Urlop macierzyński – najcięższa praca, jaką kiedykolwiek w życiu zdarzyło mi się wykonywać.

urlop macierzyński

Bo wiecie co, zanim sama zostałam mamą, na te wszystkie babeczki co to siedzą w domu przy dzieciach i nic nie robią….

Tzn jedyne, co robią to od rana do nocy to: oglądają te brazylijskie tasiemce (uwielbiam), albo oglądają sobie paznokcie beztrosko opalając się przy piaskownicy. A niech tam dzieciaki im po głowie łażą.

Tak właśnie na nie patrzyłam. Dopóki nie zostałam jedną z nich.

Dzień matki, niech sobie biedaczka odsapnie.

Bo pewnie pada na pysk. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A dopiero kiedy siedzimy przy piaskownicy rzeczywiście po to, by chwilę sobie odsapnąć, by uspokoić skołatane nerwy. Choć przez jedną chwilkę. Dopiero wtedy rozumiemy, ile od nas wymaga ta praca. Ale też ile nam ona daje.

Nienormowane godziny, liczne wjazdy w teren. Okoliczne piaskownice, karuzele i podobne przyjemności będziecie mieć oblatane. I to w małym paluszku. Chodzący przewodnik turystyczny po rozrywkach okolicy.

Nieodzowne są tu umiejętności miękkie, szeroko rozwinięty zmysł dyplomacji, żelazne nerwy, anielska cierpliwość. A na dokładkę bezwzględna kondycja fizyczna. A wszystko to za jeden uśmiech. Ale warto.

urlop macierzyński

Macierzyństwo wyrabia umiejętności miękkie.

Kiedyś pisałam Wam taki wakacyjny post z Barcelony, jak mój najmłodszy pusiaczek był w takim rozkosznym wieku, że na wszystko miał jedną odpowiedź. No nie zgadniecie: NIE.

Przez ten okres przechodziłam 4 razy. Jestem poczwórną mamą.

Przy pierwszym podejściu (a brakowało mi wtedy doświadczenia)… Tak więc przy pierwszym podejściu brałam to frontalnie i bez znieczulenia. Frontalne starcie.

Dla Ciebie NIE, a dla mnie TAK.

W kolejnych podejściach już wiedziałam, że to do niczego nie prowadzi. Tu rezolutną odmowę kilkulatka lepiej, zdrowiej i skuteczniej jest obejść sprytem i dyplomacją.

Dziecko, jak czegoś bardzo chce, to w takim frontalnym zderzeniu jeszcze mniej mu to wyperswadujesz. A jeżeli już, to będziesz przeżuwać, gryźć się, będzie Cię to uwierać, tarmosić od środka. Po prostu droga przez moralną mękę: A może jednak mogłam ustąpić…. Rozegrać to bardziej dyplomatycznie. W kolejnych podejściach, tak właśnie będziesz to rozgrywać.

Nie podnoś głosu. Popraw swój argument.

Jestem mistrzynią wynajdywania argumentów, które trafiają tam, gdzie trzeba. Po latach zaprawy. Po latach na macierzyńskim….

Nie, ja nie mam małego charakterku…

Rezolutnie odpowiedział mój wówczas 3 letni syn, pewnej starszej pani w sklepie. Która obserwując jego zachowanie w sklepie spożywczym, podzieliła się ze mną na jego temat – taką właśnie opinią.

Jak skarpetki w niebieskie paseczki mogą zrujnować komuś życie?

Ano mogą. Bo nie są różowe.

Teraz już to wiem. I w niebieskie paski nie kupuję. A na tych co już mam postawiłam duży krzyżyk.

Czasami trzeba z czegoś zrezygnowć, by ugrać jeszcze więcej.

No, dobra z zasady nie jestem osobą, która potrafi narzucić swoje zdanie. Za to, jak już negocjuję, to do upadłego. Dzieci też tak robią. Ale tu biję je ich własną bronią.
 

Nie jestem też konfliktowa. Frontalne zderzenia wyczerpują najbardziej właśnie mnie. Dziecko po krótkiej drzemce, albo odcinku świnki Peppy już nie pamięta. A matka cały czas jeszcze przeżuwa. Zadręcza się, podłamuje….

