Jak wykreować markę, czyli dlaczego moje dziecko też ma skarpetki z Krainą lodu.

jak wypromować markę

jak wypromować markę

Nie, to nie jest post sponsorowany przez Krainę Lodu. Nie chcę tu namawiać Was do kupowania żadnych skarpetek. Tylko chcę pokazać Wam na przykładach z życia wziętych (skądinąd mojego własnego codziennego życia), jak suma małych kroków prowadzi do wykreowania marki w świadomości konsumenta.

Bo tak zastanawiałam się ostatnio, jak różnymi drogami docierają do nas marki. Nie zawsze  tym właśnie kanałem, który wymyślili czy zaplanowali sobie ich twórcy.

jak wypromować markę

Przykład 1.

Kilka miesięcy temu, kiedy modne były Minionki. …

Plastikowe  figurki Minionków (wyprodukowane za kilka groszy) dodawano do wszelkich możliwych płatków śniadaniowych. Po to, by zwiększyć ich sprzedaż. W ten właśnie spsoób Minionki nie tylko zawitały do mojego domu. Ale i odcisnęły głębokie piętno na moim życiu.

Choć rzeczywiście w pewnym momencie zaczęliśmy kupować konkretne płatki śniadaniowe dla kolejnego Minionka. Pierwszą rzeczą … po przyjściu z zakupów było …. wyciągnięcie Minionka z płatków śniadaniowych.

Dopiero kiedy Minionki zaczęły wyskakiwać z każdej szuflady, z każdego wolnego kąta w domu (takich już nie mam, bo zajęły je Minionki). Dopiero wtedy przyszedł czas na  film.

Bingo. Minionki – film okazał się niesłabnącym przebojem. Moje córki (prawie 3 i 5 lat) oglądały go z nieustającym entuzjazem przez dobre kilka miesięcy. I  wciąż domagały się więcej. Po Minionkach przyszedł etap na „Minionki rozrabiają” i „Jak ukraść księżyc?”.

Ten stan uwielbienia dla Minionków, rozkochania się w nich trwał dobre kilka miesięcy. W każdym sklepie z zabawkami dziewczynki rzucały się na regał z Minionkami. Tu zaczynało się przytulanie kolejno jeden po drugim: Boba, Stewarda i  Kevina.

W rzeczy samej pomyślicie, że proces obmyślony przez twórców miał być odwrotny: Minionki miały pomóc sprzedawać płatki śniadaniowe.  Ale to właśnie dzięki płatkom śniadaniowym Minionki trafiły do mojego życia.

JAK WYKREOWAC MARKE

Tu zadziałał COBRANDING.

Czyli połączenie dwóch marek (w tym konkretnym przypadku: Nestle i Universal Pictures). Po to, by dotrzeć dalej. By dotrzeć do szerszej grupy odbiorców.

Cobranding działa w obydwie strony. Odpowiednio przemyślany przynosi korzyści obydwu stronom.

Tylko kto powiedział, że to domena wielkich marek? Dlaczego małe marki nie miałyby połączyć swoje siły, by poszerzyć zasięg rażenia? Dla obopólnych korzyści. Bo nigdy nie wiemy, jak, skąd, czy dlaczego trafi do nas klient.

Tu jest bardzo ważne z kim współpracujesz. Bo w pewnym sensie staje się to Twoją wizytówką biznesową.
jak wypromować markę

Przykład 2.

Inaczej, choć w pewnym sensie podobnie miała się sprawa z Krainą Lodu.

Kto i jak wykreował na nią modę? No dobra, dużym, potężnym markom przychodzi to … (tu eufemizm) łatwiej. Ale w każdym przypadku to suma małych kroków. Bo nigdy nie wiadomo jak, w jakich okolicznościach człowiek (potencjalny klient) zetknie się, pozna, zapamięta daną markę.

A zaczęło się to tak… Za górami za lasami mieszkały sobie 2 księżniczki: Elsa i Anna. Elsa miała w sobie tajemną moc, potrafiła wyczarować śnieg. Ale dalej nie będę Wam opowiadać. Bo jeżeli jeszcze nie obejrzeliście filmu, to nie chcę psuć Wam wrażeń.

Sama też mniej więcej tyle wiedziałam o tej historii. Pewnie nigdy nie poznałabym jej do końcy, gdyby. Gdyby nie …

Moja starsza córka, która codziennie przychodziła z przedszkola z nową obserwacją.

Mamo, a wiesz, że Kasia ma plecak z Krainą Lodu?

A wiesz, że Jola ma Krainę Lodu na skarpetkach.

Kraina Lodu, księżniczki Elsa, Anna i chwytający za serce bałwan Olaf, czyli gadżetowy przebój przedszkolaka. Ty rodzicu nie masz wyboru…, musisz się w to wpasować.

Tym razem jednak sam film Kraina Lodu nie okazał się domowym przebojem. Dziewczynki obejrzały go raz. Góra 2 razy. I nawet nie domagały się więcej. Ta historia pewnie bardziej odpowiada innej (starszej) grupie wiekowej.

Ale nawet, jeżeli sam film jest  za trudny dla kilkulatek, wywołał swego rodzaju przedszkolny snobizm.

Dziewczynki, w każdym sklepie w lot potrafią wypatrzeć i wsunąć do koszyka gadżety z postaciami z Krainy Lodu. Ostatni nabytek: skarpetki (i to nie jedne) z księżniczkami Elsą i Anną.

Tu film sprzedaje produkty. A raczej nie sam film. Tylko pewnego rodzaju snobizm, chęć przynależności do pewnej grupy: grupy szczęśliwych posiadaczek skarpetek czy innych bibelotów z Krainą Lodu.

Odwieczny dyktat społeczny zwany modą. Obowiązuje już od przedszkola.

Też mam skarpetki z Krainą Lodu….

Należę do eksluzywnego klubu.

Owszem dużym markom, z dużymi budżetami łatwiej wykreować taką (jakąkolwiek) modę na siebie i swoje produkty. Ale wszyscy możemy wyciągnąć dla siebie wnioski. Bo konsumenci reagują podobnie. Choć każdy jest inny i każdy chciałby się czymś wyróżnić.

Nie możesz przewidzieć, jak (skąd) potencjalny klient dowie się o Twojej marce. Jaki punkt styczności z Twoją marką zadziała (blog, You Tube, Instagram …).

Nawet jeżeli nie możesz wszystkiego przewidzieć. Możesz działać. Im więcej działasz, tym większe prawdopodobieństwo, że jednak ktoś się o Tobie (i Twoim produkcie) dowie.

Im więcej osób się dowie, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś przekaże tę informację dalej. Że podzieli się nią ze swoimi znajomymi. To samonapędzające się koło.

Morał:

Budowanie marki to proces długofalowy. Nie zrażaj się początkowym brakiem odzewu. To zupełnie normalny stan. Mnóż punkty styczności z Twoją marką. W końcu Twoja Marka chwyci. A Ty zaczniesz zbierać zasłużone plony.

Bo marki buduje się konsekwencją.

Powodzenia.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Beata Redzimska Vademecum Blogera
Beata Redzimska

Zapisz się na Newsletter

Tags from the story
More from BEATA REDZIMSKA

Czy sprawdzasz statystyki na Instagramie?

Bo ostatnio dopadło mnie takie zniechęcenie odnośnie prowadzenia Instagrama. Miałam wrażenie, że...
Read More

13 komentarzy

  • Twórcy filmów, nie tylko dla dzieci, świetnie opanowali sprzedaż wielu produktów. Przy okazji niezłego filmu można sprzedać tak mnóstwo gadżetów! Chociaż reklama skierowana bezpośrednio do dzieci, jest, moim zdaniem, dość nieuczciwa. Dzieci nie mają wyrobionego zmysłu krytycznego. Rodzice dzieciom nie odmówią. I potem ma się w domu kilkanaście zestawów z MacDonalda i ileś gadżetów filmowych.
    Natomiast też bardzo polecam książki Pawła Tkaczyka o marce i jego blog. To nie jest komentarz sponsorowany 🙂 Po prostu bardzo dużo przez ostatnie dwa lata od Pawła Tkaczyka się nauczyłem, również o budowaniu marki bloga.

