Dziękuję Wam za tę chwilę. Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

 

Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

 

W tym tygodniu w ramach „Wspólnego czytania i dziergania” napiszę Wam nie o książce, którą czytam, ale o takiej, którą chciałabym przeczytać. I to nie ja jedna. Chociaż mój mąż już zapobiegawczo zaczął mi wybijać to z głowy. A tymczasem we Francji obserwuje się nieznany fenomen (od czasów pierwszego wydania Harry Pottera): księgarnie (te fizyczne, z papierowymi książkami) przeżywają (w tym tygodniu) oblężenie.

Ścisk, tłok, przepychanki i wydzieranie sobie i spod lady ostaniego egzemplarza tej książki. Jak to skomentował  pewien księgarz (taki od papierowych książek, a to już wymierający dziś w dobie wirtualnych księgarni – gatunek): „Dziękuję za ten moment”.

Dziękuję za ten moment.

Taki jest właśnie tytuł książki, która wywołała to całe zamieszanie. Jej autorką jest była pierwsza dama Francji Valerie Trierweiler, która opowiada w niej o swoich „5-ciu minutach” w Pałacu Elizejskim przy boku Francois Hollanda (i że tak powiem nie zostawia na nim suchej nitki? PODOBNO).

W wersji oryginalnej brzmi to „Merci pour ce moment”. Książka została wydana w największej tajemnicy i tylko w 200 000 egzemplarzy. 170 000 egzemplarzy zostało już sprzedanych w ciągu 4 pierwszych dni.  Wiele osób chciałoby ją przeczytać. W tym wiele kobiet, ale każda z innych (równie dobrych) powodów.

Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

Lubicie ploteczki?

Ja też lubię. I to niekoniecznie te ociekające seksem. Ale skoro obiecałam Wam zmianę na blogu, no to będzie zmiana.  „Le changement c’est maintenant.” czyli Czas na zmianę – taki był slogan reklamowy Francois Hollanda w  kampanii prezydenckiej z 2012 roku.

Chciał odciąć się od niepopularnego poprzednika (Nicolasa Sarkoziego) i zrobic wszystko inaczej. Ironia losu – wyszło tak samo (jak u poprzednika), przynajmniej z babami. Nicolas Sarkozy też w trakcie swojego mandatu zmienił towarzyszkę życia.

Francois Hollande przede wszystkim chciał wykreować się na „normalnego” człowieka i „normalnego” prezydenta (w odróżnieniu od Sarkowego bling bling, czyli pociągu do luksusu). Tym własnie uwiódł wyborcow (w maliny). No i jak każdy normalny człowiek, który staje się człowiekem sukcesu, wymienił towarzyszkę życia na … młodszy model.

Bycie człowiekiem sukcesu zobowiązuje. Sorry, nie mogłam odmówić sobie tej złośliwości. 

Jak się to wszystko zaczęło?

Zaczęło się to tak, że młody obiecujący człowiek (cokolwiek przy kości) – Francois Hollande poznał młodą obiecującą kobietę czyli Segolene Royale w arcyprestiżowej ENA (szkole kształcącej pracowników wyższych szczebli administracji publicznej).

No i dalej już żyli długo i szczęśliwie (na kocią łapę) i mieli całą gromadkę dzieci (sztuk 4). Tu powinien nastąpić koniec bajki.

Miłość na najwyższym szczeblu …

I pod obstrzałem.Ale w realnym życiu, gdzies po drodze w ten idealny związek zakradła się zazdrość. Obydwojgu małżonkom zamarzył się bowiem fotel prezydencki. Tyle że nie było tak jak w „zgodnym” stadle (Bill i Hillary Clinton), gdzie po ten czcigodny stołek najpierw sięga on, a dopiero potem ona. Tylko zupełnie na odwrót. Ale to też nie zadziałało zgodnie z planem.

Najpierw po ten wymarzony stołek prawie sięgnęła (i prawie go dosięgnęła) ONA, czyli Segolene (w wyborach prezydenckich z 2007 roku przegrała w drugiej turze z Nicolasem Sarkozym). Oficjalnie Francois Hollande towarzyszył jej w tym przedsięwzięciu – jako kandydat na pierwszą małżonkę.

Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

Tylko który normalny facet by to wytrzymał?

Francois Hollande nie wytrzymał. Znalazł pocieszenie dla swojego „podkopanego ego” w ramionach tej trzeciej czyli Valerie Trierweiller. Skądinąd młodszej od poprzedniej towarzyszki życia o kilka ładnych lat. Dlaczego nikogo to nie dziwi? Ale jak to boli.