A może jednak powinna była ustąpić… A może rzeczywiście dziecku naprawdę tak bardzo zależało na tym już prawie nieistniejącym, już prawie nie trzymającym się kupy, przetartym ze wszystkich stron, śmierdzącym opakowaniu od papieru toaletowego. Które ja tak bezwzględnie wyrzuciłam do kosza. Właściwie dlaczego?

Dzieciak w ryk: co ja zrobiłam z najważniejszą dla niego w życiu rzeczą….

A przecież mogłam z klamerką na nosie, na głębokim wdechu dać (mu – temu czemuś, w czym dziecko upatrzyło swój skarb) – jeszcze jedną szansę. Ale ja cichaczem wolałam wyrzucić.

Odporność na sytuacje stresowe kształtuje się na polu walki.

Następnym razem rozegram to bardziej dyplomatycznie. A tym razem po prostu padam na pysk. Wyczerpana moralnie. A jakoś muszę jeszcze dociągnąć do wieczora. Nic tak nie wyczerpuje, jak stres.

urlop macierzyński

Nie ma jak macierzyństwo na poprawę kondycji fizycznej.

Ja już ją sobie wyrobiłam… przy dzieciach. Codzienny jogging za rowerkiem na piechotę… Uwielbiam to. Kiedyś w szkole uważałam się za sportowy antytalent. A dzisiaj przy dzieciach odkrywam w sobie upodobanie do sportu. Nie ma jak mus.

To nie ekspedycja na biegun polarny. Tylko wyprawa, nie przepraszam spacer do pobliskiego parku. Tyle, że z całym dobrodziejstwem inwentarza: 2 primadonny, motor, rower, wózek dla lalki, wózek dla dziecka. No i prowiant. Bo prowiant to podstawa.

Jakiś lekki kilkometr w jedną stronę. Tyle samo w drugą. Mój Boże. Dla kogo lekki, dla tego lekki…. Po dojściu do parku czuję się, jakbym przeorała całe pole. Po prostu padam na pysk. Pot leje się ze mnie strumieniami. Ale jak każda rasowa mama robię dobrą minę do złej gry. Po prostu codzienność.

Mamo, ja całą drogę pojadę na rowerze…

No dobra, dałam się przekonać. Na wszelki wypadek biorę jeszcze wózek… Bo ja jestem przewidująca. Macierzyństwo mnie tego nauczyło.

I dobrze, że przewidziałam. Bo ledwie za rogiem, kilka metrów od domu, starsza córka stwierdza, że już jest zmęczona. A przecież obiecała… Następnym razem. Młodsza też obiecała, że całą drogę przejedzie na swoim motorku. Ale kiedy starsza chce, to młodsza też chce. Tzn nie chce oddać starszej swojego miejsca w wózku. Tego, które przysługuje jej z racji wieku.

Dobrze, że przewidziałam wózek. Tylko nie przewidziałam, że ten powinien być podwójny. Tzn przewidziałam. Ale jak zobaczyłam, ile taka przyjemność kosztuje, to stwierdziłam, że poradzę sobie BEZ. No to radzę sobie i padam na pysk.

Będę wyrabiać w sobie umiejętności miękkie i sztukę pertraktacji. Ale znajdź tu salomonowe rozwiązanie. Bądź tu mamą.

Po długich pertraktacjach młodsza córka w poczuciu zasłużenie odniesionego zwycięstwa – niczym generał dumnie sadowi się do wózeczka. Starsza córka, równie dumnie, że jako starsza starsza wzięła całą odpowiedzialność na swoje barki i pomogła mamie przy małym dziecku (tzn raptem młodszej o 2 lata siostrze), wdrapuje się na wózek. Pojedzie na stojąco z tyłu.

A ja padam na pysk.

Jeszcze zostają mi motor, rower i wózeczek dla lalki. Chyba na uszy je sobie zaczepię.

Bo przecież nie zostawię. Choć ten wariant tak nęci w podobnych chwilach. Ale będzie RYK. No dobra, nie zostawię, bo szkoda mi inwestycji. Bądź co bądź: motor, rower, czy wózek dla lalki w innych sytuacjach ułatwiają mi życie.

Jakoś się z tym wszystkim na grzbiecie przyczołagłam do parku. Ledwie już jesteśmy, czas wracać. Tyle czasu zeszło nam… po drodze.

A myślałam, że może w parku sobie chwilkę odsapnę…. Ale też nie… Byle jakoś dociągnąć do tej 8-mej wieczorem. Wtedy padnę na pysk. Uczciwie zapracowałam sobie na to.

Znowu na kilka godzin. Zasnę snem zasłużonych. Bo od kilku godzin już padam na pysk.

Bo w nocy znowu, mama, czyli podręczna kuchnia polowa biega z kolejną dostawą pokarmu. No dobra, uprościłam sobie to zadanie. Teraz śpię przy dzieciach. Przynajmniej więcej sobie pośpię. Mąż w drugim pokoju. Jeżeli widzieliście kiedyś taki żart rysunkowy, a nie zrozumieliście o co chodzi… To jest święta prawda: Dziecko naturalny środek antykoncepcyjny. Po co mi pigułka?

Nie ma jak SEN

Kiedy się da, jak się da. Na glonojada, na popielniczkę. Bo inaczej padniesz na PYSK.

Nie myśl sobie, że właśnie teraz odrobisz zaległości kulturalne, że przeczytasz to, na przeczytanie czego wcześniej, nie miałaś czasu… O naiwności…Jeżeli karmisz piersią, zapomnij o tym i śpij.

Jeżeli zapytacie mnie o to, jaką radę dałabym młodym mamom, to właśnie będzie ona taka:

Kobieto śpij.

Wykorzystaj każdą chwilę, by odespać. W ciągu dnia. Bo czeka Cię jeszcze długa i płaczliwa NOC. A wtedy oczy na zapałki i do boju. Nawet jeżeli PADASZ NA PYSK.

Niestety nikt mi tej rady nie dał… A ja jeszcze miałam jakieś ambicje …. intelektualne. Efekt: wieczne przemęczenie i niechybnie podkradająca się depresja. Aż zmądrzałam i odespałam swoje. By mniej padać na pysk.

Znowu umiejętności miękkie, by ograniczyć… nieplanowane wydatki.

Macierzyństwo, czyli jak zarządzać domowym budżetem.

Bo dzieci, te jak najbardziej planowane, to same nieplanowane wydatki. Wpadają do sklepu i zawzięcie demontują regał ze słodkościami. Kurcze, czemu taki regał zawsze stoi przy samej kasie. Taki wredny marketing.

Jakimś cudem, po długich pertraktacjach i zwyczajowym narobieniu takiego rabanu, że wszyscy już zwrócili na nas uwagę: wychodzę ze sklepu tylko z jednym opakowaniem Kinder Niespodzianki i jagodami. Taki zdrowy zamiennik czegoś chemicznie kuszącego spod kasy.

Macierzyństwo, nic tak nie uczy sztuki dyplomacji i podsuwania odpowiednim osobom najodpowiedniejszych dla nich, jak najbardziej trafionych argumentów.

urlop macierzyński

 

Macierzyństwo, czyli jak nie świecić oczami za dzieci, tylko świecić przykładem… dla nich.

Po drodze narobił się raban w sklepie. Byłby z tego spory obciach. Ale ten obciach biorę na siebie …frontalnie. Znam wszystkich sprzedawców w okolicy. Miałam do wyboru: albo świecić oczami za pociechy i ten narobiony przez nie raban, albo budować kontakty międzyludzkie.

What’s up? Comment ça va? Bien? Co słychać. Jestem królową gadki-szmatki.

Nawet w niesprzyjających okolicznościach… Bo moje primadonny mają iście gwiazdorskie wejścia do sklepu. I to od samego wejścia oblegają regał ze słodyczami. A ja je od niego odciągam. Gdybym nie nabrała do tego zdrowego dystansu, znowu i to na miejscu, padłabym na PYSK.

Ale ostatecznie wszysco przebiega w miłej atmosferze. Bo ja buduję kontakty.

Macierzyństwo dało mi tego kopa, by wyjść ze strefy komfortu i otworzyć się na ludzi.

Co prawda nie chciałabym tu być taką przekupką, co to o wszystkich wszystko wie. Ale i tak wiem… Wiem, gdzie Hektor (jeden ze sprzedawców) pojedzie tego lata na wakacje…

No dobra, nie wiem, czy Chrisowi (to inny sprzedawca)urodzi się chłopiec, czy dziewczynka. Ale tego jeszcze nikt nie wie.

Ale ja zamiast świecić oczami, podkulić ogon pod siebie i zmykać nie oglądając się za siebie za ogolony regał ze słodkościami, reorganizuję go od nowa. A przy okazji buduję kontakty. Gdziekolwiek pójdę. Bo nie mam wyboru. Bo tego potrzebuję.

Kontakty, jakże tego brakowało mi na urlopie macierzyńskim. Jak wiele „niewyżytych towarzysko” mam, zaczęłam wtedy pisać bloga. Ale to nie to samo.

Macierzyństwo, czyli kiedy praca (ta etatowa) wydaje się odpoczynkiem.

Z jakim entuzjazmem wróciłam do pracy. A pracuję fizycznie, w turystyce. Po dniu pracy czuję w nogach taaaaaaaaakie zakwasy od tego nieustannego biegania.

Ale mam na to sprawdzony sposób: gorący prysznic. Zakwasy rozchodzą się, jeszcze zanim zaczną boleć. Ale i tak to nic w porównaniu z gonitwą na macierzyńskim.

Wróciłam do pracy z takim entuzjazmem, że nawet mój szef w rocznym podsumowaniu napisał: tak mam to na papierze, ale bez podwyżki: że wróciłam do pracy pełna entuzjazmu. Bo wreszcie mogę się wygadać. No może i trochę wychodzę koleżankom i kolegom z pracy, nie bokiem, tylko USZAMI.

Urlop macierzyński i urlop wychowawczy…. Ta nazwa – to chyba tylko dla zmyłki.

A jednak i tak: będę wspominać ten czas z sentymentem. Nawet jeżeli takim urlopem wcale ten rzeczony urlop nie był.

To wyczerpująca praca. Po której wieczorem padałam na pysk. Byle dociągnąć do 8-mej wieczorem. Wcale nie dlatego, że jestem poczwórną mamą. Bo to paradoksalnie ułatwia mi życie.

Mam chwilę oddechu, kiedy starsze dzieci bawią się z młodszymi. Nie ma jak rodzina wielodzietna. Nie ma jak macierzyństwo. To wszystko warto robić, właśnie za ten jeden uśmiech i przytulankę.

urlop macierzyński

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na Newsletter

  • Ach jaki piękny, wyczerpujący wpis 🙂 Trochę się uśmiałam (przepraszam), ale to samo życie przecież 😉 Podziwiam Cię, Beata, że jesteś poczwórną mamą, dajesz radę i jeszcze odwalasz taką świetną robotę w blogosferze i na grupach. Wielki pokłon w Twoją stronę!

  • Przeczytałam z zapartym tchem i z uśmiechem na twarzy. Jestem na etapie podwójnego buntu dwulatka ( jestem mamą bliźniaków ) i swoją cierpliwość oraz dyplomację testuję codziennie. Jestem na wychowawczym, mam czasami po uszy wrzasków, bójek – ale nie żałuje niczego. Ciebie bardzo podziwiam, bo na chwile obecną nie wyobrażam sobie, aby moi synowie mieli jeszcze jakieś rodzeństwo 🙂

    • Kobieto jak Ty dajesz sobie radę? Ja przy jednym wymiękam 😉

  • Katka | projekt-wnetrze.pl

    Sama prawda! Ja mam jednego dzieciaczka, nie wiem gdzie bym miała włożyć ręce przy dwójce, a co dopiero czwórce! Całym sercem podziwiam…

  • Beatko jesteś wspaniałą matką 🙂 Widać, że kochasz bardzo swoje dzieci. W zupełności zgadzam się z tym co piszesz 🙂 Urlop macierzyński nie powinien się w ogóle nazywać urlopem haha 🙂 Ja dopiero mam jedno dziecko a czasem jestem tym tak zmęczona ale równocześnie szczęśliwa 😀

  • Wszystkiego najlepszego i wyrazy współczucia 😉 Przeżywam to samo tylko na czterokrotnie mniejszą skalę 😀