorsze dni warto odpuścić sobie to, co można. Zapomnieć o liście TO DO i zająć się… leniuchowaniem, bo często po prostu organizm domaga się „wolnego”. A dla innych wyjściem będzie aktywność, która pozwoli zapomnieć o przyczynie tego gorszego dnia. Ale jeśli taki stan trwa zbyt długo – szukajmy pomocy na zewnątrz.

  • Karolina Niedziela – Kasiarz

    Gorsze dni są nawet dobre, byle by nie trwały zbyt długo bo to już nie jest zdrowe.

  • Wydaje mi się, że takie gorsze dni w moim przypadku to sygnał, by po prostu zwolnić. Tempo dzisiejszego życia jest szybkie, a dodatkowe wymagania czy projekty, jakie człowiek przed sobą stawia sprawiają, że jest jeszcze szybsze i wykańczające. Kiedy dni są pojedyncze, czase warto po prostu sobie odpuścić i odpocząć. Jeśli się przeciagają to znak, że trzeba pomyśleć o zmianie trybu życia.

  • I od razu mi raźniej!
    Ja też ostatnio miewam dziwne dni..obyśmy powstały jak feniks z popiołów już niedługo! :*

  • ten-teges.pl

    Jesien sprzyja takim gorszym dniom, ale pyszna herbata, koc i wyciszenie dają im radę 🙂