Ta zaaplikowała mu końską kurację odchudzającą (z rozmiaru XXXXXXXXXXXXXXXXL do XL), przegoniła po najlepszych krawcach (tylko krawatu Francois nie udało jej się okiełznąć, zawsze zagina się w nieodpowiednią stronę), zadbała o nowe, seksowniejsze oprawki okularów. Francois Hollande  został prezydentem Francji. Kobieta potrafi. Co z tego, skoro teraz dopiero zaczęły się schody.

Marketing polityczny. Czyli książki bardzo niewygodne dla polityków.

Dlaczego Francuzi nie lubią pani Walerii? 

Bo pani Waleria to kobieta o silnym charakterze, silnej osobowości i niewyparzonym języku (a tym narobiła sobie wystarczająco wrogów wśród swoich kolegów po fachu-dziennikarzy). W końcu stało się to, co musiało się stać. 

Bo gdy u boku mężczyzny stoi kobieta z charakterem  to prędzej czy poźniej przyklei mu się etykietkę pantoflarza.

Chyba, że wcześniej sam zainteresowany postara się o miano kobieciarza – patrz Bill …. Clinton. A gdy taki facet jest prezydentem, to statystyki lecą na pysk. W końcu Francois Hollanda na jakimś wyjeździe (a był sam, bez Walerii) dorwała pewna energiczne starsza pani i w imieniu wyborców powiedziała:

Co zaraz poszło w świat i … się porobiło.

Jeżeli wierzyć brukowcom: Francois Hollande poszukał sobie pocieszenia w ramionach młodszej (znowu o kilka lat – znacie moją teorię na temat człowieka sukcesu) aktorki Julie Gayet. Wymykając się na sekretne schadzki na skuterze.

Czy prezydentowi któregoś tam mocarstwa to przystoi? Nie przystoi. No i się porobiło. Po prostu porobiła się bezpłatna reklama dla producentów kasków. Model „prezydencki” w mig się wyczerpał. Każdy chciałby mieć w sobie (lub na sobie) coś z prezydenta.

Jak ja to widzę?

Bo blog to przecież miejsce do wyrażania własnych opinii.

Widzę samotnego człowieka (na szczycie), od którego wszyscy odwracają się plecami i który jeszcze jakoś się trzyma. Ma chłop nerwy.

Została mu tylko „parszywa trzynastka” czyli 13 procent rodaków, którzy w niego wierzą. Niewiele. Ale skoro niewiele ma do stracenia, może w tym jest jakaś szansa.

Niemniej książka pogrzebała go jeszcze bardziej. Pani Waleria z tej trzeciej, z zołzy, z czarnego charakteru stała się kobietą porzuconą, upokorzoną, ośmieszoną, której się współczuje. Książkę napisała by postawić kropkę nad „i” i dogryźć swojemu ex. Podobno nie oszczędziła go w niej.

Niewielki ma to związek z blogowaniem, choć jak się dobrze zastanowić: polityka to często kwestia odpowiedniego wizerunku i skutecznego marketingu. Podobnie pisząc bloga (swiadomie lub nie) budujemy swoją własną wirtualną markę.

Choć czasami wydaje mi się, że polityk, by być popularnym wcale nie musi zmieniać polityki, tylko komunikację. Po to, by jeszcze sprytniej robić ludzi (czyli wyborców) w balona. Tak to jest w demokracji, ale póki co lepszego systemu nie wymyślono.

A dziergająco robi się serwetka: jeden rządek na przód, 3 w tył (bo znowu gdzieś się pomyliłam). Ale byle do przodu.

PS Właściwie miałam poopowiadać Wam anektodtki o francuskich politykach i o tym jak to robią, by być popularnymi (choć czasami zupełnie im to nie wychodzi). Ale zrobię to następnym razem. 

Jak upiększyć bloga?

A jeżeli macie ochotę pobawić się w upiększanie bloga, ostatnio napisałam na ten temat kilka kolejnych wpisów (dlatego mam duże zaległości w komentowaniu):

Pozdrawiam serdecznie

Beata

https://www.facebook.com/vademecumblogerahttps://twitter.com/HARDASKAhttps://plus.google.com/113589991481358500540/postshttp://www.pinterest.com/hardaska/

Beata Redzimska Vademecum Blogera
Beata Redzimska

Zapisz się na Newsletter

Tags from the story
More from BEATA REDZIMSKA

Jak dodac listwę przyciskow Follow me

Blogujesz, więc na pewno zależy Ci na zwiększeniu liczby osob sledzących Twoj...
Read More

17 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *