Nieocenzurowane historie pogodne z mojego Instagrama i linki z sieci.

smieszne historie

smieszne historie

Bo pogody ducha i pogodnych historii nigdy nie za wiele. A informacji w sieci tyle, że można dać się tym przygnieść na duchu. Dlatego filtruję je … dla Was. I wcale nie chcę nikogo, ani nikomu tym arbuzem przywalić.

Bez podtekstów politycznych… Choć taki z nas doczytliwy naród, że i tak się doczytamy tego, co nie napisano. Ale co tam. Ryzyko wliczone w pisanie bloga.

  • Będzie o tym, dlaczego pies merda ogonem… na prawo. I czy ma to związek z poglądami politycznymi jego właściela.
  • Dlaczego po francusku, potocznie gazetę nazywa się kaczorem. I to bez żadnych lokalnych podtektów politycznych i bez myśli, które autorowi tej notki nigdy się na myśl nie nasunęły.
  • O niezwykłej przedsiębiorczości moich dzieci.
  • O tym, jak pewien pracodawca podkradł pomysł swojego pracownika i dzięki niemu przeszedł do historii. A pomysłowego pracownika po prostu wyrzucił z pracy. Z malutką porcją francuskich słówek w tle.

No i o tym, jak zostałam projektantką szydełkowych serwetek… O ile tak można się nazwać po pierwszej zaprojektowanej serwetce….

No i przypominam, że w cyklu poradników i przewodników po social mediach na blogu możecie przeczytać lub/i odsłuchać w formie podcastów – poradniki

Serdecznie zapraszam.

Linki z sieci:

A w ramach polecajek z sieci:

  • U Natalii z Jest Rudo o ciemnej stronie współpracy blogera z markami….

Bo szczególnie na początku przygody z blogowaniem taki otrzeźwiający kubeł zimnej wody na głowę pomaga skuteczniej i bardziej długofalowo ustalić priorytety. Warto przeczytać. Serdecznie polecam: Ciemna strona blogowania

  • Wyrwane z kontekstu.

Asia, która co niedzielę robi takie fajne zestawienia, a żeby je zrobić przekopie pół sieci, gołymi łapkami i gwarantuję, że zawsze wykopie same perełki. Czyli kolejny wpis z cyklu Podano do łóżka na niedzielne śniadanie.

  • Pan od francuskiego, czyli jak z pomysłem wykorzystać social media do promocji swojej marki.

Największa wirtualna klasa francuskiego na świecie, czyli profil Jacka na Snapchtacie.

Niestety, jako niezesnaptchatowana, polecam tutaj instagramowy profil Jacka, czyli @pan od francuskiego

Jako profil z pomysłem. A dla tych, którzy uczą się francuskiego, jako profil do nauki tego języka. No i jeszcze blog Jacka o seksownym tytule Francuski jest sexy. Bo tyle jest przecież seksapilu w języku  francuskim.

Nieustająca motywacja i motywacyjny kop dodający skrzydeł, czyli 2 Twitterowe profile:

Slow life/kulinaria/minimalizm.

 

HISTORIE POGODNE.

smieszne historie

Z Instagramu Beata Redzimska

Kto zaparkował psa przed księgarnią i dlaczego ten pies nie merda?

A potem zaginął bez wieści, zaczytał się, zatonął we francuskiej literaturze? Miałam pisać o francuskiej kulturze… A literatura jest jej nieodłączną częścią. Ale zaintrygował mnie ten czekający i nieczytający pies.

Bo właśnie ostatnio przeczytałam fajną notkę dotyczącą tego, dlaczego pies merda ogonem. Ten akurat nie merda. Ale mniejsza o to. Pourquoi les chiens remuent-ils la queue?

No oczywiście, wszystko jest jasne. Pies merda ogonem, kiedy jest zadowolony.

Teraz tylko powiedzcie Francuzowi, że po polsku pies merda, czyli remue są queue. Mój znajomy Francuz, który to usłyszał ryknął śmiechem. A potem przez kolejne pół godziny leżał pod stołem, ryczał i kwiczał, i od tego psiego merdania nie mógł dojść do siebie. No dobra, może trochę beletryzuję.

Niemniej, spróbujcie powiedzieć Francuzowi, że po polsku pies merda ogonem, gwarantuję, że go to rozbawi. To przez tę zbieżność fonetyczną ze słowem MERDE, czyli gówno.

Ale żarty żartami, ale teraz już na poważnie: dlaczego pies merda ogonem, czyli remue sa queue.

Bo merdaniem ogonem zarządza psi mózg. W zależności od tego, z której półkuli: lewej, czy prawej pochodzi impuls do merdania, pies merda z innych powodów i w inną stronę.

Jeżeli pies jest zaniepokojony to będzie merdał ogonem na lewo. Pies będzie merdał ogonem na prawo, i nie ma to nic wspólnego z poglądami politycznymi jego właściciela, kiedy jest zadowolony.

A teraz pies spuszcza ogon pod siebie, kiedy chce się stać taki malutki i w ogóle nie rzucać się w oczy, nie zwracać na siebie uwagi. Wtedy spuszczonym w dół ogonem przykrywa gruczoły, które wydzielają zapachy, które zdradzały by jego obecność.

Za to kiedy pies jest pewny siebie i chce zostać zauważony, paraduje z podniesionym ogonem i wszem i w obec rozsyła swoje feromony. Taka jest ta psia logika.

smieszne historie

O Kaczorach, ale bez podtekstów politycznych….

Czy wiecie, że po francusku na gazetę mówi się kaczka: un canard. Pewnie słyszeliście o satyrycznym tygodniku Le Canard Enchainé, którego redakacja, jako jedna z pierwszych padła ofiarą terrorystycznego zamachu. Ale dlaczego kaczka, canard?

Żeby zrozumieć co ma wspólnego ułożona kaczuszka z codzienną prasą, musimy cofnąć się do XIII wieku. Bo w owych czasach kaczuszka, czy może raczej kaczor (bez lokalnych podtekstów politycznych) – wcale nie był odbierany jako takie ułożone zwierzątko.

Raczej kojarzyło się ono jako średnio ułożone. Dlatego mianem kaczki, kaczora, canard określano głośne, bardzo gadatliwe, może głośno kwakające czy kwaczące osoby. I znowu bez aluzji politycznych. Bo ja tylko zagłębiam się w lingwistykę. A skoro już przypięto kaczorom jedną łatkę, łatwo przypiąć drugą.

Kaczor powrócił w wyrażeniu: répandre un canard, czyli rozpuszczać, rozprzestrzeniać kłamstwa. I znowu bez aluzji politycznych. Bo to taki prototyp naszej polskojęzycznej kaczki dziennikarskiej.

Ale dziennikarstwo to nie same kaczki. Niemniej pozostając w tym klimacie: mianem kaczki, canard określano niezbyt wysokich lotów gazetki rozprowadzane na ulicach francuskich miast. Które częściej publikowały i to nie zawsze sprawdzone ploteczki tzw faits divers niż rzeczowe analizy. Co zupełnie nie przeszkadzało owym gazetkom cieszyć się sporą popularnością. Znany fenomen brukowca.

Niemniej powoli, stopniowo, słowo kaczka, canard objęło swoim zasięgiem całą prasę pisaną. Także i tą bardziej wiarygodną. Dlaczego zastrzegałam się, że będzie bez podtekstów politycznych. Tylko sama lingwistyka.

smieszne historie

Wykorzystaj pomysł swojego pracownika i wyrzuć go na bruk.

Z Instagramu Vademecum Blogera

Dzieci mają w sobie tyle przemyślnej przedsiębiorczości…. Mój 3 letni pusiaczek ostatnio ubił interes stulecia ze swoim starszym bratem. Mówi do niego:

Strzelajac przy tym tako rozbrajające tymi swoimi słodkimi oczkami.

Starszy brat skwapliwie użycza cukierka. A młodsza siostrzyczka równie skwapliwie po kilku minutach oddaje pusty papierek po zjedzonym cukierku. Interes stulecia.

Tu domyślacie się pewnie, że jeżeli starszy brat z taką dobrotliwą życzliwością zaakceptował ten interes, to dlatego że jej starszy od swojej młodszej siostry o całe 7 lat.

I tu mam taką fajną anegdotkę, skąd wzięły się te malownicze cukierki obwięte w kolorowe papierki. Bo to też taki interes stulecia. A było to tak.

Pewien młody romantyczny człowiek, po uszy zadurzony w swojej wybrance serca, pracował w sklepie z cukierkami. A przy tej okazji regularnie podbierał cukierki swemu pracodawcy, po to by je ofiarować swojej ukochanej.

Czy to starał się w ten sposób wkraść w jej względy, czy to był niepoprawnym, szarmanckim romantykiem, tego historia już nie mówi. Romantykiem z fantazją.

To ta fantazja chyba tknęła go do tego, by owijać te podkradane cukierki w ozdobne papierki. A jak na niepoprawnego romantyka przystało wypisywał na nich czułe słówka zaadresowane do swojej wybranki serca.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nasz niepoprawny romantyk ostatecznie został przyłapany przez właściciela sklepu na gorącym uczuciem podprowadzania firmowych cukierków. Dla prywatnych celów.

Nieugięty, nieprzekupny, bezlitosny szef nie tylko wyrzucił zbyt romantycznego pracownika na bruk. Ale jeszcze przywłaszczył sobie jego pomysł. Odtąd sam zaczął sprzedawać swoje cukierki owinięte w kolorowe papierki. Ale za to bez mądrych cytatów czy czułych słówek.

A ponieważ ta historia naprawdę się wydarzyła…. Rozegrała się gdzieś pod koniec XVIII wieku w Lyonie. Zaradny biznesowo właściciel sklepu i jego niepoprawnie romantyczny pracownik rzeczywiście istnieli.

Właściciel sklepu nazywał się Monsieur Papillot, czyli pan Papillot. I to właśnie jego imię przeszło do historii. Do dzisiaj tak nazywa się cukierki owinięte w papierek: des bonbons en papillotes.

A przy tzw okazji… zapraszam na mojego Instagrama. Już tam nadchodzą kolejne historie pogodne.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

  • Beata dziękuję za polecenie mojego artykułu, bardzo mi miło! A historie pogodne świetne! 🙂

  • Bardzo lubię historie pogodne 🙂
    Z tym MERDAniem mnie bardzo rozbawiłaś, bo mi się przypomniało, jak to nasz Francuz od „francuskiego w zarządzaniu” reagował bardzo alergicznie na słowo FUTRO 😉 A że my byliśmy dość złośliwi… 😉

  • uwielbiam Twoje wpisy – kopalnia wiaomości i humoru <3

    http://www.whatgirlslike.pl

  • Nie miałam pojęcia, że pies merda ogonem w różne strony, zawsze myślałam, że po prostu merda. Muszę się temu bliżej przyjrzeć.