  • A ja dopiero w zeszłym tygodniu dowiedziałam się co to są te Minionki 😉

    Budowanie marki i to proces na pewno długotrwały i czasem nieco mozolny. Szkoda, że efektów nie widać od razu tylko trzeba na nie czekać. Cierpliwość to nie jest niestety moja mocna strona 🙂

  • Czasem kiedy widzimy sukces marek mamy wrażenie, że pojawił się znikąd. Tak po prostu stały się modne i już. Jednak stoi za nimi mozolna praca ludzi, upór i konsekwencja. Tych rzeczy nie widać, dlatego fajnie, że o tym piszesz, bo dajesz dzięki temu nadzieję osobom, które budują swoją markę, jednak nie widzą żadnych spektakularnych efektów.
    Ja jestem konsekwentna i wytrwała więc dodałaś mi skrzydeł i wiary w to, że też mogę wykreować swoją markę 🙂

  • Ja nie jestem na bieżąco w tych sprawach, ale kiedy syn kupił bratanicom lizaki minionki, były zachwycone. Pozdrawiam Beatka 🙂

  • Tak to widzisz jest. Za z pozoru nie związanymi ze sobą czynnościami stoi potężna akcja marketingowa. Tak naprawdę, blogowanie w pewnym sensie też powinno przypominać taką akcję – stopniowanie napięcia, zachęcanie czytelników do wejścia, ew. kupienia produktu.

      • Zeszłego lata miała miejsce sytuacja, która odcisnęła na mojej psychice niewyobrażalne piętno. Uczyłam dzieci języka obcego, przyjeżdżałam do nich do domu. Chłopczyk (lat 3) i dziewczynka (lat 6). Postanowiłam, że uprzyjemnię „lekcję” papierowymi wycinankami. Minionki były na topie, postanowiłam się z tym nie kłócić, podobają się dzieciom – trudno – nie moje dzieci, nie moja bajka, nie moje preferencje, no zrobię dzieciakom frajdę. I przywiozłam do wycinania Minionki (korpusy, łapy i nogi). Chłopczyk odwrócił swojego Minionka i narysował mu, z nieskrywaną radością, pupę. Na moje nieśmiałe protesty wielkim entuzjazmem zareagowała jego siostra, podpuszczając go, by dorysował Minionkowi jeszcze siusiaka i pobiegł do mamy pokazać dzieło. Dlaczego nie umiałam zaprotestować? Bo dzieciaki wyjaśniły mi, że przecież w bajce Kevin czy inny Stjułart zdjął gacie i pokazał dupsko. „Ale siusiaków chyba nie miały” – próbowałam jeszcze bronić swego. „Miały” – przekonywały mnie dzieci. „Ale chyba nie takie wielkie” – powiedziałam zrezygnowana patrząc na przyrodzenie Minionka, które rozmiarem podpadało pod standard raczej afrykański. „Hihihi. Hehehe.” – cieszyły się dzieci. PS. Te dzieci były nieco… rozpieszczone, ale gdyby nie ta bajka, nie miałyby pożywki i przyzwolenia od społeczeństwa na takie zachowanie. Bajka, w której sprowadza się odbiocę do poziomu trzylatka i operuje na jego najbardziej infantylnych skojarzeniach. I w dodatku to coś zrobiło furorę na świecie. Byłam smutkiem. Mam nadzieję, że więcej części nie będzie (widziałam część drugą, za namową koleżanki, a także „Jak ukraść księżyc” – było to tak słabe, że właściwie zapomniałam, że byłam na podobnej rzeczy w kinie)

  • przyjemnie się czytało Twój wpis! ja powoli staram się tworzyć strategię promocji, zaczęłam od identyfikacji pracowników i klientów z firmą przez odzież i girfbagi. zamówiłam koszulki, torby z logo i hasłem (pomogli mi bardzo na stronie mamacube.pl, mają bardzo szeroką ofertę!) mam nadzieję, że z czasem zacznie działać, chociaż firma jest lokalna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *