Każdy sukces ma swoją cenę.

humor dowcipy

humor dowcipy

Dwóch szacownych dyplomatów  wsiada do windy w pewnej jeszcze szacowniejszej instytucji. A  tam Murzyn.

Proszę się nie śmiać. To wcale nie jest kawał, tylko najprawdziwsza historia.

Murzyn stoi w windzie, a właściwie jedzie tą samą windą, co nasi dwaj rodzimi dyplomaci. Ale to nie zwyczany Murzyn. Tylko dyplomata. Tyle, że w tradycyjnym narodowym stroju: długiej tunice (niczym sułtanna) ozdobionej tradycyjnymi motywami bubu. Nie do końca tak jak na zdjęciu.

U naszych rodzimych dyplomatów budzi się ułańska fantazja w połączeniu z typowo sochaczewskim poczuciem humoru.

Bez żenady  wymieniają między sobą kilka soczystych uwag na temat stroju delikwenta. Coś w stylu: Co robi chłop w sukience? Toć to nie chłop, tylko baba. I coraz to dalej poddają w wątpliwość jego męskość. Zupełnie nieskrępowani.

Przecież robią to w naszym rodzimym języku. To nie żadna angielszczyzna. Obcokrajowiec się nie połapie. Strzelają przy tym takie miny niewiniątek (twarda szkoła dyplomacji), że nie ma sposobu, by sam zainteresowany się cokolwiek połapał.

Bo przecież nie ma sposobu, by znał Mickiewiczowską mowę.

Bo że ją zna… Tego nasi dyplomaci (z całym właściwym im obyciem w świecie) za Chiny Ludowe nie mogli przewidzieć. Prawda?

W końcu dojeżdżają na upragnione 130 piętro potężnej międzynarodowej organizacji. A tu Murzyn-dyplomata, do którego przez całą drogę strzelali słodkie minki i obgadywali za plecami, zwraca się do nich w poprawnej polszczyźnie:

Przepraszam Panów, mówię po polsku. Skończyłem studia w Łodzi.

Tego nasi dyplomaci nie mogli przewidzieć. Szczęki opadają im na podłokę. W końcu uczmy się przez całe życie.

Małe przypomnienie dla tych, którzy już nie pamiętają czasów PRL-u. Kiedy byliśmy piątym mocarstwem na świecie (według lokalnych władz),  a sklepy non stop kolor świeciły pustkami. No chyba, że coś do nich rzucili. Bo wtedy robił się cyrk. A przed sklepem od ręki organizował komitet kolejkowy. Taki mamy zorganizowany naród. Od zawsze.

Władze PRL-u postanowiły dorzucić swoją cegielkę  do budowy afrykańskich demokracji (bycie „mocarstwem” zobowiązuje). Szczodrze fundowały stypendia dla studentów z ubogich afrykańskich krajów.

Inicjatywa w sumie nie głupia, szczególnie w perspektywie długofalowej. Chodziło o zaszczepienie w przyszłych afrykańskich elitach miłości do tych pól, tych lasów, do tych mazurków Szopena i pewnie jeszcze ukraińskiego barszczu z uszkami.

Tylko demokracji tym naszym „demokratycznie wybranym” przywodcom u afrykańskich studentów zakrzewić się nie udało. Ale to już detal.

Pewnie dlatego, że ci nasi przywódcy wcale nie byli wybierani tak  demokratycznie. Za to z jakimi wynikami? Nieraz zdarzało się, że kandydat zaliczał 99,99% poparcia. Wzór demokracji? Na pewno nie. W narodzie, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie?

No i pewnie dlatego z tych wzorujących się na naszym modelu raczkujących afrykańskich demokracji porobiły się … mniej lub bardziej koślawe kleptokracje. Gdzie naczelny kleptoman taczkami rozładowywał państwową kasę … do swoich kieszeni. Za zgodą i na życzenie ludu.

Ale wróćmy do naszej historii.

Szczęśliwie z incydentu w windzie (pomiędzy dyplomatami)  III wojny światowej nie było. Afrykański polityk nie stracił też dobrej opinii o tolerancyjności naszego społeczeństwa. Bo takiej już od dawna nie miał. Przecież studiował w  Polsce.

Morał. Bo z każdej historii warto wysnuć morał.

Gdziekolwiek bywacie w świecie i jakkolwiek ponosi Was ułańska fantazja, a razem z nią sochaczewskie poczucie humoru, weźcie na wstrzymanie. I choć przez chwilę pomyślcie sobie:

A jeżeli ten stojący obok mnie człowiek cokolwiek zrozumie z tego, co wygaduję.

Bo dzisiaj to My Polacy podbijamy świat. Na swój sposób. A z nami szerzy się polszczyzna. Na swój sposób. Mi serce wzrusza się (po latach emigracji), gdy podsłyszę znajome:

Kurwa, ale się najebałem.

A morał? Z tego. Choć nie do końca z tego.

PS. I jeszcze gdziekolwiek jesteście, pamiętajcie że jesteście ambasadorami swojego kraju.

No i proszę, nie uczcie głupot obcokrajowców. Bo niektórzy tak nauczeni, potrafią (i to w dobrej wierze) puścić taką wiązankę (w kuchennej polszczyźnie), że uczy puchną. A biedaczyna jest święcie przekonany, że zna same poprawne słowa, a nie same kurwy i chuje.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zródło zdjęcia.

Zapisz się na Newsletter

More from BEATA REDZIMSKA

Jak radzić sobie ze stresem? 14 prostych sposobów.

Czy wiesz, co robi z Tobą stres? Kto nie słyszał o litanii...
Read More

9 komentarzy

  • W grudniu byliśmy ze znajomymi w Andorze na nartach. Rodaków jak na lekarstwo. Pierwszego dnia jechaliśmy lokalnym autobusem do stolicy. Nie bardzo wiedzieliśmy gdzie wysiąść i głośno o tym rozmawialiśmy. Byliśmy w szoku jak nagle czarnoskóra Andorzanka odezwała się do nas poprawną polszczyzną tłumacząc gdzie mamy wysiąść 😉 Co jak co ale tego się nie spodziewaliśmy 🙂 Ale na szczęście zachowywaliśmy się 😉 Jeszce wypytaliśmy gdzie możemy zjeść coś dobrego, pochwaliliśmy znajomosć języka i grzecznie podziękowaliśmy za rady 🙂

  • Ja miałam sytuację kompletnie odwrotną i po części być może sprowokowaną przeze mnie. Udawałam, że raczej słabo rozumiem po niemiecku i byłam dość konsekwentnie obgadywana w swojej obecności przez niemieckich współpracowników. Aż w końcu nie wytrzymałam kiedyś i odpowiedziałam po niemiecku na to, co mi właśnie zarzucano. I dodałam, że ja tak naprawdę wszystko to rozumiem, i wolałabym przynajmniej nie musieć tego słuchać. O dziwo… nie poskutkowało. Dalej mnie obgadywały, przekonane, że kiedy ja rozmawiam przy nich po polsku, na przykład przez telefon, to też je obgaduję. Fakt, że wtedy zaczęłam 😀

  • Niestety, ja doświadczenia mam takie, że kiepskimi jesteśmy ambasadorami swojego kraju. Gdziekolwiek byłam za granicą, zawsze się nacięłam na jakiś polski obciach. I też z takim przeświadczeniem, że przecież nikt nas nie rozumie, to czym się przejmować.

  • Zjawisko globalnej wioski jest na tyle rozwiniete, że praktycznie wszędzie możemy spotkać kogoś, kto rozumie język, którym w danym momencie się posługujemy. Z jednej strony to dobrze, bo zabija bariera językowa, z drugiej zaś musimy szczególnie uważać na to co mówimy. Albo jeszcze lepiej. Z mowy usunąć wszystkie negatywne osądy.

  • Znam podobną historię, też się głupio dziewczyna poczuła kiedy wyskoczyła do murzyna z dwuznacznym tekstem, a on rozumiał po polsku. Wszyscy mieli ubaw, tylko nie ona :))) Czasem naprawdę trzeba się dobrze zastanowić, co i do kogo się mówi, bo może się człowiek mocno zdziwić i narobić sobie obciachu 🙂

  • Mnie niestety wkurza jedna rzecz u obcokrajowców. Ale to efekt właśnie tego co Polacy szerzą za granicą. Zawsze gdy poznaję nowego cudzoziemca i mówię, że jestem z Polski, to KAŻDY dosłownie 99,99% z nich na wstępie popisuje się przede mną znajomością słowa „kurwa”. Nawet tacy co wyglądają na kulturalnych. To jest żenujące. Nie dlatego, że nie lubię przekleństw, bo sama ich używam (w gronie najbliższych). Ale dlatego, że to jest nudne i że nie mają innych tematów. Gadam z jakimś cudzoziemcem a on „kurwa”. Skąd to zna? Bo miał kiedyś dziewczynę Polkę. Żenada. Aż się we mnie gotuje. Muszę zacząć reagować. Np skłamać odpowaiadając, że tego słowa nie używamy by zgłupiał.

  • Nawet gdyby nie słyszał mnie nikt, to i tak nie wiem, po co miałabym się źle wypowiadać o innych. Gdyby tak każdy zajął się swoim życiem z takim zainteresowaniem jak zajmują się cudzymi! To by dopiero było fajnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *